Niner RIP 9 RDO – bikecheck – czyli historia pewnego roweru.

Raz w życiu dobrze jest złożyć DreamBike. Problem w tym, że każdy następny też taki jest, ale co tam 🙂 Przedstawiamy custom project Niner RIP 9 RDO 🙂

Geneza:

No dobra. Ibis Ripmo było super rowerem. Kiedy wyszła zapowiedź o V2, sprzedaliśmy V1 i czekaliśmy na V2, niecierpliwie obgryzając paznokcie swoje i wszystkich domowników. Covid-19 grubo wszystko spieprzył, terminy odwlekły się w kosmos. Obgryźliśmy nawet paznokcie psu zakopanemu w ogrodzie 10 lat temu. 

W tym czasie do ThirtyThree Bicycles Studio  dotarł testowy Niner. Na fotach nie wyglądał jakoś podnietliwie. Rama wydawała się być mega przekombinowaną. Testówka była w wersji L i to dość małe L, więc nie było mowy abym przy moich gabarytach je potestował. Musiałem polegać na chłopakach. Pierwsze ich wrażenia to, że rower na żywo wygląda 100 razy lepiej niż na fotach w necie. Okazało się, że jeździ też na prawdę dobrze. Na tyle dobrze, że po pierwszej jeździe zapadła decyzja o zakupie. Szybki kontakt ze Strange Summit – są w stanie skołować rowery na wczoraj ,yyyyy .. to to jedziemy. Była to decyzja typu no brainer, kiedy porównamy się do jakiegokolwiek testowanego nas roweru, w kontekście tras na jakich śmigamy. Więcej w recenzji tu tylko bikepornujemy. 

Wybory:

Wybraliśmy ramę, to teraz co z resztą sprzętu ? Maciek z ThirtyThree Bicycles Studio  zachęcił nas do Ohlinsa. Argumenty nas przekonywały. Powiedzmy sobie szczerze, są one emocjonalne i subiektywne. Składamy dream bike i na Ohlins jeszcze nie jeździliśmy. Wszystkie topowe zawieszenia działają dobrze, więc bierzemy top Ohlinsa. Czemu nie spróbować. Do tego decydujemy się na XTR, reszta szpeju od E13 (jaramy sie na maxa ich korbą) no i koła Industries Nine. No może nie do końca, bo w momencie zamawiania, I9 nie robi szerokich obręczy z Carbonu, więc chłopaki z Beastie Bikes  polecili nam obręcze Ibisa, plus piasty I9 Hydra. Obręcze znamy i lubimy, a I9 zawsze chcieliśmy ze względu na zajebistość i ilość punktów zazębienia. No i mamy zamówiony set.

O ile kształty ramy zaczęły mi się mega podobać po jej zmacaniu i obejrzeniu na żywo (zabawne, zazwyczaj jest inaczej :)), to kolory już nie bardzo. Występuje w dwóch kolorach BBC (ang. duży czarny kogut, przez producenta zwany satin carbon) i Santa Fe. Nienawidzę czarnych rowerów a Santa Fe (papuga 🙂 ) był dla mnie zbyt kolorowy. Trzeba było coś wymyślić. W sumie czarny z jakimś innym już jest ok. Najpierw telefon do przyjaciela – byłego i sędziwego już grafika – Homofaber. “Marcinku dodaj kolorów do tego zajebistego lecz BBC roweru. Aha i będzie tam Ohlins i nie chce go malować więc zrób coś aby pasowało”. No i stał się taki oto projekt:

Stylujemy:

Potem szybki kontakt z HighFive Styling.  Obczajam ich od kilku lat a rezultaty ich pracy zamiatają. Wysyłam projekt i dostaje pytanie. Malujemy czy kleimy folie. Okazuje się, że chłopaki mają deal z kilkoma firmami rowerowymi które pozwalają im malować i nie kasuje to gwarancji. Mail do Ninera z opisem technologii malowania, tu duże wsparcie dystrybutora Strange Summit , ale niestety odmowa :(.

Dobra to kleimy. Z powodów technologicznych wylatuje kolor szary. Ta rama jest tak skomplikowana, że nie wszędzie da się oklejać.  Dominik z HighFive Styling modyfikuje trochę projekt, ustalamy żeby położyć jeszcze folie ochronną i czekamy na rezultaty. W międzyczasie dostaje foty z produkcji i nie przestaję się ślinić. Oklejamy ramę, koła, widelec i korbę. W widle logo zmieniamy na logo z niższego widła Ohlinsa bo jest fajniejsze, szare logo e13 na korbie idzie w żółć  a akcenty na ramie zmieniamy na żółto. BTW, jeśli macie ochotę ochraniać rower sami, to polecamy wpis z pracy Masko

Składamy:

Teraz trzeba złożyć. Gdzie? No wiadomka w ThirtyThree Bicycles Studio. Leżą tam już pozostałe szpeje jak kokpit, sztyca, napęd. Następnego dnia po odebraniu paczki z HighFive Styling jestem rano w 33  i zaczynamy składanie. Fajnie składać rower w miejscu, gdzie do wszystkiego jest odpowiednie narzędzie i nie trzeba improwizować waląc przez dechę by osadzić stery. Najtrudniej jest zalożyć progresywną sprężynę MRP do dampera Ohlinsa i oponę E13 na obręcz Ibisa. Bartek z 33 po workoucie zakładania opony, ma przedramiona większe niż łydę. 

Dobrze, że chłopaki są autoryzowanym serwisem Ohlinsa, bo muszą przebudować niektóre elementy dampera, aby wsadzić. W końcu sprężyna siada z happy endem, hopefully bez cummingu. Koszmar osadzania gwiazdki na sterówce też jest przyjemny mając odpowiednie narzędzia. Generalnie super siedzieć wśród ludzi, którzy jarają się rowerami i podchodzą z dużym szacunkiem i pietyzmem do każdej części.

Pornujemy:

Jak nas uczyli w szkole, każdą opowieść wieńczy dobre porno, …. więc czas na BikePorno. Uważamy, że efekt końcowy chyba  robi niezłe wrażenie.

XL w niner jest odrobine mniejsza niż inne, co powoduje, że siada mi idealnie. Zawiecha Ohlinsa okazała się strzałem w 10. Zakup był gadżeciarski i emocjonalny, ale okazał się trafny.

Opony to e13 Trail w wersji MoPo (miękka) na przód i Race (twardsza) na tył. Rower nie tylko wygląda, ale też kapitalnie jeździ. Idealny balans między podjazdowością, zwrotnością, skocznością itd. Więcej w recenzji.

Rama jest chyba jedną z lepiej wykonanych. Przyjemne są takie detale jak wskaźnik SAG na piwocie w górnym linku.

Korba się kręci, jest lekka. Chain suck plate wydaje się być porządnie zamontowana.

XTR. Od dziecka o nim marzyłem i był lekki więc jest. Miło by było gdyby się nie urwał.

Heble XTR wyglądają jak obfrezowane z materiału sainty sprzed 3 lat i tak też hamują, czyli kotwice. Na 90kg w pełnym rynsztunku w sam raz.

Piasta Industries Nine. Tego się nie da opisać słowami. Trzeba ją usłyszeć i poczuć jej zazębianie na technicznym podjeździe. Zaskoczeniem jest to, że nie jest głośna.

Górna prowadnica łańcucha od 77 designz, jest jedną z lżejszych na rynku.

Fajnie, że od jakiegoś czasu producenci kleją porządne osłony i nie trzeba już oklejać ram jakimś gównem.

Kokpit od e13. Kiera na prawdę lekka, mostek mniej, ale za to ładny. Gripy ESI superchunky. Feeling wyborny w czasie jazdy. Niebawem w sterówkę wpadnie OneUp EDC.

Wideł to Öhlins RXF36 EVO 29 ze sprężynką. Klei jak szalony, a ilość regulacji jest w sam raz 🙂

3 stopniowa regulacja kompresji w widle. Oh – ach.

Miłym akcentem są stery dorzucone do ramy, w bardzo rozsądnej jakości.

Manetka sztycy e13 robi robotę swoją ergonomią. Duży obszar wciskalny pokryty jakby papierem ściernym.

Jaki jest XTR każdy widzi. Obejma I-spec miażdży ilością płaszczyzn regulacji. W moim przypadku bardzo się to przydało.

Öhlins TTX22M ze sprężyną progresywną MRP. Jej założenie wymagało duużo gry wstępnej.

Trzystopniowa regulacja kompresji z dźwignią typu: trafiamy zawsze pomimo delirium i parkinsona. Serio to jest czad. Zawsze potrzebowałem kilku jazd żeby się nauczyć gdzie trafiać. Tu trafiam w punkt od razu.

Stylowanie HiFive styling robi robotę. Zwłaszcza, że rama najprostszych kształtów nie ma.

Jakiś czas temu wyleczyłem się z drogich pedałów Alu. E13 są z plastiku, są lekkie i je lubię. Sprawdzone, działają dłużej niż konkurencja a ważą dużo mniej.

Osłona korby przed waleniem jest chyba najmądrzejszą ze wszystkich jakie widziałem. Plastikowo – gumowa z absorberem z plastra miodu.

Ciężko stwierdzić czy tarcze ICE tech są ładne czy nie.

Specyfikacja:

Rama: Niner RIP 9 RDO 29, satin carbon, rozm XL

Stery: Niner

Wideł: Öhlins RXF36 EVO 29″ Coil

Damper: Öhlins TTX22M + Sprężyna progresywna MRP, 140mm

Heble: Shimano XTR M9120

Kaseta: Shimano XTR 10-51

Przerzutka: Shimano XTR

Korba: LG1 RACE CARBON CRANKS – GEN4  32z

Napinacz: 77 Designz Freesolo

Siodło: Ergon SM Enduro Comp Men siodło Stealth

Sztyca: E13 vario infinite dropper 180mm

Obręcze: ibis carbon S35

Opony: E13 Trail  mieszanki MoPo/Race

Piasty: Industry Nine Hydra

Kiera: E13 Race Carbon Handelbar gr 35 szer 800mm

Mostek: E13 Plus 35 Stem

Gripy: ESI Super Chunky

Pedały: E13 Base pedal

Inne: One Up EDC, Strap BackCountry

Canyon Spectral CF 8.0

Początkujący oraz zaawansowani zdecydowanie nie powinny go omijać. To kapitalny rower na tripy i do ścigania się. Na zjazdach nie jest super pluszowo, ale coś za coś bo na podjazdach i sprintach jest efektywnie. Do tego w trudnym terenie skręca i prowadzi się idealnie. Nie zabrałbym go do bikeparku na tydzień, ale chętnie kupił jako rower na weekendowe jazdy i polskie zawody enduro.

Pierdollo

Spectral. Jeździliśmy na tym kilka lat temu. Wtedy ni pies ni wydra. Tzn fajny rower, ale taki troszkę rachityczny (patrz tu: Canyon Spectral CF 9.0 EX ) Fajnie podjeżdżał, zjeżdżał nawet spoko. Za to bardzo spoko zaczął zjeżdżać po wsadzeniu mu Foxa 36. Tylko to niekoszerne było, a to ponieważ skok był o chyba 10 lub 20 mm większy niż regulaminowy. Czyli 160 zamiast 140. Dalej jednak, ze względu na niewielki skok z tyłu, nie było idealnie.

Kolor kawa zbożowa może się podobać, a może nie.

Patrzę na nowego Spectrala i cooo ? 160 i 150 🙂 czyli jakby posłuchali.  Zdecydowanie nabrał muskułów. Nie wydaje się już być rowerem, XC dostosowanym do jazdy enduro. Z resztą sam Canyon przesunął go w kategorie cięższych rowerów.  Problemem tego roweru może być to, że wiele osób kojarzy go z XC na sterydach i posiadanie takiego nie przystoi w czasach skokowego i tłentinajnerowego onanizmu 🙂

Jezu jezu, wsadzili mu całe 160mm i do tego foxa 36

Z pudelka

Nie lubię brązowo – kawowych kolorów. Unikam ich w życiu, jak ognia. No i przychodzi taki canyon, wyciągam go z pudełka, jest brązowo – kawowo -mleczny i ….. wyjebuje mnie z butów 🙂 Bardziej z laczków marki waterexpert no, ale co zrobić.  Na plus oczywiście. Ładny, że hoho. Nazwa koloru nadana przez producenta – Wasteland. Ciekawe czemu nie np Chernobyl czy jakoś tak. 

Kolor kawowy sprzyja drapaniu się po jajkach o górną rurę gdy inni patrzą. Fot. Łukasz Kopaczynski

Składanie przyjemne. Przychodzi wyregulowany z fabryki. W ramach bycia ostrożnym, dobrze po pierwszej jeździe dokrecić newralgiczne punkty jak wahacz, przerzutkę, obejmy, linki. Razem z rowerem przychodzi pompka do amora, klucz dynamometryczny. Do tego dostajemy odblaski i kapitalny talerz za kaseta. Odblaski można przykleić gumą do żucia do psa lub dziecka, a talerz ofiarować żonie / kochance  w ramach zadośćuczynienia, gdy jedziecie na rower. Na pewno będzie wniebowzięta i poda na nim obiad atrakcyjnemu Ryśkowi.

Rychu jadłby chętnie z talerza wstydu (ang. dork disc) po dmuchnięciu żono/kochanki. Dlatego lepiej go nie zdejmować, aby mu nie dała.

W kartonie mamy pompkę do amora, klucz dyno, paste do lubrykacji …. yyyyyy adhezji karbonu i worek dla psa dla obiektów trzyworkowych.

Komponenty

Lubię spójne rozwiązania. Tu nie ma co wybrzydzać. Za napęd odpowiada pełne Shimano XT. Przesiedliśmy się w tym roku na Shimano,  XT działa jak należy. Jest zrobiony dla mniejszych palców niż SRAM więc dla dużych łap wymaga precyzyjniejszego ustawienia na kierownicy. Biegi wchodzą bez zarzutów nawet pod dużym obciążeniem, ale tego byśmy się spodziewali. W końcu to przednajwyższa grupa. Jak urwiecie przerzutkę nie będziecie musieli płakać, ani sprzedawać jądra producentom sałat z jajkiem, bo cena przystępna.

XT zmienia biegi dobrze, co nas nie zaskakuje

Heble są znane i lubiane. Na maxa przypominają stare Sainty i tak też hamują. Mocno, bez jakiejś kosmicznej modulacji, ale akurat mi to odpowiada.

Koła to DT Swiss M1700. Bardzo przyzwoita waga, 30 mm szerokości wew. Przeżyły moją jazdę na Ślęży a zazwyczaj 90 kg żywca robi delikatnym kołom swoje. Fajną sprawą jest brak mechanizmu zapadkowego i zastosowanie Ratcheta. Do niedawna było to dostępne tylko w najdroższych piastach DT. Rozwiązanie niezawodne i ciche. Pierwsze prowadzenie roweru budzi konsternację, bo jest ciche jak Lech na wawelu.

Ratchet jest cichy, spuszcza po sobie wodę i zamyka klapę.

W uginanie się odpowiada Fox DPX2 Performance elite i analogiczny lis 36 z przodu. Miło, że nie jest to Fox 34 który niby bebechy ma takie same, ale daje feeling gięcia się wszystkiego. Zawiecha działa poprawnie. Nie zabija milionem regulacji. Trzymaliśmy SAG w zakresie 25%-30%. Każde z ustawień miało swoje plusy i minusy, ale o tym później.

Fox 36 jest odpowiednio gruby by było nam przyjemnie.

Za frykcyjne połączenie naszego tyłka (ang. anus) z rowerem odpowiada sztyca Fox Transfer. No i to jest jedyna porażka w tym rowerze. Biorąc pod uwagę cenę tego rozwiązania, jest ona słaba. Dysponuje przyjemną i ergonomiczna manetką, ale już jakość pracy sztycy w tym przedziale cenowym to masakra. Nie działa precyzyjnie. Nie opuścicie jej o np 5mm. Początkowe tarcie jest tak duże, że po naciśnięciu manetki trzeba lekko strzelić z dupy by ją ruszyć.

Sztyca foxa zrobiona jest z lisów i to leniwych i zatartych, z chowu klatkowego.

W efekcie czego jest to mało precyzyjne i sztyca opuszcza się 2-3 cm. W dodatku lubi nie wysunąć się w 100%. Zostaje 1-1,5cm, które trzeba złapać udami i wyciągnąć. Skill przydatny jeśli żyjecie obszarach, gdzie jesteście narażeni na gwałt. Tam należy umieć mocno złapać sprawcę udami i odprowadzać na policje. My tam jesteśmy otwarci, więc ten aspekt treningowy jest nam zbędny. Drugim plusem oprócz manetki jest to, że baryłka linki łapie przy sztycy a śruba blokuje linkę w manetce. Jakie to oczywiste. Linke do sztycy zakłada i napręża się w 5 sek.

Są tylko dwie rzeczy których w Spectralu nie lubimy. Sztyca i kiera z AL.

Kokpit… tak jak stare dobre niemiecki filmy bazowały na Heidi to tu, jak zwykle w Canyonowskich produkcjach, występuje  mostek i kiera  G5. Przyzwyczailiśmy się przez ostatnie lata do kier carbonowych, więc nie lubimy tego feelingu AL. Wydaje się też bardziej wiotki. Nie przeszkadza w sterowaniu a raczej w macaniu w czasie jazdy. Po prostu daje low costowy feel, a to w sumie rower za 18k. Oczywistym minusem są cienkie gripy. Odi Rogue czy Esi Super chunky poprawiają feeling roweru o 200%.

Rama jest podgumowana gdzie trzeba więc jest cicho na zjazdach.

Rama jest wykonana z Carbonium, wahacz jest z alu i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Nie wiemy czy wungiel do ramy wydobyto na Śląsku, ale możemy tak założyć, aby wmówić drugiej połówce / mamie / tacie / sponsorowi / sponsorce, że wspieramy polski przemysł. 

Podjazdy

Podjeżdża ! I to dobrze. Chyba jest to najlepiej podjeżdżający full Trail / Enduro jakiego ujeżdżałem. Zwłaszcza napompowany do 25% SAGu. Wogóle ta kwestia czy 25% czy 30% sagu to jest istotny temat dla tego roweru. Przy 25% wali to to w górę jak maszyna XC. Koszt jaki ponosimy, to że wali po łapach na zjazdach. Rower jest dość krotki, więc na podjazdach wystarczy się pochylić, aby przód się nie odrywał od ziemi. Sprinty na stojąco nie zabijają go i zawiecha nie siada do ziemi.

Skubaniec lubi podjazdy jak Sasin wybory korespondencyjne. Fot. Łukasz Kopaczynski

Bałem się, że stanie się ociężały po tym jak go Canyon nasterydował. Przy 30% SAGu robi się bardzo lekko ociężały. Bez blokady suport siada lekko w dół i zamula podjazd. Nie ma dramatu, ale nie jest już taką kozicą. Oddajmy mu to, nawet zamulający jest jednym z lepiej podjeżdżających fulli enduro.

Generalnie nie czuć zupełnie tego, że to jest rower ze skokiem 160/150. Na feeling podjazdowy dałbym mu 130mm

Zjazdy

Jest szybki. Zaskakuje, zwłaszcza że to 27,5. Tak jak pisałem wcześniej, istotne jest czy ustawimy 25% czy 30% SAGu. W jednym i drugim przypadku jest dobrze. Przy 25% nie jedzie się super pluszowo. Wali po łapach na małych nierównościach, ale jestem mu to w stanie wybaczyć bo zapierdala.

Rower zjeżdża dobrze. Chyba, że akurat nie zjeżda to wtedy nie zjeżdża wogóle. Fot. Łukasz Kopaczynski

Serio ten rower jest szybki. Jest szansa, że to dlatego, że zawiecha nie zamula. Jest skoczny, lubi stawianie na koło, skręca nawet na mega stromym. Na trasach typu Swiniołaj (czyli kręto, mocno stromo i luźno) daje pełną kontrolę. Przy SAGu 30% robi się pluszowo, ale dalej sprężyście. Dobrze czyta się podłoże, rower nie pływa. Jak dla mnie petarda.

Skoczny jest jak Sebix na weselu Angeli i czwartym brudziu. Fot. Łukasz Kopaczynski

Podsumowanie

Ten rower jest jak Danika Mori po treningu do triathlonu. Fit, kształtna, rozciągnięta, dobrze ciągnie pod górę. W dół też zbiega, czasem coś jęknie, że boli ją kostka, ale zbiegnie z gracją i miło będzie na to patrzeć. Nie spoci się zbytnio, nie poobciera i na dole będzie pachnieć truskawkami.

Uważam go za kapitalny rower dla osób które chcą zacząć w enduro a zastanawiają się co kupić. Dla doświadczonych też, ale o tym później.  W sumie zazwyczaj ktoś kto zadaje pytanie jaki rower wybrać:

1 – nie jest przesadnie doświadczony, czyli nie nakurwia piecem na zjazdach a jak mu się wydaje że nakurwia to pewnie i tak nie nakurwia

2 – podjeżdżał mało, więc jest słaby kondycyjnie. Na wycieczkach podjeżdża 500m i płacze jak ma byc 1000.

Też jesteśmy jak Danika i pachniemy i smakujemy truskawkami Fot. Łukasz Kopaczynski

Wobec powyższych, niech se kupi rower na którym nie zdechnie na podjazdach a który spisuje się świetnie na zjazdach. Wiadomo, nie płynie się jak na masełku i nie jest pluszowo i mięciuchno, ale robi robotę na maxa i radzi sobie ze wszystkim. Na pewno nie ogranicza jeźdźca. I nie ma co gonić za skokiem i jarać się 180mm bo taki skok nie jest wykorzystywany jak sie jedzie pooooooowoli, a na podjazdach będziecie płakać. Wobec czego zaryzykowałbym stwierdzenie, że jeśli zadajecie sobie ‘to’ pytanie to Spectral jest rowerem dla Was. A jak urośnie Ci łyda i skill, to se wstawisz większy wideł do przodu i przejeżdżasz sezon – dwa aż uzbierasz hajsiwo na nowy rower.

Nie klei do drzew a klei do gleby 🙂 Fot. Łukasz Kopaczynski

Osoby bardziej zdecydowane też nie powinny go omijać. To kapitalny rower na tripy i do ścigania się. Na zjazdach nie jest super pluszowo, ale coś za coś bo na podjazdach i sprintach jest efektywnie. Do tego w trudnym terenie skręca i prowadzi się idealnie. Nie zabrałbym go do bikeparku na tydzień, ale chętnie kupił jako rower na weekendowe jazdy i polskie zawody enduro.

Jest szansa, że w topowej wersji zawiechy jest już mięciucho i robi nam się rower niemal idealny. Szkoda, że nie 29, ale nie jęczmy.

Siła, masa, pierdolnięcie ep. 05 – Trener personalny

Po zabawach w crossfit, siłkach, ćwiczeniu w domu i przeżyciu prawie 40 lat, niektórzy dochodzą do wniosku, że może warto zainwestować hajsiwo w trenera personalnego. Niektórzy mogą uznać, że stówę za godzinę można lepiej spożytkować, zatrzymując się na poboczu jednej z dróg krajowych. Niestety popularyzacja ekspresówek powoduje, że takie możliwości radykalnie się marginalizują

Po zabawach w crossfit, siłkach, ćwiczeniu w domu i przeżyciu prawie 40 lat, niektórzy dochodzą do wniosku, że może warto zainwestować hajsiwo w trenera personalnego. Niektórzy mogą uznać, że stówę za godzinę można lepiej spożytkować, zatrzymując się na poboczu jednej z dróg krajowych. Niestety popularyzacja ekspresówek powoduje, że takie możliwości radykalnie się marginalizują. Z tego powodu skupimy się na wydawaniu na personal coacha, bo i benefit lepszy i mniejsze ryzyko.

Stówę można wydać na roczny zapas słoninki do karmika albo na trening na którym się dotknie kolegę. Fot. Krzysztof Stanik

W sumie, jeśli umiecie ogarnąć się na siłce, macie pojęcie na treningu, jesteście kurewsko zmotywowani i nigdy nie robicie nic źle, taka forma treningu nie jest Wam potrzebna. Z drugiej strony, jeśli patrząc w to siłowniane lustro pięść zaciska się i sama zmierza do Waszej twarzy, celem zajebania Was samych, może warto pomyśleć o wartości dodanej treningu, bo dostajecie kogoś kto:

  • pomaga wyznaczać cele  
  • układa trening zgodny z preferencjami
  • rozumie Wasze ograniczenia (np. tendencje do kontuzji)
  • zauważa słabości i niweluje je w trakcie

Od kręcenia w miejscu zimą nie uciekniesz. Tu przy okazji ćwiczysz bicka na długie zimowe wieczory Fot. Krzysztof Stanik

Nasze i przyjaciół doświadczenia z trenerami różnej maści można zgrupować w następujące profile:

  • Przaśny Ździchu – dużo żarcików o dziurach i ruchaniu. Za młodu umiłowanie fitnessu i ładnego bicka. Od X lat chłop powtarza to samo i mu to działa, więc i Tobie pokaże. Słabo ze słuchaniem potrzeb.
  • Biggest cock of the gym – szukać w boxach crossfit – Cytaty:  “… dajesz kurwa dajesz, sportowiec na martwy bierze 3x ciężar swojego ciała”. “..Kontuzje….. A kontuzje ….. mi się nie przytrafiają”, “jak to kurwa nie wiesz kto to Mat Fraser ?”  W głowie tylko martwy, clean and jerk. Koniecznie jakiś tatuaż 🙂 
  • Merytoryczny trener pokazowy – Cytat: “Moje zawodniczki są tak zmotywowane, że od pół roku nie miały okresu, .. tak tyrają” Focus na zawodników, bo przecież tylko bycie zawodnikiem ma sens. 
  • Egocentryczny Daenerys Targaryen z kutasem – Cytat: “Haaaalo, taaa jestem trenerem dyscypliny X, Zawodnikiem, redaktorem i pracownikiem akademickim. Jestem tak zajebisty, że nie mieszczę się w ramkę, też nie słucham, bo wiem najlepiej”
  • Przedsiębiorczy Rysiek – niby wszystko spoko, ale przez połowę Twojego treningu przybija piątki z ekipą z boxa albo dealuje z kimś przez tel. 

Odbity w lustrze precel miłości w nowym roku symbolizuje zawsze niesuche mleko w oponach i dobrobyt na podjazdach Fot. Krzysztof Stanik

Pewnie każdy mógłby poszerzać tę listę bez końca. Ważniejsze jest jak uniknąć takiego fakapu? Bo praca z takimi prawdziwkami jest smutna i te 100 za godzinę, jednak lepiej i przyjemniej zostawić u leśnego ssaka, np…Roksany, Iriny lub … Siergieja. Co tam kto lubi.

Po naszych doświadczeniach zebraliśmy garść minimalnych oczekiwań od coacha.

Gibkość pantery przydaje się na podjazdach, gdybyście chcieli dodać sobie animuszu i powąchać swe jaja bez sięgania do nich. Fot. Krzysztof Stanik

Początek 

Fajnie jak trener ma dla Ciebie czas i chce pogadać o oczekiwaniach, celach, potrzebach. W końcu na jakiejś podstawie gość ma zmontować dla Was dedykowany trening. Wielu żongluje sloganem “Indywidualne podejście” jak Rocco Sigfredi cyckami i trochę smutne jest jak osoba wchodząca na trening po Was ma identyczne ćwiczenia. My na początku naszej przygody z naszym coachem – Dawidem zostaliśmy zważeni, pomierzeni i pogadaliśmy dlaczego ważne są dla nas takie cele, a nie inne. Opowiedzieliśmy też o naszej przeszłości sportowej i urazach.

To jest zupelnie inna jakość gdy masz po treningowe rozciąganie dedykowane nie tylko pod ćwiczenia z treningu ale też pod to co akurat Ci się spięło. Fot. Krzysztof Stanik

Profil osobowy

Trener nie musi być najbardziej napompowaną osobą na siłowni (boxie..), ale musi dobrze wyglądać. Przez określenie „dobrze” mamy na myśli proporcjonalne ciało, nie przerośnięte, dobrze odżywione dietą, a nie odżywkami. Skóra zdrowa, a nie pryszczata – co mogłoby wskazywać na żarcie koksu i innych małpich sperm. Miło, gdy nie jest ulaną świnią. Jeśli ma jakieś osiągnięcia w sporcie to dodatkowy plus. Nawet duży. Uważajcie tylko, aby nie czerpał z jednego sportu.

Nie ma ten teges – ławeczka musi być. Dobrze aby trening nie składał się z samych ćwiczeń “siłownianych” Fot. Krzysztof Stanik

Różnorodność i dedykowanie

Zerkajcie na ilość sportów jaką uprawiał. Skąd czerpie pomysły na ćwiczenia?  Wszechstronność gwarantuje Wam wszechstronne ćwiczenia. Weźmiecie gościa z backgroundem tylko ciężarowym to będziecie najpewniej w większości przerzucać żelastwo. Mamy szczęście mieć jako coacha byłego dziesięcioboistę z osiągnięciami. Dziesięciobój to dziedzina wymagająca kurewsko dużej wszechstronności. W dodatku każdą wolną chwilę spędza na rowerze, rolkach i innych sportach. Dzięki temu przez 3 miesiące treningów żadne ćwiczenie nie powtórzyło się dwa razy 🙂 oprócz martwego i przysiadów.  Oczywiście każdy trening dzieli się na 15 min rozgrzewkę, 1h właściwego treningu a potem 15 min stretchingu, ale na tym podobieństwa się kończą. Może jego studio Fitcoach nie jest duże (nie musi być !!) i nie śmierdzi na kilometr testosteronem, ale treningi są zaskakująco wszechstronne i ciekawe.

Pomoc w celu 

Idąc do personalnego mieliśmy 3 cele:

  1. Stabilizacja i wzmocnienie core
  2. Poprawienie wyglądu ciałka
  3. Poprawienie skoczności i zwierzęcości 🙂

Po pierwszym treningu usłyszeliśmy od coacha, że punkt trzeci zaczniemy robić za pół roku, bo jesteśmy tak koślawi, że się porozwalamy przy skokach i mocno dynamicznych ćwiczeniach. 

A jak liczymy na cool ciało szybko,…. to żebyśmy się nie rozczarowali. I to jest czego oczekiwaliśmy. Nie pieprzenie marketingowe, że wszystko się da, tylko obserwacja i jasne określenie i rewalidacja celów. Pamiętam zajęcia crossfit, na które przychodziły grubasy i bezmięśniowi licealiści, każdy dostawał sztangę i akurat rypaliśmy martwe na czas. Trener o zdecydowanie największym kutasie (na 100% wytatuowanym by być bardziej cool) wykrzykiwał, że każdy da radę, bo to piękno crossfitu. Sporo osób dość szybko łapało kontuzje. 

Nauczmy się chodzić lub nawet raczkować, zanim zaczniemy biegać.

Z kettlem na jajach jeszcze nikt nie kłamał. Fot. Krzysztof Stanik

Obserwacja

Często nie zdajemy sobie sprawy z naszej nieprawidłowej postawy czy pozycji podczas wykonywanych ćwiczeń. Lustro nie skoryguje nam tego – musi to zrobić osoba z zewnątrz – najlepiej trener, który wie jak nas skorygować. Fajnie jeśli dodatkowo taka osoba jest wykształcona pod kątem podstaw fizjoterapii i potrafi dobrać dla nas ćwiczenia korygujące. W naszym przypadku często słyszymy uwagi jak: łopatki razem, nogi prosto, głowa wyżej, …. dupa wyżej, aaaa …. nie….. o dupie wyżej słyszymy tylko w pracy 🙂  Jeśli nie jesteśmy tego w stanie skorygować, coachu przerywa ćwiczenie i robimy takie, w którym umiemy panować nad ciałem. Uwagi o łopatkach czy nogach wynikają z jego spostrzeżeń, ale też z informacji, które przynosimy od naszego fizjoterapeuty.

Dobry coach swym przenikliwym wzrokiem zajrzy Ci w każdą dziurę. Fot. Krzysztof Stanik

Słuchanie 

W dzisiejszym świecie kiedy każdy pręży i pucuje pałę by była ładniejsza, ciężko jest o ludzi którzy słuchają i procesują.

Dobry trener dopasuje trening do naszych możliwości, korygując jednocześnie nasze braki, dobierze jego intensywność i charakter do podopiecznego, biorąc pod uwagę również jego stan psychiczny – bo nie każdego dnia czujemy się doskonale. 

Przedtreningowe zapytanie „Jak tam się czujesz dzisiaj? Jak nastrój?” nie oznacza anglosaskiego bullshitu. W zależności od odpowiedzi powinien dopasować ćwiczenia – czasami z pewnych rezygnując, albo dodając np. ćwiczenia oddechowe – które pełniły również funkcję relaksacyjną kiedy dowiadywał się, że Twój dzień jest prąciowy, albo dodając interwały kiedy masz dzień konia. Trening ma być fajnie spędzonym czasem, formą rozrywki, a nie katorgą, męczarnią czy przykrym obowiązkiem.

Spoko jeśli każdy rzeczowo określi sobie, czego potrzebuje. Większość z nas ma słaby core  i w dodatku jesteśmy pokaleczeni koślawościami z przeszłości. Zima i trener personalny plus opinia fizjoterapeuty są dla nas gwarancją w miarę bezbolesnego prostowania tych wszystkich słabostek i niedociągnięć ze skutkiem ubocznym w postaci rzeźbienia sylwetki. W sumie więcej mięsa to lepszy attract na płeć przeciwna i miększe lądowania. A sensowny coach to motywacja, przyjemność i większa gwarancja osiągnięcia celów bez uszkodzenia się.

Kilka słów otuchy się przydaje kiedy chcecie sobie spuścić kettla na ryj. A poważnie to spoko kiedy coach powie Ci – weź idź po mniejszy ciężar bo kaleczysz. Fot. Krzysztof Stanik

Dodatkowa motywacja

Ćwiczenia takie jak wariacje planków, przeskoków na bosu, przysiadów na piłkach są tak zrypane, że sami w domu nie wyciągniecie z siebie tyle co w przypadku, gdy ktoś ustawi Wam timer i karze cisnąć do porzygu. Nie lubimy kasować swoich słabości, bo jest to tak przyjemne jak oglądanie psów szczepionych dupami na wystawie bolidów F1. Z motywacją z boku da się to robić nawet przyjemnie.  Dzięki za pomoc w przygotowaniu art Krzysztof Stanik (Foto)  i Dawid Pyra (nasz coach)

Zbyt mocne parcie może skutkować urodzeniem czegoś. Fot. Krzysztof Stanik

Ibis Ripmo test długodystansowy

Mija pierwsze zauroczenie i można napisać w końcu coś w miarę obiektywnie. Rower przejechał ponad 1500 km więc coś już o nim wiadomo. Latał w każdych warunkach. W polsko-jesiennym gnoju, spędził 10 dni na La Palmie, tydzień na Majroce, co tydzien był wyprowadzany gdzieś na dolnym śląsku. Co by  się miało popsuć, już by się popsuło.

Rok wspólnego mieszkania i macanek to moment w którym na podłodze pomieszczeń pojawiają się brudne gacie, rajstopy i śmierdzące skarpety. Może pojawiać się też pukanie przy nieogolonych nogach czy tropy na muszli klozetowej. 

Dlatego Ripmo ostatnio przestał się myć, co widać na zdjęciach. Ale ja to akceptuje.

Mija pierwsze zauroczenie i można napisać w końcu coś w miarę obiektywnie. Rower przejechał ponad 1500 km więc coś już o nim wiadomo. Latał w każdych warunkach. W polsko-jesiennym gnoju, spędził 10 dni na La Palmie, tydzień na Majroce, co tydzień był wyprowadzany gdzieś na dolnym śląsku. Co by  się miało popsuć, już by się popsuło.

W pigułce – dla zastanawiających się czy było warto – było. Mój kolejny rower to też będzie pewnie Ripmo. 

10 dni na la Palmie to jakieś 40 tyś. metrów w dół i temp od -3 do +30

Nerki i wątroby

Zdecydowałem się na kit na GX + Foxy factory + koła carbon na piastach Ibisa. Korciła wersja na piastach Industries Nine, ale pomyślałem, że mam dwie nerki i nie chce zostać z jedną. Na wątrobę, która ponoć się regeneruje po częściowym wycięciu, jednak nie było akurat chętnych. GX wygląda dobrze cenowo a wersja X01 to jakaś masakra cenowa.

Od razu było wiadomo, że będą zmiany w detalach. 

W modach pomogło bardzo składanie roweru w Thirty Three Bicycles Studio. Wszystkie części które tam się znalazły były u nich na stanie, więc nie trzeba było robić zbieraniny z połowy Polski. W dodatku  chłopaki kumają, że kiedy coś się chce, to chodzi właśnie o tę rzecz i nie próbują przekonywać, że jakieś BBB będzie tak samo dobre.

Kit na GX pozwala kupić rower bez konieczności puszczania się w centrach handlowych za dukaty, jednak wymaga kilku zmian.

Rama

Od początku rower robił zajebiście robotę na zjazdach. Na podjazdach też, tylko trzeba było ustawić odpowiednio zawiechę. 

Bez odpowiedniego setupu ciśnienia ma się ochotę na podjazdach wyj@#ać go w krzaki. Zakres ciśnień pasujący do masy jest bardzo mały. Za mało luftu – gnie się jak zjazdówka, za dużo – jest sztywny jak szosówa. Idealnie – jest zajebiście.

Moje obawy budziły ślizgi zamiast łożysk. Nie ma z tym dramatu. Warto raz na sezon przesmarować, ale nie syfią się i nie zabijają jakości pracy zawiechy. W sezonie i tak odeślecie uginacze na serwis to od razu można się zabawić w smarowanie.

Ślizgi nie są złe. Nie trzeba ciągle lubrykować by jechać. Dobry to więc koń!

Z ramą nic się nie dzieje. 

Suport to wkręcany DUB. Kolejny nowy standard. Miło, że wkręcany bo nie trzeszczy jednak ze względu na podkładki wchodzi na kilka zwojów gwintu. Lepiej uważać i sprawdzać dokręcenie bo jeśli się poluźni to ten gwint rozwalicie.

Doceniamy wkręcany suport, nie doceniamy kolejnego z dupy standardu.

O geo ramy i jej plusach pisaliśmy przy okazji testu. Siedzi się w rowerze, pozycja jest tak idealna, że nie trzeba się spinać z dociążaniem przodu, podczas zjazdów nie ma konieczności drapania się po jajach i wyciągania rodzynów z dupy przy pomocy opony. Niektórzy mogą za tym tęsknić, nam to pasowało. Po roku odczucia się nie zmieniły, więc po więcej zapraszam tutaj:  Ibis Ripmo

Internal routing. Jest i działa. Jezu jakie to jest spoko, że pancerze wymienia się w milisekundach. Z minusów to nie jest za super jeśli zakładamy heble. Trzeba rozpinać przelewy i przelewać. No, ale czego się nie zrobi dla estetyki i piękna.

Internal routing daje rade. Nie potrzeba konkubiny by pomogła ręką.

Uginacze

Całym teamem poszliśmy w wypaśniejszą wersje zawieszenia. Zamiast widła Float 36 performance jest Fox Float 36 Grip 2 Factory 160mm. Jeśli chodzi o damper to w podst. wersji jest Fox Float DPX, a w naszej X2. Ilość ustawień zabija, dobrze użyć toola typu Shock Wizz. Można jechać na ustawieniach z instrukcji i nie jest źle. Ja tak zrobiłem. Otworzyłem tylko bardziej szybka kompresję, bo kamulce na Ślęży tego wymagają. 

Tylko jeden X2 z ośmiu w teamie się wziął i zapowietrzył. W sumie to spoko wynik.

Jednak użycie dedykowanego narzędzia jak ShockWizz czy SusMyBike robi robotę. Żałuję, że zrobiłem to po roku. We Wrocławiu możecie pożyczyć je od Thirty Three Bicycles studio albo pożyczyć za free jak kupicie u nich rower.

ShockWizz pomaga ogarnąć ustawienia zwiechy. Pchnął mnie w obszary do których bym nie dotarł a generują mokre sny.

Przez rok z zawiechą wszystko fporzo. Po około 4 miesiącach przytępiła się trochę kultura pracy foxów i trzeba je było wysłać na przegląd gwarancyjny. Wysłałem do Spidera, dostałem amortyzatory z powrotem po serwisie za miliard złotych i z ich pedalskimi naklejkami których za ch#ja nie mogę odkleić. No ale jak się chce gwarancje to trzeba przeżyć hajs, natomiast kurwica mnie bierze na te naklejki. W przyszłości jednak chętnie szedłbym w sprężynę z tyłu. Pewnie progresywną od MRP. Sprężyna jest przyjemniejsza od powietrza, ale bądźmy szczerzy to jest taka fanaberia troszkę.

W widle jakiś czas temu pojawił się Ramp Control od MRP i zmienił jego charakter, że hoho. Śmigam na o 10 PSI mniejszym ciśnieniu, i dobijam rzadziej a wybieralność liści jest lepsza. Czuje że używam większości skoku. 

Reasumując. Float 36 Grip 2 + MRP ramp control fpytke. Fox X2 też fpytke, jednak sprężynka z tyłu będzie kolejnym krokiem.

Ramp Control pomaga nie dobijać i jeździć na miękkim wacku. Z minusów to nie działa z nim ShockWizz bo nie jest w stanie odczytać ciśnienia w komorze.

Napęd

Poszedłem w GX bo ceny innych kitów zabijały. Na dzień dobry pozbyłem się kasety i korby GX na rzecz XX1 (kaseta) i X0 (Korba). Różnica w masach kasety (447g vs. 265g) i korby (680g vs. 493) daje prawie pół kilo oszczędności, więc wydawało się to zasadne. Do tego kaseta nie dzwoni przy zmianach biegów jak kloszradzki wózek i jest dużo trwalsza.

Kamienie nie robią jej takiej krzywdy jak myślałem, że będą.

Przerzutka GX została. Nie widze sensu ładowania czegoś lepszego przy cenach zmieniarek SRAMa.  A wiadomo, że raz – dwa razy na sezon zmieniarka samoistnie się urwie. Różnica w masie do wyższej grupy to jakiś śmiech. 

Sam napęd działa poprawnie, ale bez szału. Lubię SRAMa za to, że działa nawet jak jest krzywy – dotyczy to nawet eagle. Jednak w Eagle precyzja ustawienia lekko zabija. Niestety napęd rozregulowuje się chętnie i mało kiedy działa idealnie. Można powiedzieć, że mamy napęd odporny na syf, skrzywienia, ale jednak wymagający ciągłej regulacji.

Kaseta 11-52 przy zębatce 32 z przodu załatwia problem ze wszystkimi podjazdami. Przełożeń nigdy nie zabrakło w żadną stronę. Nie szedłbym w mniejszy tył bo to jednak 29 i taka patelnia się przydaje.

Jak odpadnie to nie szkoda.

Manetka w GX jest zapewne zrobiona ze zgrzanych, zużytych kondonów, no, ale działa. Trzeba tylko polubić ten kutasi feeling, w porównaniu do wyższych grup. Następnym upgradem napędu, będzie zmiana na Shimano. Ciekaw jestem, jak to będzie działać, ale opinie są obiecujące. Podobno sam się nie rozregulowuje a przerzutki są tańsze. To oznacza, że po urwaniu mniej będzie bolało a dzieci me będą mogły jeść więcej. Pewnie Shimano będzie mieć inne bolączki. W sumie jeśli komuś napęd zawsze działa idealnie, to znaczy, że nie jeździ lub jeździ po szosie.

Manetka ma ładne logo, ale feeling kutasiarski.

Pedały na jakie się zdecydowałem to Sixpack Menance. Ważą 430g, kosztują 200PLN, mają dużo łożysk i żyją !! W przeciwieństwie do super – ultra – gównianych Spanków za 600PLN które posiadałem razem z Masko wcześniej. Tu, po roku zero luzów. Kultura pracy genialna. Jedynie gwinty w pinach trzeba posmarować jakimś mocniejszym loctite aby nie znikały. Tzn nie znikają gwinty lecz piny.

Niby plastik a zadziwiająco dużo wytrzymują. Generalnie duży plus za trwałość, masę, cenę funkcjonalność.

Napinacz i taco pochodzą od Absolute Black. Wcześniej miałem od nich zębatkę – jajo i było chyba wykonane z borsuczych napletów. Serio – chcecie zębatkę którą noworodek może prostować palcami, kupcie jajo od AB. W kwestii napinacza więc byłem sceptyczny. Niesłusznie. Taco nie raz dostał strzały i żyje. A jazda Kazirodcą czy Żmiją na Ślęży nie go rozpieszcza. Sam napinacz dobrze trzyma, łańcuch spada mega rzadko a waży tyle co nic.

Napinacz z Taco od Absolute black sztosik. Teraz pewnie brałbym 77design bo taki sam a tańszy.

Stery

Domyślnie Canecreek Forty. Super sprawa. Dolna miska leci w takim tempie w jakim dochodzi ksiądz proboszcz po zlizaniu mu śmietany z kolana. Podobnie jak w przypadku kiery, nie kumam czemu ibis nie wrzuci czegoś lepszego. Od razu wymieniłem dolne łożysko na łożysko z Cane Creek 110 i jest git, a koszt znikomy.

Dolne łożysko znika w 3 sek, górne luz.

Kokpit

No fabryczna kiera Ibisa woła o pomstę do nieba. Od razu wyleciała z roweru. Wraz z mostkiem. Chciałem  35mm zamiast 31.8. Przy kole 29”, skoku 160 i szerokości wiosła 80cm, dobrze mieć coś sztywniejszego a ponieważ to dreambike to jeszcze biżuteryjnego. W końcu na tę część patrzę się najwięcej. Chłopaki z Thirty Three zaproponowali Renthala wraz z mostkiem. Nie oponowałem. Kiera jest sztywna, tłumi i lubię jej feeling.

Dobrze trzymać w ręku coś grubego co się nie gnie.

Początkowo irytował mnie mostek z tym jego tytanowym kolorem, ale jakoś to nie boli tak bardzo przy Hopeach w kolorze raw alu. Mam duże łapy więc grupy to ESI super chunky. Spisują się jak odi rogue, ale są niebieskie, wiec jestem zadowolony. Zmiana kiery od razu podniosła przyjemność w spółkowaniu z  rowerem.

Kolor mostka z dupy, ale można się przyzwyczaić.

Heble

W kicie GX były chyba 4 tłoczkowe deore z jakimiś dziwnymi tarczami. Ja nie wiem co to miało być. Same heble hamowały dobrze, ale klocki i tarcze zużyły sie do zera u wszystkich po niespełna miesiącu. To jest jakiś dramat. Tarcze poszły w śmieci, heble do zapasowych rowerow. Całym teamem. Przesiedliśmy się z tarczami i heblem na hope Tech3 E4. Jest to biżuteria. Miło się patrzy. Jakość wykonania sztosik. Hamują dobrze, choć są humorzaste. Kilka osób w teamie co jakiś czas musi je przelewać aby nie kurwić. Ja nie miałem z nimi problemów. Hamują i modulują dobrze. Chrzest miały na LaPalmie, gdzie wysokość zjazdów to 2500m i mnie przy moich 87Kg nie zawiodły.

Ładny Ci on !

Klamki są zajebiście ergonomiczne. Paluch się nie męczy i trafia tam gdzie powinien. Regulacji styka a wygląd powala. Szkoda, że lubią się zapowietrzyć.

Koła

Zajebioza. Szerokość wew 35mm, zew 41. Wungiel. Przy tej szerokości zestaw waży 1710g. Z piastami I9 ważyłyby 110g mniej i hałasowały jak stado os, ale trudno. Z kołami nic się nie dzieje. Jeżdżę bez wkładek.  Nie biją, nie odkruszyły się a piasty nie zdechły. O piasty bałem się najbardziej, bo w poprzednim moim Ibisie, te piasty padły pierwsze. Teraz luz. Łożyska czyste, bębenek po roku używania łapie, jak leśny ssak syfilis czyli dobrze i szybko.

Nie udało się jej połamać. Jeżdżę na ciśnieniu 1.7-1.9  przy 87kg żywca.

Koła są chyba jednym z większych zaskoczeń. Opona na nich ma kosmiczną szerokość i gripa. Do tego 7 lat gwary i ponoć brak wybrzydzania Ibisa przy crash replacement. Z tego też powodu pieprze wszystkie wkładki. Nie po to inwestuje w lekkie koła by im teraz wsadzić 200g jakiegoś gąbkowego gówna.

Piasta Ibisa w Mojo 3 była kupą, tu trzyma się mega dziarsko i u żadnego z nas nic złego się nie działo.

Sztyca

Bike yoke revive 185mm. Nic dodać nic ująć. Wcześniej Ibis ładował KSy. Potem się ogarnęli i zmienili dostawcę. Ja na szczęście dostałem wersję z BY. Więcej o niej pisaliśmy Bike Yoke Revive więc nie będę się rozpisywać. Chyba najlepsza sztyca na rynku.

Manetka daje radę z ergonomią. Teraz mają takie wszyscy, kiedyś nie.

Sztyca zawsze działa, odpowietrza sie w 3 sek, jest łatwa w serwisie i ma 185mm. Co chcieć więcej.

Gadżety – One Up EDC i backcountry strap

Od jakiegoś czasu unikam jazdy z plecakiem za wszelką cenę. Dlatego Dętka i kartusze poszły na ramę, a narzędzia do sterówki. Oba patenty sztosik.

Strap BackCountry. Łapie dwa kartusze 20g, detkę i łychę. Ma wąsy pozwalające na trwałe mocowanie. W przeciwieństwie do różnych alternatyw tu nic się nie przekrzywia i siedzi na miejscu.

Patent na chowanie w sterówce jest czadowy. Szkoda że trzeba nagwintować sterówkę co powoduje że gwara jest dyskusyjna.

Narzędzi jest komplet. Przy fuck-upach nie brakło funkcji, jakość sztosik a szydło do opon najlepsze jakie miałem.

 

Wojciech Królikowski

Siła, masa, pierdolnięcie ep. 03 – Drąg

Trening w domu może być przyjemny. Można wskoczyć wieczorem lub rano na drąga i dać sobie ostro w dupę.

Trening w domu może być przyjemny. Można wskoczyć wieczorem lub rano na drąga i dać sobie ostro w dupę. 

Taaa,.. bylo troche o siłce, o core, to i będzię o drągu. O ćwiczeniach na drąga…….. Yyyyyyyyy drągu czyli inaczej drążku. 

Osobiście nie lubię siłki, freeletics po dwóch latach ćwiczeń mi się się znudził, a kiedy dotykamy kettla (StrongFirst)  to wiemy, że gdzieś na świecie umiera z nudy sześć małych puchatych tygrysków. 

Wszyscy widzieliśmy filkmiki z Frankiem Medrano, który jest zwierzęciem, pomimo tego, że żre tylko rośliny, czyli wyjada żarcie naszemu żarciu.  No ale mu wybaczamy, bo stał się inspiracją do tego, że na drągu można robić rzeczy nieludzkie. Z resztą Danika też tę tezę potwierdza 🙂

No dobra, ale zapominając o Danice (trudne to). 

W ćwiczeniach na drążku zajebiste jest to, że większość ludzi nie potrafi tego robić, więc kiedy się już czegoś naumicie, wygląda to dość nieludzko. Troche jak z Enduro 20 lat temu. 

Polecamy film z Frankiem w celu zasmucenia się.

To co dla nas w off-seasonowym treningu jest ważne, to aby po prostu sprawiał przyjemność a nie był smutnym odhaczaniem dni w tabelce. No wiadomo, że jeszcze powinien przygotowywać do sezonu albo łatać obszary które w sezonie zaniedbaliście. W tym sezonie części z nas drąg i elementy kalisteniki tę przyjemność sprawiają, więc co nieco o tym napiszemy.

Do tego, jak by nie patrzeć, jazda na rowerze to też trzymanie drąga. A czasem trzeba się go kurewsko mocno trzymać. Zwłaszcza gdy przednie koło postanowi się zatrzymać, kiedy Wy nie postanowiliście 🙂 i w dodatku rozpoznaliście ten niecny zamiar koła zbyt późno.

Mocna obręcz barkowa, przedramiona, bicek, do tego core…. Przydaje się w jeździe, i to wszystko można wyćwiczyć na drążku. Plusem tego treningu, jest to, że w jednym ćwiczeniu często macie zaszyte sześć tradycyjnych. Minus jest taki, że uczucia jakie towarzyszą, nie są tożsame z tym co czujecie machając hantelkami, czy ściskając ściskacz. Ćwicząc zazwyczaj robicie kilka powtórzeń i czujecie się jak ktoś tuż przed wylewem krwi do mózgu. A jak zapomnicie oddychać to jak ktoś po wylewie, w dodatku wykorzystany przez pielęgniarza niczym Uma Thurman w Kill Billu. Ale to się da polubić 🙂

Do tego gdy zerkniecie na gości od kalisteniki, to wyglądają oni serio nieźle. O ile nie zapomnieli robić nóg. No ale my robimy – na rowerze i pewnie jeszcze gdzieś tam.

Czasem przy podciągnięciach ma się wrażenie, że kiedy góra trzyma to dół za chwile puści. Wtedy dobrze mieć nogawki w skarpetach.

Mega spoko dodatkiem do drąga są poręcze. Możecie na nich robić pompki o poszerzonym zakresie i dipy na triceps. Ciekawe też jest zajechanie się do odpadnięcia. Dlatego dobrze mieć fullface.

No dobra, ale jak zacząć co robić. No najlepiej zapisać się gdzieś na zajęcia z kalisteniki. Ogarnięty coach zaserwuje Wam odpowiednią progresję, plan treningowy i zadba by było przyjemnie. My to pominęliśmy, ponieważ jesteśmy leniwi i mamy w domu drążki. Postanowiliśmy bawić się sami.

Aha i cel był taki, że robimy masę, więc wszystko ma się dziać statycznie. Wszystkie crossfitowe metody podciągania typu Kipping czy Butterfly poszły w odstawkę. Co ważne! Żadni z nas coache i po prostu tu dzielimy się naszymi doświadczeniami i naszą krótką drogą w tym temacie. Pewnie pierwszy lepszy trener kalisteniki da Wam milion razy więcej wskazówek. W każdym razie nam to co opisujemy zadziałało i nas bawi.

No, ale first things first. Na samym początku pojawiły się oczywiście symptomy kontuzji. No jak się ruszasz, są kontuzje. Już dawno doszliśmy do wniosku, że chyba lepiej jako hobby, byłoby uskuteczniać dyskotekowe pukanie małolat, a nie te głupie sporty. Lekarze dużo lepiej diagnozują choroby wenerycznie niż kontuzje.

Na szczęście są na tym świecie fizjoterapeuci. Konsultacja z Rafał Rogowski i okazało się, że trzeba przy zabawach na drążku:

1 – odpowiednio pracować łopatkami

2 – unikać przeprostów kręgosłupa w skorpiona.

3 – za duży biceps może boleć

Ad 1 – Jeśli zaczynacie się podciągać, polecamy pilnować łopatek i nie robić więcej podciągnięć w momencie kiedy zaczynacie odciągać łopatki od kręgosłupa. Wasza wyjściowa pozycja powinna być aktywnym wiszeniem nie wiszeniem jak fifol. Jeśli macie z tym problemy – wspomagajcie się gumą/taśmą.

Ad2 – Nie wyginajcie nóg i pleców w tył. Nogi proste, lub ugięte w kolanach, raczej z przodu niż z tyłu.

Ad3 – Jeśli nie do końca aktywujecie plecy (Ad 1) to ostro ładujecie na biceps, mało na triceps. Po jakimś czasie może Was boleć łokieć (przyczepy tricepsa) alb bicek. Dzieje się to dlatego że triceps jest za słaby by rozciągnąć bicka. Z tego powodu mogą boleć właśnie przyczepy tricepsa albo bicek który się za mocno przykurczył i boli. Warto wtedy zwiększyć ilość dipów i pompek z łokciami przy korpusie i na chwile odpuscic ładowanie na ilość na drągu, aby wzmocnić triceps.

Nie wiś jak fifol. Góra fifol, czyli luźny zwis na scięgnach i torebkach stawowych, dół – zwis aktywny, sciągnięte łopatki w dół i do kręgosłupa.

Jeśli radzicie sobie z tym, to można zacząć rypać powtórzenia. Jeśli nie, warto zacząc od podstaw:

https://www.youtube.com/watch?v=kIVxdIWy7Eo

Do tego taśma – w progresji i ćwiczeniu techniki (łopatki) pomagają taśmy gumowe.

W każdym ćwiczeniu można jakoś ją użyć. A jak jest przyjemnie gdy pęknie i strzeli w jaja.

Natomiast jeśli jesteś się w stanie podciągnąć w 5 seriach po 5 razy można już zacząć kombinować z innymi pozycjami. I jechać troszkę inny workout:

https://www.youtube.com/watch?v=kIVxdIWy7Eo

Jeśli dochodzicie do bariery w ilości powtórzeń, warto zacząć się dociążać. I przez jakiś czas ćwiczyć podciągnięcia z dociążeniem. Można kupić kamizelkę, wrzucić ciężar do plecaka, powiesić kettle na nodze, powiesić ciężar na pasie, użyć ciężkiego anal pluga. Metody są różne. Jedno jest pewne – nie kombinujcie z powtórzeniami za wszelką cenę, kalecząc technikę, wyciągając szyję:

https://www.youtube.com/watch?v=Ww-gNf0ys8M

No od tego momentu można kombinować z różnymi ćwiczeniami i śledzić progress. Jest to trochę jak z jogą. W miarę postępu można wymyślać i ćwiczyć różne pozycje. Nas najbardziej jarają właśnie podciągnięcia na drągu i wariacje podnoszenia nóg – mocne core. Do tej pory umiłowaliśmy.

Dipy – dobre na triceps, często łapaliśmy się na tym, że po całym dniu właśnie to tricepsy siadają. A połączone z L-sit robi core.

Unoszenie kolan, nóg, ładnie robi brzuch, a jeśli przytrzymacie nogi w górze, a na dole wyhamowujcie, uruchamia się całe core bardzo mocno. To ćwiczenie można robić na poręczach i w zwisie. Na poręczach łatwiej trzymać równowagę.

Podciągnięcia – no to wiadomo, tylko technika jest ważna. Po zabawach z brodą powyżej drąga, można zacząć się bawić w klatę do drąga.

Podciągnięcia L – sit – spoko. Robimy i podciąganie i ćwiczymy cały core, który musi utrzymać nogi z przodu.
Wycieraczki – fajne ćwiczenie na skośne i urozmaicenie w unoszeniu nóg. Przy okazji przygotowuje do robienia Lever.

A tak w przyspieszeniu wygląda nasz trening. Robimy go w cyklach dwa dni pod rząd i dzień – dwa przerwy. Zależy od samopoczucia i zmęczenia. Nic na siłę.

 

Siła, masa, pierdolnięcie ep. 02 – Freeletics

Trening w domu nie musi być nudny. Nie zawsze musie być też ciężko się do niego zmusić. Zaczęliśmy używać aplikacji treningowej i okazało się to wcale nie jest śmieszne.

Ogólnorozwojówka i mocny core w enduro przydają się bardzo mocno. Zarówno do długich wycieczek jak i do pociskania w dół, kiedy trzęsie dupskiem i trzeba utrzymać zarówno rower jak i samego siebie w kupie a czasem kupę w sobie. Przy mocnym core łatwiej bawić się wszystkimi ćwiczeniami na równowagę. A o tym, że równowaga jest potrzebna na rowerze chyba nie trzeba nikomu pisać.

Do tego wszystkiego, nie wiem jak u Was, ale większość z nas pracuje w biurze i czas spędza na gapieniu się w monitor. Od pewnego wieku (tak, tak wszyscy 30 mamy już dawno za sobą) to powoduje ciągłe napieprzanie pleców w różnych odcinkach kręgosłupa. To drugi powód dla którego core przydatnym jest. Lepszy core to mniej bólu na co dzień.

Każde z nas ma różne przygody z ćwiczeniami, fitnessami, siłownią. Działaliśmy około 2 lata crossfitowo. Był taki okres dla mnie, że przysiadłem na laurach. No robiłem raz – dwa razy w tygodniu planki by zupełnie się nie rozsypać, ale o reszcie zapomniałem.

Na crossfit już nie chciałem wracać, … pobliski klub z kettlami zamknęli a na kalistenice coś mi sie pieprzyło w szyjnym odcinku powodując, że bolało. Wrocław daje sporo możliwości no, ale nie za bardzo bawi mnie dymanie na drugi koniec miasta na jakiś rodzaj “fitnessu”. Jak by na to nie patrzeć to trening uzupełniający i nie chce mi się mu poświęcać całego życia. Miało być szybko i ciekawie. Do tego czasem jeżdżę w delegacje i fajnie robić w pokoju coś innego niż burpees, pompki, przysiady…

Wszyscy wiemy jak słabo sie trenuje w domu. Zmusić się do tego jest ciężko. Ułożyć sobie plan albo jechać wg jakiejś rozpiski z netu to strasznie nudne.

Okazało się, że moja ekipa z ex-wspinania – trenuje z aplikacją freeletics bodyweight. Na początku z nich polewałem, ale po krótkiej rozkminie uznałem, że to wygląda na prawdę dobrze.

A to dlatego, że:

  • ćwiczymy tylko z własnym ciężarem ciała
  • appka sama układa plan treningowy
  • można ustawić cel treningowy i częstotliwość treningów w tygodniu
  • wprowadza aspekt społecznościowy i można porównywac sobie …. z kumplami 🙂
  • sporą wagę przykładają do rozgrzewki, osobnych ćwiczen na core, strechingu na koniec
  • można ustawiać “wyłączenia” kiedy coś sobie rozwalimy i nie chcemy ćwiczeń na tę partie ciała
  • Mały bonus za który ich pokochałem: zmontowali na Spotify playliste do trenowania: Link do playlisty

Zasadniczo zabawę rozpoczynamy od tego jaki chcemy cel osiągnąć. Możemy żonglować 3 celami i przypisywać im priorytety. Dostępne są:

  • wytrzymałość
  • siła
  • szybkość

Potem wybieramy ile razy w tygodniu chcemy ćwiczyć.  Dostajemy jeszcze kilka pytań typu jak lekko Ci się przebiega 10 km albo jak gruby jesteś. Potem robimy test sprawnośćiowy polegający na robieniu na czas pompek, przysiadów itd.

Na tej podstawie aplikacja proponuje nam tygodniowy plan treningowy. Jest on modyfikowany wg wydajności z jaką wykonujemy poszczególne treningi. A to dlatego że po każdym workoucie opisujemy jak lekko nam szło. Standardowo każdy workout składa się z części właściwej oraz rozgrzewki i strechingu. W zależności od celu co jakiś czas (w moim przypdaku w 2 na 3 workouty) dostajemy jeszcze ćwiczenia na core. Najpierw wiec jęczymy w planko-podobnych pozycjach (moj fizjoterapeuta szczególnie docenia tę część) a potem zaczynamy właściwy fitnessowy workout. Ćwiczenia są urozmaicone i nie ma mowy o nudzie.

Każdy trening oprócz listy  ćwiczeń zawiera też  filmy instruktażowe, które pozwalają nam zapoznać się z tym jak wykonywać dane ćwiczenie aby było skuteczne i nie krzywdziło.  Apka odlicza za nas czas w jakim wykonujemy ćwiczenia, przełącza obrazki z wizualizacją ćwiczeń. Wystarczy po każdym skończonym dotknąć ekranu.
Jeśli mamy gdzieś  odliczać czas (np w plankach) to sie dzieje samo. Jeśli mamy w workoucie bieg, np. mój ulubiony sprint na 400m to wystarcza słuchawki i sami dowiemy się kiedy to przebiegliśmy.

W dzisiejszych czasach mediów społecznościowych nie wypada nie dzielić się tym co robimy. O ile sharowanie na FB info o tym jaki zrobiliśmy trening jest takim sobie pomysłem to już sharowanie z kumplami którzy też ćwiczą z freeletics jest ok bo zrozumieją oni ból i wyzwania. Jak przez 2-3 dni nie poćwiczę dostaję zazwyczaj motywującą wiadomość od kumpli 🙂 Jeśli przy okazji widzę, że i oni ćwiczą to jest to spory motywator.

Wszystkie powyżej opisane funkcje są funkcjami płatnymi. Koszt to około 130pln za kwartał. Nie będę sie zastanawiał czy to dużo czy mało. Za tę kwotę mamy układany plan treningowy, zwracający uwagę na stabilizację i realizujący nasze cele. Dla osób nie chcących płacić jest lista ogólnodostępnych otwartych treningów i ćwiczeń. Aplikacja zapisuje nasze zmagania, nalicza nam punkty i daje wszystkie funkcjonalności społecznościowe.

Jednak znika najważniejszy dla mnie aspekt, który też zachęca mnie do ćwiczeń: niespodziankowy plan treningowy. Ciekawi mnie co będzie w nast tygodniu. Jeśli mam sobie sam wybierać ćwiczenia to mi sie nie chce.

W pigułce:

Aplikacja: freeletics:

www:  https://www.freeletics.com/

koszt: 139PLN za kwartał, w wersji free musisz sam wybierać sobie workouty lub ćwiczenia. Jest ich też mniej.

platformy: Ios, Android, Nokia

Dostępne są 4 aplikacje:

  • freeletics bodyweight – tu opisywana.
  • freeletics nutrition – dodatek do aplikacji treningowej. Za dodatkowe pieniądze mówi nam jak i co żreć. Nie sprawdzaliśmy.
  • freeletics run – treningi biegowe. Próbowaliśmy, przestaliśmy po dwóch bieganiach. Z jakiegoś powodu ma takie oceny jakie ma w AppStore
  • freeletics gym – treningi siłowniane – nie dotykaliśmy, siłownia to zło.

Ubezpieczenia czyli po-jebłowy sponsoring

Jesteśmy starzy. Nie oznacza to, że mamy problem z porannym drągiem, ciągłym oddawaniem moczu czy przydeptywaniem sobie cycków. Ta starość objawia się w większej lękliwości o następstwa gleb. Walczymy z tym na wiele sposobów. Hodujemy lepszego skilla, ale też budujemy bazę sensownych medyków pomagających w rekonwalescencji i bazę ubezpieczeń które nie ssą.

Jesteśmy starzy. Nie oznacza to, że mamy problem z porannym drągiem, ciągłym oddawaniem moczu czy przydeptywaniem sobie cycków. Ta starość objawia się w większej lękliwości o następstwa gleb. Walczymy z tym na wiele sposobów. Hodujemy lepszego skilla, ale też budujemy bazę sensownych medyków pomagających w rekonwalescencji i bazę ubezpieczeń które nie ssą. W tym konkretnym odcinku podzielimy się naszymi doświadczeniami z ubezpieczalniami i rodzajami ubezpieczeń. Nie będzie to zajebiście profesjonalny ranking  ubezpieczeń i ubezpieczalni. To dlatego, że nie jesteśmy profesjonalni. Spróbujemy językiem prostym, przyjemnym i pożytecznym wyjaśnić jak nie dać się zrobić w wała ubezpieczalniom.

Są momenty kiedy drobna gleba skutecznie psuje radość z sezonu

Jeżdżąc na rowerze uważamy na następujące elementy ubezpieczeniowe:

Grupy ryzyka 

Z grubsza są trzy. Plażing, Sporty extreme, Uczestnictwo w zawodach

Nie kupujcie zwykłych ubezpieczeń plażowo – podróżnych gdy jeździcie na rowerze. Większość firm wrzuca nas w sporty ekstremalne i  kupujcie ubezpieczenie je uwzględniające. Niestety praktycznie wszyscy wyłączają uczestnictwo w zawodach i o tym pamiętajcie i zakupcie dodatkowe ubezpieczenie na dni zawodów. To jest jedyne ryzyko, od którego się nie ubezpieczaliśmy, więc nie wiemy kto to sprzedaje.

Koszty leczenia – KL

Rozwalicie się, Trzeba Was poskładać. Miło jeśli Wasz ubezpieczyciel chętnie za to zapłaci. A jeszcze milej, jeśli zapłaci za serię operacji, jeśli Was to czeka. Najczęściej w OWU są zapisy, że płacą za leczenie na miejscu. Oznacza to, że jeśli rozwalicie się w Hiszpanii to zapłacą za zabiegi u tamtejszych medyków, natomiast jeśli kolejne operacje odbędziecie prywatnie w PL, to już niekoniecznie. Aktualnie składanie na miejscu pokrywa Wam nasze Państwo, jeśli macie kartę EKUZ. Niestety nie pokrywa leczenia prywatnego w PL.

Seba zdecydowanie najlepiej z nas zarządza finansami. Wykopuje kapuchę spod ziemi .. zawsze

Następstwa nieszczęśliwych wypadków – NNW

Po prostu odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu. Dostajecie od ubezpieczyciela wielką tabelkę, w której macie wypisane urazy. Za każdy dostajecie jakąś ilość hajsu. Jest to określone jako procent Waszej sumy ubezpieczenia, która to zależy od składki. Więc …… im większa składka i cenniejszy uraz (spory uszczerbek jest za utratę jąder) tym większe hajsiwo na koncie. Tu zazwyczaj nie ma zbyt wiele tajnych zapisów w OWU. Jeżeli coś nie zagra, to dlatego, że komisja lekarska uzna, że uszczerbek macie mniejszy niż Wam się wydawało. Niestety najczęściej lekarze orzecznicy nie cierpią na nadmiar kompetencji. Kto jest ambitny ten skupia się na leczeniu, nie na orzecznictwie, które jest po prostu nudne.

Ubezpieczenie na życie – UNŻ

To jest chyba najprostsze. Umrzecie, to ktoś wskazany przez Was w polisie, dostaje kasę. Ta kasa ma osłodzić gorycz utraty lub ustawić rodzinę na resztę życia. Dla nas ważniejsze jest ustawienie rodziny of cors. Tu jest wszystko w teorii proste, ale ubezpieczyciel może odmówić wypłaty jeśli: umarliście będąc na bani albo robiąc rzeczy spoza opisanej wcześniej grupy ryzyka. Czyli jeśli rozwaliliście się na zawodach albo na tripie MTB a mieliście ubezpieczenie na plażing to może być problem. W dobrym tonie jest nie umierać/ginąć łamiąc prawo bo wtedy też na 100% odmówią. Co zabawne po okresie karencji samobójstwo jest dopuszczalne.

Warto ubezpieczać sprzęt na podróż. Ryan odda Wam max 500 eur jak coś popsuje.

Koszty poszukiwania – SAR

Nie ma czegoś takiego w produktach ubezp. Zazwyczaj to kryje się w kosztach leczenia i jest z nich wyłączone 🙂 No właśnie. Search and rescue. Jak się rozdupczycie i potrzebne jest śmigło to dobrze wiedzieć, że ubezpieczyciel za nie zapłaci. Zwłaszcza jeśli jesteście w Szwajcarii. Można to olać i potem sprzedawać swoje nerki, ale lepiej wyrzucić te kilka złotych. Pamiętajcie też, że często wyłączona jest działalność pozaszlakowa. Czyli jeśli rozwalisz się jeżdżąc tam, gdzie nie powinieneś jeździć, część ubezpieczalni Cię zleje.

Bagaż

I to jest śmieszne. Większość ubezpieczeń sportowych pokrywa jakąś żałosną część bagażu czyli Waszego sprzętu. Dostaniecie max 1000eur co przy cenach rowerów startujących od 3keur jest smutne. Za to ubezpieczenia podróżne mają te sumy syte. Ha!

Sprzęt

Takie autocaso na rower. Popsujecie to dostaniecie pieniążki na nowy 🙂

W państwowym szpitalu jest gorzej niż w baraku na trilogy. Warto mieć kasę na prywatną służbę zdrowia. Ubezpieczenie skutecznie w tym pomaga.

Dobra to jak się zabezpieczyć żeby czegoś nie złapać. Pokażemy Wam wariant max z cenami. Możecie sobie z niego wybrać co chcecie.

  • Koszty leczenia + koszty poszukiwań – 280 pln / rok – OEAV  – Jest tanie, składka jest za rok i dużo osób je sprawdziło. Akceptuje wszystkie pozaszlakowe działalności.
  • Renta od inwalidztwa – 120 pln / rok – też oferowane przez powyższe OEAV jako dodatek
  • Następstwa nieszczęśliwych wypadków – 25 PLN / dzień wyjazdu – np w elvia – wariant sport. Oprócz NNW zawiera też, koszty leczenia i SAR, jednak to kupujemy głównie na NNW.
  • Bagaż – 45 PLN / dzień – to jest tricky. My robimy tak, że tylko na dni lotu kupujemy ubezpieczenie podróżne od elvia w wariancie VIP. Czyli osobno na dzień dolotu i dzień odlotu. Tu za bagaż jest 3500 euro więc szału nie ma, ale na waciki styknie.
  • Życie – tu produktów jest z miliard w różnych cenach. Ubezpieczenie w Aviva na 1mln za śmierć w wyniku choroby i 2 mln za nieszczęśliwy wypadek to jakieś 200-300 pln za miesiąc. Ubezp podróżne dają 50.000pln-150.000 pln za śmierć więc ta cena za miesiąc ochrony wydaje się duża, ale biorąc pod uwagę że chroni Was 24/7 nie jest aż tak wielka. W tej cenie jest też rozsądna kasa na prywatne leczenie, gdzie Wam się podoba.
  • Sprzęt – PZU Rowerzysta, Casco na 10.000 zł bez ryzyka kradzieży to 800 zł/rok

Jak widać więc, przy założeniu, że chcecie być cały czas chronieni i poza granice wyjeżdżacie powiedzmy dwa razy na tygodniowe tripy w roku, rocznie na full coverage wydacie 850-1000PLN bez ciągłego ubezp na życie, a około 2000pln – 4000pln za opcję full wypas. Wam zostawiamy wybór 🙂

Dobrze mieć ubezpieczenie całoroczne. Zazwyczaj ubezpieczamy się na wyjazdy. Dzwonek może przydarzyć się pod domem, niekoniecznie przy jeździe na rowerze a na przykład przy uklepywaniu babek z dzieckiem.

Co się dzieje jak się zjebie.

Były sobie świnki trzy, Królik, Krzychu i Rudy. Każdy z nich zaliczył już glebę z konsekwencjami (ratunek, operacje, rehabilitacje, ubezpieczalnie)

Rudy:

Złamanie łapy w Koutach

Ubezpieczyciele w rolach głównych: Elvia: Ratunek, NNW

Ratunek: Horska Sluzba, Qaudem na dół, dowóz do szpitala w Superku na SOR i narta. Elvia powiadomiona o akcji.

Szpital: EKUZu brak więc trzeba zapłacić, Elvia zwraca kasę.

Polska: Rudy (choć bez duszy) czasem ma szczęście w życiu. Primo, że zameldowany w Obornikach Śląskich więc jak przyszedł do Trzebnicy do szpitala to nie pogonili w pizdu na dzień dobry. Termin operacji też się udał w miarę szybko, więc operacja poszła w ramach publicznej służby zdrowia.

Dodatkowe konsultacje ortopedyczne to już Medicover, rehabilitacja także.

Po zakończonym leczeniu telefon do Elvii, wizyta u orzecznika, NNW wg tabelki, przelew i kurtyna.

Co można lepiej? 

EKUZ przy sobie, w szpitalach zdecydowanie wygodniejszy niż tłumaczenie się polisami albo płacenie z własnej kieszeni.

Krzychu

Zerwanie mięśnia piersiowego.

Ubezpieczenia: PZU NNW Sport, Planeta Młodych.

Generalnie dobrze zadziałało PZU. Operację, ze względu na ciemnotę i brak kompetencji placówek publicznych, przeszedłem w klinice Reha Sport w Poznaniu.

Po zakończonym leczeniu i rehabilitacji złożyłem wszystkie dokumenty, po tygodniu komisja lekarska mnie wezwała i oceniła to samo co było napisane w papierach ze szpitala. Uznano 6% uszczerbku oraz oddano maksymalne koszty leczenia – 10 tys złotych. To ubezpieczenie można wziąć też z większymi kosztami, maksymalnie do 20 tys złotych. W tamtym przypadku to pokryło koszty operacji (9500 zł).

Planeta Młodych okazało się, że działa w całej Europie z wyłączeniem Polski… Więc dostałem tylko zawrotne 750 zł za uszczerbek na zdrowiu. Wydałem je na dom na Lazurowym Wybrzeżu i Lamborghini Aventadora.

Co można lepiej?

Teraz PZU NNW Sport można kupić już tylko minimalnie na miesiąc. Polcam wziąć maks NNW oraz maks koszty leczenia.

Królik

Malaga – Złamanie kości łódeczkowatej w nadgarstku, rozerwany więzozrost barkowo obojczykowy.

Ubezpieczenie: Aviva Opiekun VIP, Elvia

Na SORze w Maladze absolutna wyjebka na ubezpieczenia komercyjne, zainteresowani karta EKUZ. Zgłoszenie szkody w Elvia, powrót do Polski. W Polsce cięcie w Trzebnicy – to fart że się udało od razu. Było to tuż przed wielkanocą i szpital zrobił sobie wolne sloty na pijanych mężów proletaryatu, którzy uszkodzili sobie kości bijąc żonę białą kiełbasa i żurkiem. Jeden z tych slotów dostał Królik. 

Aviva – przelała zaskakująco sporą kasę 3 dni po info o wypadku i rodzaju kontuzji z NNW i KL.

Elvia poinformowała, że przelewa kapustę po zakończeniu leczenia. Wyliczyłem sobie radośnie że moje koszty leczenia to 10k. Na NNW nie liczyłem. Przelali 5k…. z NNW. Uznali, że koszty leczenia mi się nie należą bo zwracają tylko w miejscu gdzie był dzwon 🙂 – tego nie doczytałem w OWU.

La Palma – subiektywny przewodnik enduro tripa

La Palma – jedna z Wysp Kanaryjskich. Malowana w mediach jako mekka rowerowa…

Wstępniak

La Palma – jedna z Wysp Kanaryjskich. Malowana w mediach jako mekka rowerowa. Z powodu rzekomej infrastruktury i miliona tras rowerowych. Jest w tym część prawdy. Tras jest mnóstwo, ale pieszych,…… które mogą służyć za rowerowe. Wyspa jest jedną wielką górą, a w zasadzie wulkanem … no kilkoma wulkanami, yyyy wyrastającymi z jednego głównego wulkanu. Ciężko to opisać, lepiej popatrzeć:

La Palma Enduro Trasy Przewodnik Knurświny
Rzut wyspy w trójwymiarze.

Na środku jest kaldera wulkanu. Czyli taki główny i stary krater. Na południe wyspy idzie grzbiet, składający się z małych aktywnych wulkanów. Cała wyspa pocięta jest siecią szlaków pieszych. Szlaków rowerowych jest niewiele.

Jadąc tam, obczajalismy Trailforksa i szukaliśmy tras po znajomych z FB. Sporo pomogła nam MyTrail. Po prawie 3 tyg siedzenia tam stwierdzamy, że nie ma co się krygować i jeździć po prostu pieszymi. 95% tras które poniżej opiszemy idzie właśnie tymi szlakami. Powiedzmy sobie szczerze. Jest tam zakaz jazdy po tych szlakach. Lokalni przewodnicy sobie z tego nic nie robią. Sami musicie wybrać czy chcecie być niezgodni z przepisami. Poza jednym przypadkiem nie spotkaliśmy się z kąśliwymi uwagami od piechurów. Staramy się też zawsze ustępować im pierwszeństwa.

https://www.visitlapalma.es/en/vivir-rutas/

https://www.visitlapalma.es/wp-content/uploads/2017/11/Red-de-Senderos-12.pdf

Ekipa.

Trasy i miejscówki

Można powiedzieć, że trasy startują z trzech miejsc:

  • Przełęcz El Pilar i jej okolice
  • Kaldera wulkanu. Taksówkarzom mówicie, że jedziecie na Roque de Los Muchachos (w skrócie Roque)

El Pilar

Przełęcz do której docieracie autem. Taka La Palmowa familijna piknikowania. Miejsca do grillowania, place zabaw, park linowy. Wszystkie sztuczne trasy rowerowe (Mousse, Spanish Fly, 69Beach) startują stamtąd. Mają one zupełnie inny charakter niż trasy piesze.

Miejsce z którego startuje Spanish fly jest kosmosem widokowym. Macie na tak niskiej wysokości to co normalnie dostępne jest w okolicy 1900mnpm

Kaldera

Wjeżdża się na nią drogą. Wjazd z Tazacorte to 1.5h -2h. Droga idzie 100-300 m poniżej krawędzi kaldery. W krawędzi kaldery jest masa szczytów. Największy z nich to Roque de los Muchachos. Krawędź i te wszystkie szczyty są na wysokości 2200-2300 m n.p.m. oprócz tego, , że jest to spoko długi zjazd to może być tam zimno i mokro. Zasadniczo każdy zjazd to jednodniowa wycieczka. Udało nam się robić te zjazdy w 2h jeśli musieliśmy (powiedzieliśmy żonom, że wyskoczyliśmy na chwile) ale zazwyczaj z fotami zejdzie na to dzień.

Charakterystyka

Można złapac tu trzy typy nawierzchni:

  • Lita skała – wygląda to tak, jakby ktoś wylał nieregularny beton przez całe kilometry. Poniekąd wylał wszak to jęzory lawy. Dostępne na Barranco De Los Hombres i 69BeachDrive.
  • Dziwna ziemia wulkaniczna – coś jak mix jazdy po stromej plaży i Mieroszowie. Ciekawie się w tym jeździ. Nie skręcamy kierownicy i nie hamujemy przodem. Znajdziecie to na: Mousse au Chocolat, 69 beach drive, Ruta des Vulcanes
  • Skały i kamienie – dużo technicznej jazdy po stromych odcinkach i dużych zwartych głazach – wszędzie, na trasach startujących z kaldery

Na każdej trasie będzie ekspozycja na jakimś fragmencie. Pooglądajcie filmiki o tym jak robić agrafki – przyda się to Wam.

 

Opisy tras

Północ wyspy i kaldera (Roque de los Muchachos)

Z samego szczytu startują trasy na wschód (po krawędzi kaldery) i zachód (Puerto Tazacorte). Nieco poniżej szczytu na zachód startuje Endless Enduro. Z kolei droga LP-4 biegnąca pod szczytem to punkt startowy dla szlaków na północ (LPFR 100% Natural) i północny wschód wyspy (Barlovento, La Galga, San Andres).

Roque de los Muchachos – Tazacorte

Jest sporo wariantów, my polecamy zjazd grania a potem w dół do koryta rzeki i ostatni kilometr szosa do Puerto de Tazacorte. Chyba najwięcej zjazdu. Macie praktycznie non stop w dół przez 2500m.

Świat zza kierownicy wygląda lepiej. Zwłaszcza tak świat.

 

Oczywiście możecie kończyć agrafkami do Zatoki 

 

piratów czy Puerto de Tazacorte. Obie trasy są piękne widokowo a agrafki są kurewsko fotogeniczne, ale też kurewsko trudne a błąd miejscami może kosztować życie. Wszyscy mają tam foty, ale też pewnie Ci wszyscy w większości te agrafki prowadzili 🙂

Puerto Tazacorte

Napisy na znakach są w obcym języku.

Roque de los Muchachos – wschodnia część kaldery

Jest to szlak pieszy i nie oszukujmy się, że będziemy na nim dużo jechać. Co chwilę trzeba zejść, sprowadzić, podprowadzić, czasem wnieść. Ekspozycja jest taka, że nie ma nad czym się zastanawiać. Widoki jednak są świetne i to dla nich warto ten szlak przejść.. Po Pico de la Sabina (foto musi być) można zjechać albo do El Paso albo szutrem dojechać do El Pilar i tam kontynuować zabawę.

La Galga


La Galga LP5
Startujemy z drogi LP-4 i jak w wielu szlakach na tej wysokości jedziemy agrafkami skalnymi (za którymś razem przestajesz się uśmiechać widząc je na swojej drodze) ale potem wjeżdżamy do lasu – i to nie byle jakiego lasu – to jest las wawrzynowy. Zieloność bije z każdego zakamarka, jedzie się bajecznie kolorowym wąwozem, i do tego jedzie się szybko bo nie ma już rąbanki pod kołami. W naszym przypadku, trafiliśmy tu po nieudanej próbie wjechania na Roque (+3 stopnie, deszcze, gdzieniegdzie leżący śnieg i zamknięty szlaban :(. Wąwóz do La Galgi wyglądał jak z horroru: ciemno, mgliście, mokro i pociągająco szybko. Ten szlak to must see, tylko pilnujcie pogody 🙂

Klimacik jest.

Pirates Bay – Prois Candelaria


Pirate´s Bay
Można tam dojechać odbijając z Endless Enduro albo trasy do Puerto de Tazacorte i o ile sama trasa nie jest szczególna, a agrafki na końcu już zaczynają irytować to wjazd do opuszczonej wioski rybackiej w Cueva de Candelaria urywa….wszystko. Zresztą popatrzcie:

Rudy w kasku w zatoce.

Potem pozostaje tylko 500m ostrego podjazdu do Tijarafe bo taxi jest dla cieniasów 🙂

El Pilar

Z El Pilar na zachód warto zacząć z punktu nad parkingiem (https://www.google.com/maps/@28.6149451,-17.835375,18.25z)

pojechać na Mousse au Chocolat a potem albo 69BeachDrive albo SpanishFly. Z kolei na wschód odchodzi Ramtamtamtam tamtaramtam

Ramtamtamtam


LPFR Rantantan
Telepie, telepie, potem dla odmiany telepie jeszcze bardziej. Szlak momentami prowadzi szutrówkami, wtedy ręce odpoczywają, ale po chwili jest jakiś zakręt i znów rampampampam.

Można spokojnie sobie podarować 🙂

Mousse au Chocolat


Mousse au Chocolat
Krótki odcinek, początkowo dość stromy zjazd wąską rynienką pełną osuwającej się ziemi, potem wjazd do lasu i miękką ściółka. Miejscami wąsko między drzewami. Dobry na rozpoczęcie dnia, nie telepie po rękach i daje dużo uśmiechu.

Trawersik.

SpanishFly


LPFR Spanish fly
Rozpoczyna się na wulkanicznej polanie, obowiązkowe foty i drifty. Potem chwila zjazdu szutrem i zastanawiasz się o co chodzi, przecież to ma być dobra traska a nie jakaś szeroka droga leśna. Na szczęście pojawia się odbicie i wjeżdżasz w lapalmowy odpowiednik Srebrnej Góry. Pełnia zabawy, przygotowana ścieżka co chwile jakaś mała banda, hopka, najbardziej flowowa ścieżka jaką jeździliśmy na wyspie. Są też syte hopy.

Szczecińska szkoła lansu w wykonaniu Szabli.

69BeachDrive


LPFR 69Beachdrive
Jest taki ni to piasek, ni to ziemia. Trochę trzyma, trochę jednak nie. A gdy jest stromiej, to rzeźbi się w nim wąskie rynny, gdzie koło ginie po ośkę. Przy pierwszym przejeździe bardzo dziwne to uczucie, ale za drugim i kolejnym razem jedzie się bardzo przyjemnie. Taka jest pierwsza część trasy, po wyjeździe z lasu reszta prowadzi ścieżką pokrytą rumowiskiem z pumeksu pomiędzy murkami pumeksowych kamieni. Wyobraźnia podpowiada ci, że przy glebie peeling będzie dogłębny, wręcz do kości. Sprawdziliśmy jednak empirycznie, że nie jest tak źle.

Urokliwie.

Barranco De Los Hombres


Barranco de los Hombres
To jest trasa w którą można się wbić po skończeniu tripa z El Pillar. My ją braliśmy na rozgrzewkę bo była 40 min z buta od domu (Las Norias) Nazwa przetłumaczona na polski znaczy “wąwóz mężczyzn” i nie ma się co dziwić, gdy obejrzy się nagrania z lokalnych zawodów DH. Tutaj aby lecieć piecem trzeba mieć jaja z tytanu.To jest koryto, którym zrzygał się wulkan w 1977 roku i faktycznie zjeżdża się po zastygłej lawie (bardzo przyczepna i milusia), która w zagłębieniach ma sypki piasek. Strasznie mieszane uczucie, przyczepna i gładka skała po której wyjeżdżasz w piach, który momentalnie cię wyhamowuje. Do tego dwie strome sekcie które ryją banie. Końcowe 100m to zjazd agrafkami w dół do Puerto Naos. Aha wbijacie się w owe agrafki przejeżdżając przez czyjąś posiadłość z otwartą zawsze bramą.

Mimo wszystko lubimy ten wąwóz bardzo, polecamy przed startem barraquito w speluno w El Jedey dla rozluźnienia rąk 🙂

Zachodzi przy skręcie.

Południe – Ruta de los Vulcanes z Roque de los Muchachos do latarni Fuencaliente

“Polacos locos” – takim komentarzem zostaliśmy skwitowani przy odbiorze w ciemności przy latarni w Fuencaliente. 60 km, 1600m przewyższenia, 3900m zjazdu  i cały dzień. Nie chcemy być buńczuczni ale spora część osób zwyczajnie może nie dać rady zrobić całej trasy. Warto wtedy skończyć w El Pilar. Dużo sił i czasu kosztuje wnoszenie roweru podczas jazdy wokół kaldery. Dla nas pierwsze 2h to było jazdo – noszenie + i – 100m na wysokości 2300m.

Ze szczytu możecie się kierować wg turystycznych drogowskazów najpierw na El Pillar a z El Pilar do Fuencaliente albo Ruta de Volcanos.

Na ta trase warto zaplanować cały długi dzień i wziąć duuzo wody i jedzenia (nie tak jak my 😉

Startuje się z Roque de los Muchachos i początek to jazda po szczytach, wokół kaldery. Jest trochę wnoszenia roweru, ale za to widoki są nieziemskie, a fotki epickie. W tej części trasy jedziemy głównie po skałach. Widzicie Kalderę w jej całej okazałości.

Warto sprawdzić pogodę na wszystkich wysokościach. Startujemy z 2500m i tam może być ślicznie / słonecznie. Albo zero stopni i walić deszczem i śniegiem. Jeśli tak jest to macie pierwsze 2 h trasy w mega dupówie i lepiej pojedźcie coś bardziej w dół np La Galge.  Po 2h zjeżdżamy z kaldery i zjeżdżamy jej zboczem jeśli są chmury to najpewniej w nie wjedziecie – będzie chłodniej / bardziej wilgotno, ale zjazdy będą bardziej w dół. Na koniec wpadacie w pogodę “pod chmurami”. Mniej więcej w połowie trasy trafiamy do El Pilar i tam czeka nas 500m podjazd na szczyt kolejnego wulkanu. Ta część trasy to właśnie Ruta des Vulcanos i ma krajobraz iście księżycowy. Opis poniżej.

Vulcanic slide


LPFR Volcanic slide
Końcowa część naszej wycieczki północ południe. Startujecie w El Pillar i dymacie 500m w górę. Po wjechaniu macie widok który urywa dupę i zjazd po sypkim podłożu wulkanicznym, długie drifty, tumany kurzu i dużo frajdy. No i malowniczy zjazd do latarni – polecamy za dnia, nie jako wyścig ze zmrokiem 🙂 Początkowo jest góra / dół po wulkanach przez pierwsze 7 km. Potem macie około 10km zjazdu po pionowej czarnej plaży, 5 km nakurwingu po wylanej lawie, by znów trafić na 5km jazdę w piasku. Uwaga bo w Santa Cruz do którego traficie trudno wbić się w singla. Do samego Vulcanic slide można dobić się szutrówką po poziomicach z miejscowości Mendo (jak można nie kochać tej nazwy).

Bywa i tak.

Niezbędnik

Rejony do spania:

My spaliśmy po zachodniej stronie w Las Norias. Pomiędzy Los Llanos, Tazacorte i Puerto Naos jest w miarę płasko, co umożliwia powrót do domu o własnych siłach z tras z El Pilar lub trasy Barranco de los Hombres, która jest nieźle pojechana.

Jeśli chcecie mieć sklepy bądź restauracje pod nosem to noclegu trzeba szukać w Tazacorte lub Los Lanos/El Paso. Mając samochód można pokusić się o domek na odludziu 🙂

Warto jechać w 6-8 os.

Wtedy wynajmujecie chatę około 300m2 z basenem w bardzo ludzkich pieniądzach. My zapłaciliśmy za 8 osobowy dom 1200 euro za 10 dni. Daje to jakieś 70 PLN za ryj za noc.  Mieliśmy salon z kuchnią 100m2, 5 sypialni, wielkie tarasy i ogromny grillownik który pozwalał nam piec ryby, krewety i steki w rozsądnym czasie i jeść je w ogrodzie. Kuchnie są zazwyczaj małe więc przy 8 osobach grillownik i jadalnia w ogrodzie wydaje się czymś obowiązkowym.

 

Było nas trzech, a jeden był Rudy.

Żarcie

W knajpach typowe kanaryjskie żarcie. Ziemniaki z ich dipami. Ryby, owoce morza. Poczytacie sobie o lokalnych przysmakach w każdym przewodniku. Z naszej strony  polecamy steki, zwłaszcza Chuleton czyli kanaryjska wariacje Rib Eye. Z lokalnych ciekawostek warto po jeżdżeniu wciągnąć Barraquito – ichnią kawę z likierem i skondensowanym mlekiem. Dla niektórych czad dla innych oblech. W sklepach ceny są spoko. Może z 10-20% drożej niż w PL. Ryby kupicie tylko w większych miastach, natomiast dobrej jakości mięso jest wszędzie. Zwłaszcza wołowina. Szukajcie chat z paleniskiem grilla, bo to mega ułatwia robotę. Na kanarach nie powstają dobre wina, na szczęście dostępne są wina z Rioha i Ribera del duero. My 50% dni żarliśmy w knajpach a 50% grillowalismy sami.

Jeżeli chodzi o lokalizacje ciekawych knajp to używajcie trip advisora. Działa 🙂

Piwo z mlekiem i barszczem.

Co zabrać

Cieplejsze ciuchy na góre jeżeli nie macie pewnej lampy na wszystkich wysokościach.

A przynajmniej Membrana + rękawiczki jesienne

Z plecakiem

Przy nieidealnej pogodzie na 100% trzeba mieć ze sobą na tripie kurtkę puchową i 2 buffy:)

Poza tym reszta to właściwie standard, z zaznaczeniem ze na lekko raczej nie bedziecie jezdzic. Trasy są długie i mało jest miejsc na dotankowanie / dojedzenie – wiec wszystko trzeba mieś z sobą. Rekomendujemy też zabranie z soba lekkiej zbroji i full face; na 3 knurki – wszyscy jeździliśmy w nich i to było bardzo rozsadne podejscie. Poza tym wiadomix: ochraniacze itp… + raczej plecaki.

Na lekko

Ci którzy nie lubią targać za dużo mogą o tym pomyśleć. Zdarzały nam się dni na lekko czyli:

Lekka zbroja, kamel na plecy + bidon. Batony w jedną kieszeń, kurtka w drugą, telefon w kieszeń na dupę. Przy pewnej pogodzie jest to spoko opcja. Jednak wymaga trochę dobrej jakości sprzętu i kondycji aby pociągnąć dzień na 2l wody i 4-5 batonach.

Co nam się sprawdziło na lekko:

  • Bell Super DH mips albo Fox Proframe – tu każdy ma inne preferencje 🙂
  • Kurtka Endura MTR shell 2019 – mega lekka i mała, super krój, mieści się w kieszeni, oddycha wodoodporna
  • Puszek z decathlonu – bardzo tani, ciepły, mały kosztuje 179pln funkcjonalnie odpowiada kurtkom za 1500pln. Ma nawet puch 900 cui.
  • Narzędzia – One Up Components EDC – macie wszystko w sterówce. Żadnego dodatkowego noszenia na plecach. W nim obowiązkowo sznurki do łatania opon.
  • Strap z dętką, łyżką i dwoma kartridżami CO2
  • Lekka zbroja Alpinestars Vector Tech Protection SS – lekka niekrępująca ruchów zbroja. Kieszeń na Camela i dwie kieszenie na nerkach. Na batony i na kurtkę.

Gdy pada deszcz, fajnie mieć kurtkę.

Pogoda

Kiedy na dole mieliśmy 20 stopni i słońce na górze bywało 0 stopni i deszcz a czasem śnieg. Dobrze sprawdzać na La Palmie pogodę dla trzech wysokości, aby się nie zdziwić. Można tego dokonać tu:

https://www.mountain-forecast.com/peaks/La-Palma/forecasts/2426

Zdarzyło nam się startować w deszczu przy +3 i tu każdy pod hard shella wrzucał puszka. Ręce odmawiały posłuszeństwa przez pierwszą godzinę do momentu osiągnięcia wysokości z odpowiednią temperaturą.

Najważniejsze zdanie w tej sekcji: sprawdźcie pogodę na 3 wysokościach na https://www.mountain-forecast.com

Dotarcie na miejsce

Rozsądne opcje są dwie:

  • Lot na Teneryfę 1000pln, wynajęcie fury od Cicar 60 pln/dzień  i prom na La Palma z Fred Olsen 1000pln dwie strony – nie robiliśmy tego bo ceny promów są dość grubaśne a i czasu sporo trzeba poświęcić.
  • Lot z Berlin Schoenefeld (EasyJet)
    • Samolot z rowerem około 1000 PLN za ryj
    • Dojazd do Berlina autem to sobie sami policzcie, Flixbus nie weźmie Was z rowerem
    • Parking 10 dni 60e. My używaliśmy McParking

Uwaga 1 ! Na lotnisku na La palmie zwracają kurewsko mocną uwagę na wagę bagażu. To ze dolecicie tam z 40kg torba na rower nie oznacza, że z nią wrócicie. Wylatywaliśmy stamtąd w trzech różnych terminach, różnymi liniami lotniczymi. Zawsze sprawdzano bagaż co do kilograma. Niestety nie trzymając się wytycznych linii. Przygotujcie się na 32kg na rower, 20kg na duży bagaż nadawany, 15kg na mały.

Uwaga 2 ! – jeśli lot jest opóźniony (nawet o 2-3h) to rejestrowanie bagażu zamykają o porze normalnej. My nadaliśmy bagaże, nie oddaliśmy aut i pojechaliśmy na miasto coś zjeść. Wróciliśmy 1h przed odlotem.

Uwaga 3 ! żarcie po odprawie na La Palmie jest niejadalne. Pojedźcie lepiej na to miasto coś zjeść w uwadze 2 🙂 Hmmmm w Berlinie żarcie po odprawie też jest niejadalne. Jest tam tylko Burger King i jakaś germańska kanapkownia.

Torby z ̶L̶i̶d̶l̶a̶ Chainreaction.

Poruszanie się na miejscu

Po wyspie poruszamy się taksówkami lub wynajętym autem. Transport zbiorowy jest, ale w przypadku rowerzystów jest kompletnie bez sensu – kursują autokary turystyczne, więc wejść trudno, nie ma gdzie roweru postawić a z uwalonym rowerem jesteś na straconej pozycji jeśli chodzi o jakiekolwiek negocjacje z kierowcą.

No chyba, że masz atrybuty przekonujące każdego mężczyznę do chęci pomocy….my nie mieliśmy 😉

Jeśli jedziecie w kilka os to warto wypożyczyć auto abyście mieli czym jeździć na zakupy. Wypożyczalnia Cicar urywa dupę i ich ceny też. Może Wam się udać mieć furę za 50pln / dzień. W dodatku mają fury z bagażnikami rowerowymi bez dopłaty. W tej cenie ubezpieczenie full coverage i fotelik dziecięcy za free na życzenie. Kosmos

Guiding

Naszym zdaniem nie ma sensu. Dotyczy to zarówno gajdingu z Polski lub lokalnego. Decydując się na taką opcję nie wiecie na kogo traficie w grupie. Widzieliśmy grupy z przewodnickie których poziom był zatrważająco niski. Sprowadzali rzeczy które są dostępne dla kobiet w ciąży i starców. Nawet jeśli jeździcie dobrze, możecie trafić na osoby w grupie które znacząco obniżą poziom grupy. Znamy przypadki kiedy my w 8 os robiliśmy jakąś trasę w 1,5h a inna grupa w około 10h. Ta opcja ma sens jeśli bierzecie przewodnika dedykowanego 100% Waszej grupie.

Shuttling

Jest bardzo dużo taksówkarzy z przyczepkami, więc grupy do 8-9 osób mają jak w raju. Przyjeżdża busik, mieścicie się wszyscy w środku w kulturalnych warunkach a rowery jadą porządnie zamocowane. Żadnej partyzantki – a to ma znaczenie o tyle, że w taxi możecie spędzić w ciągu dnia drugie tyle co jeżdżąc. Przy grupie powyżej 5 osób ceny są już takie, że nie zastanawiasz się nad alternatywami.

Przykładowo, wjazd z Todoque na El Pilar to 40 EUR – przy 8 osobach wychodzi trochę więcej niż jednorazowy wjazd tarpanem w Srebrnej.

No i można trafić na świetnych taksówkarzy, którzy są punktualni (nie zapominajmy, że to Hiszpania ;), ściągną cię spod latarni na samym końcu wyspy po zmroku i do tego świetnie się bawią. Aaaaa i jak nie znają angielskiego, a Wy hiszpańskiego to warto używać translatora google.

Uwaga, product placement: Jeśli będziecie lecieć na La Palmę, całym sercem polecamy Juana. Odbierze z lotniska, zawiezie gdzie chcesz i można na nim polegać. Cytując klasyka: Sebix poleca bo jest spoko 🙂

Namiary

Juan Miguel Perez Martin
tel +34 646446630 (najlepiej kontaktować się przez WhatsApp)

La Palma Freeride – inna wersja shuttlingu

XXI wiek na La Palmie. Aplikacja na telefon, kupujesz punkciki, zamawiasz taxi i jedziesz. Jest mapka ze strefami, ceny są znane już przed zamówieniem taxi. Dobra opcja jeśli jesteście małą grupą – przy większych lepiej jest dogadać się taksówkarzem bezpośrednio. Minus jest taki, że trzeba dojechać do jednego z punktów odbioru.
Więcej Info: http://lapalmafreeride.com/ La palma Freeride opłaca się, jeśli jesteście we dwie osoby. Powyżej dwóch lepiej klepnąć taksówkarza.

Podczas zakupu biletów online warto przygotować się na ewentualne problemy z księgowaniem wpłaty/otrzymaniem biletu itp… aplikacja nie działa perfekcyjnie niestety – ale działa.

Wywożenie samemu

Biorąc pod uwagę powyższe opcje wywożenie samemu przestaje mieć sens.

Nie ma pętli takich, aby wrócić do auta więc trzeba mieć osobę dedykowaną do zwiezienia auta ze szczytu. No chyba, że jest akurat ktoś jedzie na górę poszwendać się po El Pilar albo El Roque i weźmie Was ze sobą na doczepkę. Auta wypożyczane przez Cicar.com mają bagażnik na 2 rowery. No dobra 3, ale enduro wejdą dwa. Jeśli jesteście we 3 os i jedna ma pryszcz na dupie lub hemoriody i nie może jeździć to może was wwozić.

Walenie z buta

Da się ale nie wiem czy ma to sens. Bus na górę wjeżdża 1.5-2h. To jest 2500m w pionie i potem więcej niż tyle w dół. Trzeba mieć ultra łydę.

Tak wyglądają chłopcy gdy wali im z buta.

Opcja z familia

W przypadku Królika i Sebixa – po tygodniu pociskania po szlakach na kolejny tydzień doleciały laski z pociechami. Idealnym rozwiązaniem jest jedno auto na rodzinę (koszt wynajęcia na 7 dni to jakieś 500PLN). Eksplorowanie wyspy przez tydzień rowerowo ma tą wielką zaletę, że już dokładnie wiesz gdzie można pojechać z rodziną. El Roque, Pilar, Pirates bay + latarnia morska wydają się must see. Jak macie dzieci a pogoda jest spoko to po południu można wpaść na plażę do Puerto de Tazacorte albo Puerto Naos.

Warto obczaić wąwóz Bosque de los Pilos.

Jeśli trekkingujecie to macie link do mapki. Każdy park ma swoje Visitor Center i warto tam skoczyć po hinty, którymi szlakami warto iść.

Jeśli wasza szacowna małżonka wyląduje z infekcją zatok i będzie trzeba jechać do lekarza to polecamy Los Llanos Health Center – ostry dyżur otwarty 24h/7 z bardzo miłymi lekarzami i paniami na recepcji. Po angielsku właściwie nikt nie mówi ale lokalesi bardzo chcą się dogadać więc problemy właściwie nie ma, pamiętajcie aby zabrać kartę EKUZ.

Warto uczyć dzieci pomagać przy serwisie od najmłodszych lat.

Dzwonki i urwały

No tak jak wszędzie w Hiszpanii. Dobrze mieć ubezpieczenie KL, NNW, ale w szpitalu podstawa jest karta EKUZ. Zdecydowanie przychylniej na nią patrzą niż na komercyjne ubezpieczenia. Po prostu dla nich to mniej papierków i pytania się o zgodę.

Miejcie zapisany numer SAR (search and rescue) +32 922 437 650 albo 112

Dobrze mieć ubezpieczenie KL, NNW w kontekście korzystania SAR. My używamy OEAV i Elvia. Tu trochę o kosztach:

https://www.la-palma24.info/en/emergency-rescue-in-the-Canary-Islands/

Nie wszędzie jest zasięg telefonów. Jeśli jesteście ekipa to zmieńcie sobie piny w tel na czas wyjazdu na 1111 żeby każdy mógł użyć każdego telefonu.  Niech każdy ma zapisany numer SAR pod SAR w książce abyście mogli to łatwo znaleźć. W dobrym tonie jest zawsze umieć określić swoją pozycję w prosty sposób. Nie zakładajcie że centrum 112 dobrze gada po Angielsku czy niemiecku.

Ciekawostka – śmigłowiec używany na La Palmie to nasz polski Sokół 🙂 W 2016 władze wysp kanaryjskich kupiły 3 nowe Sokoły z Polski 🙂

Rudy stosuje gumki z wypustkmi dla zwiększenia doznań.

Sklepy rowerowe

Są – to plus. Czy znajdziesz w nich przerzutkę XX1 na wymianę, jak połamiesz swoją? Możliwe, ale może w 2-3 miejscach. Będąc po zachodniej stronie, zagłębiem rowerowym jest Los Llanos, ratunkiem może też być sklep Bike Station w Puerto Naos. To chyba oczywiste ze klocki, hak, zapasowe szprychy i inne rzeczy charakterystyczne dla roweru warto wziąć ze sobą. A klocków zużyjecie troszkę 🙂

Sebie poszedł łańcuszek.

Jak zacząć przygodę z Enduro

Początkujący endurzyści, poszukujący świętego graala – nowego roweru, są jak dziewiczy nastolatek…

Początkujący endurzyści, poszukujący świętego graala – nowego roweru, są jak dziewiczy nastolatek oglądający wszystkie świerszczyki taty. Mogą sobie oglądać różne cycki na zdjęciach, mogą dyskutować z kolegami jakie cycki lubią. Prawda jest taka, że ich gust się nie ukształtuje, dopóty, dopóki nie zobaczą na żywo i nie dotkną obiektu westchnień.

Wstań więc od kompa i idź ….. na rower !! Zamiast ślinić się do katalogów godzinami. Kup fulla na jakiego Cię stać i idź jeździć.

W ciągu ostatnich kilku lat miałem możliwość współ-uczestniczć w migracji do enduro kilku moich przyjaciół. Odpowiadać na pytania zaczynające się od tego co to enduro, poprzez wspólne infekujące pojeżdżawki, aż po rozmowy o sprzęcie, które to zawsze mnie bawią. A to dlatego, że osoby początkujące chcą nabyć jak największą wiedzę, aby kupić ten jedyny, doskonały, spełniający wszystkie wymagania sprzęt. Pytają, słuchają, czytają fora, artykuły w których każdy dzieli się jedyną słuszną wiedzą.

Sęk w tym, że ludzie którzy dzielą się doświadczeniami:

  • nie mają monopolu na wiedzę
  • lubią polaryzować swoje wnioski – nie kupuj SRAMa tylko Shimano, RockShox to kicha, kupuj Foxa. Takie stwierdzenia w rożnych wersjach czytane lub słyszane nie czynią życia prostszym. Ludzie lubią prezentować skrajne opinie. Sprawiają wtedy wrażenie opiniotwórczych.
  • często Ci mędrkujący lub oczytani, więcej czasu spędzają na obecności w necie niż na faktycznym jeżdżeniu. W skrócie, się nie znają bo za mało jeżdżą 🙂 W sumie zabawne, że to tu umieszczam pisząc artykuł do internetu 🙂
  • odczucia z jazdy na rowerze są subiektywne – np jazda na Focusie Sam w moim wykonaniu i wykonaniu Guziora. Pomimo tego, że jestem od niego silniejszy podjazdowo, uważam, że ten rower nie podjeżdża. Guzior uważa, że podjeżdża super. Kto ma racje ? 🙂

Nasza propozycja, nie czytaj ….  kup szybko rower i zacznij jeździć. Serio. Każdy będzie dobry jeśli to Twój pierwszy full. Potrzeby zdefiniujesz w praktyce a nie na dupie przed kompem. Dokładnie tak samo jak z tymi cyckami ze wstępu.

W zasadzie jeśli kupujesz teraz nowy rower jednej z w miarę znanych na rynku firm pewnie, będzie on dobrym rowerem. Różni się od innych niuansami których i tak nie zrozumiesz, czy poczujesz. A to dla tego, że nie masz realnych potrzeb. (Pewnie masz kilka istotnych ale jeszcze o tym nie wiesz)

Przynajmniej sprzętowo masz tylko te potrzeby, zaszczepione i teoretyczne z internetu. Z nowymi rowerami jest troche jak z samochodami. Weźmy na warsztat przykład Audi, BMW, Mercedesa. Każda marka ma swoich fanów którzy będą przekonywać Cię do zakupu “ich” pojazdu. Czy młody kierowca będzie tak na prawdę czuł różnice między nimi. Każdy z nich jest spoko autem. Ten kto sądzi inaczej jest albo super ekspertem, albo spolaryzowanym jebaką – teoretykiem 🙂 hmmm, których jest więcej ?

Przy wyborze roweru możesz czytać o kątach i tym jak one wpływają na jazdę, jednak jest to tak subiektywne, że każdy odbiera to inaczej. Poszczególne wersje osprzętu mogą wpływać na diametralnie różne odczucia.

Naszym celem w tym artykule jest dać Ci kilka prostych wskazówek, pytań na które powinieneś sobie odpowiedzieć, zanim kupisz rower,….. a potem skłonić Cię do szybkiej decyzji. Szkoda życia na czytanie.

Rozmiar…

…ma znaczenie. Dobranie rozmiaru ramy jest trudne, zwłaszcza jeśli się na nim nie jeździło. Większość producentów ma swoje tabelki, które uzależniają rekomendowany rozmiar od wzrostu. Warto z nich korzystać. Warto też wiedzieć, że owe tabelki są przewidziane dla ludzi o standardowych proporcjach. Standardowe proporcje to takie, że rozstaw rąk liczony od czubka fakera do drugiego fakera jest mniej więcej równy Twojemu wzrostowi. Przy takich proporcjach wszystko działa całkiem nieźle. Jeśli jesteś w środku przedziału. Bierz taki jak wychodzi z tabelki.

Jeśli rozstaw Twoich łap przekracza Twój wzrost i zbliżasz się do górnych wartość przedziałów producenta – kup rower większy.

Przykłady:

Rama większa niż w tabelce:

Ja, Michał i Rudy jesteśmy doskonałymi przykładami wyskakiwania w większy rozmiar. Przy wzroście 186 mam zasięg rąk około 195. W większości tabel rozmiar L jest do 188-189. Wybieram XL. Gdybym wybrał L to przy wysunięciu sztycy do znacznika nie mam pełnego rozkurczu. Michał ma bardzo podobnie.

Rama akuratna jak w tabelce:

Faba, i  Seba mają standardowe proporcje. Rozstaw łap identyczny jak wzrost. Zawsze łapią się na Mki wg tabelek i te Mki im leżą.

Rama mniejsza niż w tabelce:

Masko mierzy sobie 171 wzrostu ale rozstaw jego łap to 169. Z tabelek zazwyczaj wpada w dolny przedział M. Wybiera Ski choć na Mkach też jest w stanie przeżyć.

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check test stanik fotografia

Przeznaczenie

Tak jak pisałem. Nie ma teraz złych rowerów. Każdy jest inny i czyms sie różni. Są tańsze i droższe. Z mniej lub bardziej odjechanym osprzętem. Jedne podjeżdżają lepiej, inne gorzej. Sa takie co lubią skręcać i takie co na wprost zjada wszystko jak czołg. Jedno jest pewne 🙂 żaden nie będzie jeździć sam i każdy jest kompromisem. Nie ważne co kupisz zawsze w jakimś obszarze ten rower będzie lepszy a w innym gorszy.

Zadaj sobie może proste pytanie. Chcesz rower Trail / All Mountain czy Enduro. Popatrz jakie masz trasy w zasięgu ręki i na czym jeżdżą Twoi koledzy. Dopasuj się do tego. I nie jaraj się skokiem. Pewnie Freud by mógł co-nieco napisać o tym czemu jaramy się skokiem zbliżonym do 180-200mm :).  Skup sie na tym jak będziesz jeździł i w jakim terenie. Nie chcesz mieć 180 i iść z tym na górkę w parku.

Trail / All Mountain

Jeśli większość czasu będziesz spędzać na singlach albo wycieczkach w góry to idź w All Mountain. Co jest spoko, to że jak będziesz chciał spróbować enduro to wymienisz widelec na coś co ma 160mm skoku i praktycznie uzyskasz maszynę enduro. Przejechałem zawody enduro w Szklarskiej na Canyonie Spectralu z fox 36 mieszcząc się w trzeciej 10 na takim rowerze i nie czułem żeby to rower mnie ograniczał. Raczej brak kondycji na odcinkach gdzie się dokręca.

Jest wśród gawiedzi pęd ku rozmiarowi. Chcemy wielkie wacki, cycki i wielkie skoki rowerów. W kwestii rowerów to nie za bardzo ma sens. Kwestii wacków nie spróbuje rozwiązywać bo nie jeden już próbował.

Enduro

Duży skok 155-180mm to większa masa. Więcej wybiera, więcej wybacza, ale jest to czołgowate. Ten większy skok czuć na podjazdach. Taka maszyna lepiej się sprawdzi w bikeparku i na sekcjach z na prawdę dupnymi kamieniami. Cały nasz team jeździ na rowerach w tej kategorii i nie uważamy aby były one jakkolwiek lepsze niż All Mountain. Na Ślężańskim rozkurwie to pomaga, ale spokojnie da się te same sekcje pokonać na maszynie 130-150, wciąż z bananem na ryju.

Jeśli nie wiesz na co się zdecydować to rzuć monetą. A dodatkowo popatrz na budżet. Jeśli masz mało kasy nie kupuj enduro bo zawiecha z dużym skokiem na tanim damperze i widelcu nie będzie miała odpowiednich tłumień i podjazdy mogą boleć.

Testowanie:

Jest trochę miejsc gdzie możesz wypożyczyć rowery po prostu pojeździć. I nie mówimy o jeździe po mieście czy parkingu pod sklepem, tylko na prawdę pojeździć. Czasem są to centra testowe przy rowerowych miejscówkach, a w innym przypadku ogarnięci dystrybutorzy pożyczający swoje rowery zdalnie.

Dobrym miejscem do testów są wszelkiej maści eventy i zloty rowerowe.

Jeśli uparcie chcesz ślęczeć przy kompie, możesz sobie po takim testowaniu porównać rozmiary i geometrie tego roweru na którym jeździłeś z innymi.

Centra testowe:

Dolnyśląsk:

Jest tego więcej i kiedyś to zbierzemy do kupy.

Dystrybutorzy którzy chętnie dają testówki:

Rowery entry price – do 10k:

Jest ich milion. Poniżej te, które mieliśmy w łapkach i polubiliśmy a mieszczą się w najniższym przedziale cenowym.

Sensowne porównanie robi co roku 1Enduro Poczytaj sobie.

Jeśli dysponujesz mniejszym budżetem to kup używkę w dobrym stanie.

Jak zacząć

Przede wszystkim jeździć a nie czytać o sprzęcie. Gdyby początkujący których spotykam na szlaku byli tak obryci w jeździe jak w teorii sprzętu to świat byłby super. Widzę ludzi którzy są dumni, że zbierali na piastę chris king przez 2 miechy a rower w tym czasie stał. No come on.

Badz pokorny. Zamiast czytac tyle o sprzecie jeździj i analizuj. Myśl dlaczego gdzieś Ci źle poszło. Zapisz sie na szkolenia. Jest ich trochę.

Co kupic ze sprzętu na poczatek

Kup rower, kask, rękawiczki i ochraniacze na kolana. Potem cała reszta. Idź przymierzać.

Kask

Teraz każdy producent ma w swojej ofercie troszkę cięższe modele z krytą potylicą, dedykowane jeździe Trail/AllMountain/Enduro.  Fajnym patentem są gary z odpinaną szczęką.

Jeżdżenie w kaskach fullface jest troche bez sensu. Ciężko się z tym podjeżdża czy to na głowie czy w plecaku. Mając kask w plecaku przy glebie na podjeździe nic nie chroni Waszej dyni. To jest słabe.

Kaski w naszej ekipie:

  • Fox ProFrame – lekki fullface. Ma na tyle dużą dziurę w szczęce, że da się oddychać
  • Bell Super 3R – kask enduro z odpinaną szczęką. Dość lekki. Szczęka niestety też dość lekka. Jest to typowy kompromis: funkcjonalność, waga. Występuje w wersji DH. Jest on sporo cięższy, a co za tym idzie bezpieczniejszy.
  • Giro SwitchBlade – kask enduro z odpinaną szczęką. Bezkompromisowy. Waży sporo, ma najwyższy stopień ochrony z kasków z odpinaną szczęką. Wygląda jak hełmofon 🙂

I jeszcze jedno – Obejrzyjcie filmy na YT jak nosić kaski. Co druga osoba ma tak zapięte paski, że w razie gleby kask jej się zsunie.

 

Ochraniacze:

O ile z kaskami jeszcze jest tak, że w miarę pasują to z ochraniaczami jest przesrane. Na rynku jest tego od zatrzęsienia. Są modele krótkie – chroniące tylko kolano i długie – chroniące kolano i piszczel.

Odpuść modele DH. Są ciężkie i krępują ruchy. Często przy pedałowaniu się przemieszczają. Na zjazdach enduro często trzeba pedałować niestety. O podjeżdżaniu w . nie ma co myśleć. Będziesz wozić je przypięte do plecaka albo ramy roweru.

My jesteśmy zwolennikami jazdy w ochraniaczach tylko na kolano. Jeśli uczysz się jazdy na pedałach platformowych kup cos co chroni piszczel bo nie raz sobie zaj@#*esz pedalem w piszczel do samej kości. I w sumie tylko po to ma to sens. Jeśli już umiesz utrzymać pedały na zjazdach w ryzach, idź tylko po kolano. Przerobiliśmy pełno ochraniaczy z różnych półek cenowych. Okazuje się, że nawet te najlepsze potrafią zupełnie nie trzymać się przy glebach. Nie będziemy tu odradzać niczego, wrzucamy te które nam działały i nie spadały przy glebieniu, a jednocześnie dało się w nich jeździć cały dzień, czy to na kolanach czy zsuniętych na dojazdówkach na piszczel. Celowo nie podsylamy linkow bo adresy w sklepach zmieniają się caly czas

  • 7idp covert knee
  • 7idp flex knee
  • IXS hack evo
  • Endura MT500
  • ION K-pact
  • SixSixOne rage

Ochraniacze kilkunastu producentów można przymierzyć w sklepie Pro.Shop we Wrocławiu. Mają tam również kaski Fox Proframe, w których w większości jeździmy.

Canyon Torque CF 7.0

Torque to taki rower który budzi skrajne uczucia. Wpisuje się w ogólnokrajowy trend masturbacji skokiem.

Torque to taki rower który budzi skrajne uczucia. Wpisuje się w ogólnokrajowy trend masturbacji skokiem powodując, że oczy gawiedzi enduro (zwłaszcza początkującej) zachodzą mgłą zatraceńczej ekscytacji. Za to te troszkę starsze wygi patrzą na niego spode łba, pukając się w zakola na myśl o 180 mm skoku. Przeca jeszcze jakiś czas temu, rower z takim skokiem nie podjeżdżał. Baa na zjazdach można było zapomnieć o jakiejkolwiek jego skoczności.

Jako, że jeżdżę na tych głupich rowerach w górach już przeszło 20 lat i zaliczam się do tej drugiej grupy, muszę przyznać, że brałem ten rower do łapy pełen sceptycyzmu. Oj srogo mnie ten rower zaskoczył i odszczekiwałem już mój sceptycyzm wielokrotnie 🙂

Cena: 15k

Pełna specyfikacja: Canyon Torque CF 7.0

Pierwsze wrażenia:

Jest ładny.  Canyon odbył długa drogę. Naprawdę mi to imponuje, że w ciągu 10 lat, czyli od czasów, kiedy Seba jeździł na odrażająco brzydkim Canyon Nerve AM pospawanym z gaz-rurek, do dziś wznieśli się na wyżyny designu. Ich rowery są jednymi z ładniejszych w stawce. Taki też jest Torque. Pomimo faktu, że jest to maszyna do ciężkiego nakurwingu nie wydaje się on ani trochę ociężały. Uwagę zwraca masywna główka i charakterystyczne dla Canyona wzmocnienie podsiodłówki. Przekroje pokazują, że sztywność ramy miała tu znaczenie. Waży 14,5kg. Niemało. Jednak przy tym skoku da się to zaakceptować. Aluminiowa konkurencja w podobnej cenie oferuje sprzęty z mniejszym skokiem ważące dokładnie tyle samo.

Główny trójkąt jest z carbonu, tylny to Alu. Producent zadbał o napinacz i Taco. I jedno i drugie wykorzystywaliśmy na Ślężańskich kamieniach. Bez Taco i z tak niskim supportem zębatka by się krzywiła. A tak żyje, a my cieszymy się dalej jazdą.

Geometria

Bal bla bla – nie lubię i nie umiem pisać o kątach i nie bedę pisać. Rower oceniamy po tym jak jeździ a nie poprzez tabelki. Tabelki są dla mrowkojebców.

Komponenty

Wersja którą dostałem jest trzecią od góry, albo jak kto woli najtańszą z Wunglowych. Najtańszą nie oznacza biedną. W takich sytuacjach konkurencja często żuli na zawieszeniu. W tym przypadku nic podobnego. Do łap dostajemy Lyrika RCT3 i Foxa X2. Brawo Canyon ! Inni mogą się uczyć. Napęd to pełen GX z heblami Code R. GX działa dobrze i nie macie ochoty się popłakać w momencie urwania przerzutki. Serce boli tylko ze względu na kasete GX. Zawsze to dodatkowe 150 gram względem wyższej grupy. Nie oczekujmy jednak, że ktoś wrzuci do roweru za 15k kasetę kosztującą jego 10%.

W zestawie rozsądne koła DT E1700. Ważą 1900g. Wbrew temu co sugeruje ich nazwa. Chętniej przygarnęlibyśmy coś w okolicy 1700, jednak patrząc na przeznaczenie roweru nie dziwi użycie cięższego kalibru. My przez 2 miesiace jeżdżenia nie daliśmy rady ich skrzywdzić.

Heble hamują dobrze. Nie ma się do czego czepiać. Można zawsze zahamować jednym palcem, łapy nie puchną, dohamowania są chilloutowe, nie trzeba ciągle cisnąć klamek. Modulacja jak to w Code. Dobra. Punkt blokady wyczuwalny heble nie są zero – jedynkowe. Ja jednak nie lubię Codeów za ich gumowy feeling i brak looku CNC. Koniec kropka. Abstrahując od moich subiektywnych preferencji, ciężko się do nich obiektywnie dopieprzyć.Kokpit jet kokpitem Canyonowskim. Nie lubię fabrycznych kokpitów. Każdy wydaje się low costowy i nie leży mi w rękach. Może to wynika z rozpasania kierownicami kevlarowymi jakich używam od kilku lat. Przy moich 85kg czuć tu lekkie gięcie się kiery przy dociążeniu, a cieńkie gripy irytują. Po wymianie na Odi Rogue feeling kokpitu poszedł kilka punktów w góre.

Zasadniczo za komponenty canyon dostaje 4+. Wszystko działa, zawiecha urywa dupę. Jak bym mial się upierać to wymienił bym 3 rzeczy dokładnie w takiej kolejności:

Gripy – na grubaśniejsze ESI Super chunky czy ODI Rogue
Koła na lżejsze – i tak koła wymienia się co rok wiec wtedy składamy cos o 200g lzejszego
Kaseta – też zdechnie po roku wiec od razu warto iść w X01

Dzięki dwóm ostatnim modom urywamy z kol około 350g. Jeśli by wsadzić jeszcze kiere z wungla to kolejne 100-150g. Wszystkie 4 modyfikacje nie mordują cena a pozwalają nam zejść do 13,X kg co jest zajebistym wynikiem jak na rower freeridowy!!

Podjazdy

No i tu było największe zaskoczenie. Spodziewałem się opasłej, tępej lochy. Trochę tak jest, jeśli się NIE zablokuje / zaplatformuje przodu i tyłu. 180mm buja i nie oszukujmy się bujać się musi.

Za to w momencie uruchomienia blokad i poprawnego ustawienia SAG (w Fox X2 nie jest to oczywiste) rower podjeżdża jak przeciętne enduro. Spokojnie można go postawić w szranki z Focusem SAM Pro czy Rose Pikes Peak. Kąt podsiodłówki powoduje, że pedałujemy trochę do przodu. Dla mnie po przesiadce z Ibisa Mojo HD3 wymagało to odrobinę przyzwyczajenia, ale jest luz. Po prostu w okresie przyzwyczajania się wbijałem młynek i bez pośpiechu kręciłem. Po 3 tyg jazd zapomniałem o młynku i wróciłem do twardszych przełożeń. Na stromych technicznych podjazdach jedzie tam gdzie mu się każe, nos nie myszkuje. Waty troszkę uciekają, ale nie wybrzydzajmy. Na początku jesieni nie miałem problemu aby robić nim na Ślęży dziennie 1500-1600 m w pionie. To pewnie odpowiada około 2000m latem kiedy jest sucho i trakcja nie jest upośledzana przez błoto. Zupełnie wystarczająco na całodniowe tripy. Powiedzmy sobie szczerze. Ten rower nie jest upośledzony podjazdowo. Nie podjeżdża jak liderzy, ale podjeżdża i to bez wielkiego spięcia dupy. O ile zablokujecie zawiechę. Bez włączonej blokady bym nim nie podjeżdżał 🙂

Tak jak wspomniałem wcześniej. Lżejsze o 200g koła i kaseta X01, urwały by sporo z ich masy. Zapewne byłoby jeszcze przyjemniej na podjazdach. Jeśli nie nakurwiacie psychodropów po śniadaniu warto odchudzić właśnie ten element. Tym bardziej, że koła na szerokich obręczach np Spanka i dobrymi piastami da się złożyć do 1500pln

Zjazdy

Trochę się obawiałem, że będzie to rower jak mój stary Spec Pitch. Czyli do jazdy na wprost i niezbyt skoczny. I tu się zdziwiłem. Po obniżeniu siodła i odblokowaniu zawiechy, ten rower zmienia się w potwora. Wybiera wszystko, skręca jak mu się każe i jest szalenie skoczny. Skok pozwala olać nierówności i wyluzować się tam, gdzie ze słabszym zawieszeniem byłoby to niemożliwe. Dzięki temu w zakręty wchodzi się z luźnymi worami i biodrami, a jak wiadomo luz i miękkość w gaciach pomagają….., przynajmniej podczas jazdy na rowerze. I nie przenoście tego na inne sfery życia  🙂 Geometria jest taka, że nie trzeba wisieć na kierze aby dociążyć przód by mieć kontrolę. Nie ważne jaki teren, czy stroma pornografia czy szybki, kręty flow ten rower radzi sobie wyśmienicie. Jazda jest dynamiczna. Byłem zawsze zachęcony do wyskakiwania z ficzerów jakie oferował teren. Jak dla mnie turbo czad.

Środek ciężkości jest nisko. Przekłada się to na dobry balans w zakrętach, ale nie radzę dokręcać na trawersach czy w kamienistym terenie. Zasadniczo nie jest to dobry pomysł, a w tym rowerze jeszcze gorszy. Można zaj@#ać w glebę korbą. Jeśli bierzecie ten rower to uczcie się pompować w trudnym terenie zamiast dokręcać. W sumie zawsze się tego uczcie bo wyjdzie Wam na dobre.

Obniżanie sztycy. To troche boli. Kąt podsiodłówki jest tak płaski, że sztyca nie pracuje osiowo. Ciśnięcie dupą w dół ją gnie a nie chowa. Trzeba cisnąć tyłkiem, wektorem zgodnym z kątem sztycy. Czasem wygląda to tak, jakbyście chcieli wyruchać mostek, ale działa 🙂 Myślę jednak, że ślizgi Reverba będą dostawały w dupę.

Podsumowanie

To jest naprawdę świetny i wszechstronny rower. Nie rekomenduję jechania nim maratonów czy jakichś asfaltowo – szutrowych wycieczek. Świetnie spisze się w trudnym terenie. Nadaje się na długie wycieczki enduro jak i na wyskok do bikeparku. Nie obawiałbym się wystartowania nim w MTB Trilogy. Da się nim podjeżdżać a na zjazdach jest doskonały.

Nie wiem czy pojechałbym nim nasze lokalne zawody Enduro. Jest w nich za dużo odcinków płaskich gdzie trzeba przypedalić, a do blokady ciężko sięgnąć. Rozwiązaniem może być manetka blokująca damper z kiery.

Na zjazdach macie +100 do nieśmiertelności 🙂 Wygląda jak milion dolarów. W dodatku CF 7.0 kosztuje 15k. Pitnaście tysięcy za Carbon, 180mm i dobre zawieszenie to jest cena z kosmosu. Brać, jeśli nie przeszkadzają Wam bardzo specyficzne minusy.

Plusy:

Zjeżdża jak szalony.
Fox X2 i Pike RCT3 w tej cenie
Carbon
Podjeżdża – to zaskoczenie
Cena

Minusy:

Nie podjeżdża bez blokady
Zdarza się walnąć pedałami – trzeba być czujnym na zjazdach
Kiera daje low costowy feeling
Troszkę trzeba się pobawić SAGiem
Blokada tyłu z kierownicy by sporo dała

WHYTE T-130 CR

To już trzeci ścieżkowiec Whyte’a o skoku 130 mm (choć ten ma z przodu trochę więcej), który trafił w nasze śliskie łapki. Skoro to już trzeci model z tej rozwijającej się serii, to można powiedzieć, że prowadzimy mały serial na ten temat, pytanie tylko czy to „Trudne Sprawy” czy „Barwy Szczęścia”?

Historia

To już trzeci ścieżkowiec Whyte’a o skoku 130 mm (choć ten ma z przodu trochę więcej), który trafił w nasze śliskie łapki. Skoro to już trzeci model z tej rozwijającej się serii, to można powiedzieć, że prowadzimy mały serial na ten temat, pytanie tylko czy to „Trudne Sprawy” czy „Barwy Szczęścia”?

Z pudełka

A ja znowu dostałem rower już skręcony! Więc o pudełkach pisał nie będę. Whyte jest firmą, która ostatnio nawiązuje współpracę z różnymi sklepami, więc Wasz rower też niekoniecznie przyjdzie do Was w pudełku. Firma jeździ też już od jakiegoś czasu wzdłuż i wszerz naszego pięknego kraju robiąc demo days, co pozwoli Wam przymierzyć się i pojeździć na wybranym modelu. To duży plus i przewaga nad wieloma firmami wysyłkowymi.

Pełna specyfikacja: Whyte Polska

Cena: 15 799PLN

Komponenty

Nowy T-130 występuje aż w pięciu (słownie: 5) konfiguracjach! Od bieda alu piszczy po cygańskie złoto w carbonie przy wersji Works.

Nasz to model CR, czyli rama z carbonium za wyjątkiem tylnego trójkąta, poprawnie działający NX eagle, heble SRAM gudie T (to skrót od Tanie), z przodu Rock Shox Revelation (nazwa nieco myląca) a z tyłu Deluxe RT. Do tego wszystkiego całkiem dobre obręcze WTB ST i kapeć w „blogerskim” rozmiarze 2,6 – żeby było co ściągać na zakrętach. Koło w rozmiarze 27,5 z przodu na Maxxisie High Roller II, co szanujemy i z tyłu Maxxis Rekon, czego nie rozumiemy, ale ślizgało się całkiem przyjemnie.

Podjazdy

Bez zarzutów! Dobrze dociążony przód, tylne koło nie tańczy rewii na lodzie a pozycja nie męczy (rozmiar L, Krzychu ma 180cm). Rower jest długi i płaski jak na Whyte’a przystało, przy dobrze dobranym rozmiarze ramy i ustaleniu wysokości mostka było naprawdę wygodnie i bez bólu pleców. Długość nie przeszkadza mu też przy ciasnych nawrotach na stronnych podjazdach, a w razie czego zawsze można zarzucić lekko tylnym kołem niczym amerykański blond rider z filmu na Jutubie.

Zjazdy

To jak zwykle kwestia trasy. Jeździliśmy nim po autostradowych singlach, po naturalnych ścieżkach leśnych o różnym nachyleniu i po typowej skalno-korzennej wyrypie. Rower prowadził się dobrze zarówno na trasach typu Srebrna Góra czy Bielska Rock and Rolla, jak i po bardziej stromych i wymagających fragmentach jak np. trasy na Szyndzielni. Warto zwrócić uwagę na to, że Whyte dał nieco więcej skoku z przodu, bo 140 mm, co zmieniło całą geometrię roweru, dzięki czemu lepiej zjeżdża od swoich poprzedników. Revelation pozostawia troche do zyczenia i przy tej cenie roweru spodziewalibysmy sie lepiej pracującego widła.

Przy tej szerokości opon zalecamy ich zamleczenie, ponieważ guma w środku grozi częstym cięciem przez obręcz. Poza tym dziewczyny wolą bez. W cyklu czepialskim, przyczepimy się również do hebli Sram guide T. T jak Tanie lub T jak Tępe albo T jak Tu jest kubeł.  Niestety są słabe, szybko się grzeją i stają gumowe, ale to domena Sramów z niższej półki.

Poza tym rower naprawdę daje radę. Jest stabilny, szybko się napędza i daje frajdę zarówno na łatwych singlach jak na nieco bardziej wymagających trasach MTB zwanych wręcz trasami enduro.

Podsumowanie

To dosyć uniwersalny rower. Jest na pewno świetnym ścieżkowcem tak, jak jego poprzednicy, ale mamy wrażenie, że lepiej od nich radzi sobie w trudnym terenie. To sprawia, że możecie go zabrać w naprawdę wiele miejsc i się na nim nie męczyć. Dobrym testem było zabranie go do Bielska, gdzie poziom tras jest bardzo zróżnicowany, a on radził sobie zarówno na gładkich singlach jak i na kamienistych klasykach jak „DH plus” czy „Stary zielony”. To naprawdę duża zaleta. Ujeżdżaliśmy go na Ślęży i Raduni gdzie można było zweryfikowć jak scieżkowiec zachowuje się na na prawde grubych kamieniach. Działał na prawdę zaskakująco dobrze jak na ten skok. A jak będzie chciał, żeby zabrać go do muzeum lotnictwa, to go zabierzcie do muzeum lotnictwa…

Jest stosunkowo lekki jak na tę konfigurację (14 kg) biorąc pod uwagę ciężkie obręcze i napęd NX. Tutaj nadrabia rama z „plastiku”.

Sztyca (KS Lev-Interga) działała naprawdę dobrze i bez żadnych problemów, nie przejawiała impotencji przy niższych temperaturach.

Gdybym miał taki rower dla siebie, to tylko zadbałbym o lepszy widelec i heble, reszta naprawdę zdała egzamin.

Dodam też, że ze względu na wygodną pozycję na jeźdźca, może być to spokojnie rower na dłuższe tripy. Amen.

Plusy

  • Carbonowa rama.
  • Większy skok z przodu od poprzednich edycji tego modelu.
    Dobre i sztywne obręcze.
  • Waga.
  • Dosyć uniwersalne przeznaczenie roweru (oczywiście nie przesadzajmy z braniem go na rampage albo sławnego, dolnośląskiego psychodropa).

Minusy

  • Rock Shox Revelation – bagiety już jado do jego projektanta łeło łeło!
  • Hamulce Sram Guide T – tutaj dzwoniłem już na płokułatułę.
  • Nie jest to do końca minus, ale pewnie wystarczyłyby spokojnie opony 2,5 zamiast 2,6.

 

Ibis Ripmo

Oddajemy do Waszych oczu recenzję Ibis Ripmo. Jeździliśmy na nim dwa udane tygodnie.

Sentyment do twentyninerów pozostał mi po kilkuletniej przygodzie z rowerem Lapierre Zesty 29, ale mały skok 120mm i brak alternatyw zmusił mnie kilka lat temu do zmiany tego świetnego ścieżkowca na Lapierra Spicy – rasowego enduro na kołach 27,5…

2017 rok jednak to co chwila kolejne nowości endurówek na dużym kole. I co ciekawe mniejsze firmy szybciej się ogarnęły i zaproponowły bardzo ciekawe 29tki. Dostaliśmy Whyta S-150, Evila Wreckoninga, Orbeę Rallona, Transitiona Sentinela, YT Jeffsiego czy Yeti SB 5.5…Duzi gracze wolniej podejmują pałeczkę, tu mamy jedynie Speca Enduro 29 i Treka Slasha…

A w tym roku 29 to nawet w DH się zadomowił i szturmem zgarnia top lokaty.

Tym bardziej chętnie wsiadłem na nowy model na dużych kołach ze stajni Ibisa – Ripmo.
Na rowerze jeździłem dwa razy po lokalnych singlach w masywie Ślęży i Radunii, więc poniższy opis to pierwsze wrażenia, zdecydowanie nie jest to test roweru.

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check test

Budowa

Tak więc pierwsze co sprawdziłem to jak działa zawieszenie DW-Link. Zawsze jeździłem albo na jednym zawiasie albo Horst Linku, więc coś nowego: Kolejna wersja DW-Linka (podobno naj zawieszenia) bardzo mnie ciekawiła. Spuściłem więc powietrze z dampera i po domowych testach na plus: bardzo małe ruchy Linków gdzie łożyska zastąpiono ślizgami.
O ślizgach w ramach rowerowych tyle kontrowersji co o smoleńskiej brzozie, ale jak już tak mało pracują to jest szansa, że rower za 20k cebuljonów po roku tyrania nie złapie luzów jak full z Kerfura na pierwszej jeździe po komunijnym obiedzie.

Miałem w rękach dość standardową specyfikację, czyli Alu koła, zawieszenie FOX Performance, opony Maxxis Exo a i tak rower z moimi pedałami kowadłami Shimano DX poniżej 14kg. Szacun.

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check

Rura podsiodłowa jest super krótka a górna rura schodzi bardzo nisko, co niewątpliwie jest zaletą. Na rowerze nie czujesz się jak na jakimś potworze. Ale osoby wysokie lub te które mają długie nogi proporcjonalnie do góry ciała muszą rozważyć sztyce o skoku 170+ bo krótsze sztyce mogą okazać się za krótkie.

Amortyzator FOX Performance o skoku 160mm działał poprawnie, ale przyklejoną tabelkę ciśnień można se w dupę wsadzić, albo wartości PSI podzielić przez 2 – wtedy chyba będzie bliżej realnych. Nie wiem ile tokenów tam Ibis napchał ale amortyzator był bardzo progresywny.

Damper za to niestety akurat miał uszkodzone tłumienie powrotu. Bez zainstalowanych tokenów leciał przez skok nawet przy 240 PSI (normalnie jeżdżę w okolicach 190PSI) Charakterystyka pracy tylnego koła była bardzo liniowa, niestety przez nie działające tłumienie. Co ciekawe nawet przy tej przypadłości rower zachowywał się na Ślężańskiej rąbance dobrze. Zapewne z działającym damperem jest mega fpytkę.

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check

Napęd Sram GX Eagle działał… cacy, poza nieszczęsnym blatem 32T. Cóż kolano po kontuzji,  łyda słaba, więc dla mnie na masyw Ślęży 32 zęby w dwudziestodziweięciocalowcu to była przeginka…

O reszcie osprzetu nie ma sie co rozpisywać. Każdy może sobie skonfigurowac rower jak chce. Dostępne jest 5 kitów sprzętowych i dla każdego z nich można wybrać różne opcje zawieszenia, kół. Ciekawą opcją są budżetowe koła carbon. Czyli obręcze ibisa – ich budżetowe piasty. Te same koła są dostępne w wersji wypas, czyli z piastami Industries Nine.

Irytuje plastikowa manetka Kind Shock na kierownicy. Troche do tego roweru nie pasuje i doświadczenie w jej macaniu jest z dupy. Zwłaszcza że konkurencja się ogarnęła i stosuje mega ergonomiczne rozwiązania.

Podjeżdżanie

Słowik:

Dawno tyle nie butowałem. Dzięki dużej przedniej zębatce zaliczyłem piękny spacerek po Ślęży i Radunii…

Na krótkich podjazdach, gdzie było sens się spiąć rower plusował stromą podsiodłówką i pozycją siodełka “nad korbą” co zdecydowanie ułatwiało pedałowanie. Aktywne zawieszenie w połączeniu z oponkami Maxxisa w szerokości 2.5 przód / 2.4 tył dawało tony przyczepności. Techniczne podjazdy miodzo – nawet w ciaśniejszych skrętach.

Rower potencjał podjazdowy ma spory, tymbardziej wymiana na mniejszą zębatkę pozwoli zmierzyć się z każdym technicznym podjazdem.

Seba:

Na Srebrnej postanowiłem podjechać sobie (a co… można przecież 🙂 Z przodu sa 32 zęby, z tyłu max 50. Normalnie jeżdżę na 27.5’’ z kombinacja 32/42. Podjazd wchodzi nadzwyczaj łatwo i przyjemnie. Z największej zębatki prawie nie korzystam. Na górze nie czuje się zmęczony tak bardzo jak przy YT. Super!

Rudy:

Pozycja na rowerze zdecydowanie zachęca do młócenia podjazdów. Eagle daje też duży zapas – podjeżdżając na Radunię nawet nie tknąłem tarczy 50 i, co najważniejsze, po raz pierwszy w życiu podjechałem końcówkę przed szczytem. Z biegu, za pierwszym razem – Mega!

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check test stanik fotografia

Zjazd

Słowik:

Rower miałem przez tydzień, ale niestety ten deszczowy… więc po lokalnych singlach: Gangstarze i Świnkołaju, Dolce czy czerwonym ze Ślęży pośmigałem “na mokro”
Generalnie mam zasadę że Ślęża w deszczu to NO GO ZONE jeśli czuję że dziś moja psycha jest miękka.

Tym bardziej cieszyły KOMy i PRy. Rower ma masę trakcji. Żarł glebę, leciał w uślizgu ale ani razu nie puścił. Niewątpliwie zasługa też świetnych i nowych oponek Maxxis DHF 2.5 na przodzie i DHR 2.4 na tyle. Ale generalnie duże koło trzyma doobrze.

Balans roweru. Tu się nie potrafiłem dogadać się z Ripmo. Po każdym zjeździe obniżałem kokpit o 1 spacer aby w końcu wylądować z mostkiem na maxa obniżonym na dole a rower nadal miał bardzo lekki przód. Generalnie kierownica z zerowym wzniosem wskazana.

Co zaskoczyło mnie najbardziej to skrętność roweru. Wydawałoby się, że 29 będzie preferował długie szerokie łuki a pierwsze co zauważyłem, to że na znanych mi singlach rower ma tendencję do wychodzenia z łuku bardzo ciasno. Trzeba się przyzwyczaić i skorygować postawę, ale na pewno było to dla mnie pozytywnym zaskoczeniem.

Rower bardzo zachęca do zabawy, skoków z korzeni i szybkich zmian kierunku jazdy. Dla mnie po mega długim i stabilnym rowerze, na którym jeżdżę na co dzień była to pozytywna odmiana.

Stabilności Ripmo przy dużych prędkościach nie było mi dane sprawdzić, bo na Ślęży i Radunii nie ma singli, gdzie można pójść pełnym piecem.

Z dużych minusów – to linki zawieszenia są tak umiejscowione, że po 2ch dniach jazdy w błocie były całkowicie oblepione. Także prace ręczne i wycięcie plastikowego błotniczka obowiązkowe.

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check test stanik fotografia

Seba:

Srebrna – trasa A1. Jako że amory zawsze ustawiam tak jak mi sie zdaje, a potem przychodzi redaKnur Wyncel i tu kliknie, tam przekręci i działa fajniej… to i tym razem tradycji stało się zadość. Przód działa spoko, z tyłem coś się dzieje dziwnego… Mimo to mam wrażenie że jadę w dół szybciej niż na Żółtym. W zakrętach łatwo się ustawić do pozycji odpowiedniej i zarzucić biodrami, co jest możliwe dzięki niskiej podsiodłówce. Nie pasuje mi coś w kokpicie… nie do końca wiem co – ale na zestawie od banana bikes jezdzi mi sie po prostu fajniej.

Masko:

Podjazd tarpanem poszedł bardzo sprawnie, praktycznie nie zauważyłem kiedy znalazłem się na górze i kierowca kazał wyskakiwać – wielki plusik tutaj. Serio mówiąc – nie miałem okazji podjeżdżać na tym stworzeniu. Zjechałem tylko raz trasą A. Byłem sceptycznie nastawiony bo rozmiar to L, to nie moja bajka, z moimi gabarytami plasuję się między S a M. Serce me przepełniały lęki gdyż Srebrna jest miejscówką czysto hedonistyczną, gdzie na trasach jest 100% zabawy, a 29″ zupełnie mi się z tym nie kojarzy. No i co się okazało. To bydle pomimo za dużego rozmiaru nie odstawało w kontekście zwrotności od mojej Capry w rozmiarze S. Ilość gripa jaką daje 29 cali jest z kosmosu. Najbardziej czułem to na bandach na samym dole odcinka A, gdzie na Caprze gdy przesadziłem z pochyleniem zdarzało się, że przód chciał odjechać. Długość roweru umożliwia “wchodzenie na pełnej” i stabilizuje nas niczym gimbal. Nawet niesprawny damper nie psuł specjalnie przyczepności, albo po prostu tego nie czułem bo nigdzie jej nie brakowało. Środek suportu jest umiejscowiony w chrześcijański sposób, dzięki czemu pokuta w postaci przyjebania stopą w kamień nie zdarza się często. Nie trzeba notorycznie pamiętać o ustawieniu pedałów w poziomie. Większość małych nierówności połykane jest przez duże koło, resztę roboty załatwia zawias. W Srebrnej tych dużych przeszkód nie ma za wiele, dlatego czułęm jakbym jechł prawie po równej drodzę. To z kolei zachęca do szybszej jazdy więc możemy jeszcze bardziej wjechać w piątek na pełnej i siłą rozpędu dojedziemy gdzieś do środy kiedy to już trzeba myśleć gdzie w piątek wbijemy na pełnej znowu. No k**wa rzeczywiście!

Rudy:

Gdziekolwiek na Raduni i Ślęży nie zjeżdżałem, na Ripmo mam personal best. Stromizny czy kamulce nie stanowią problemu, duże koło robi robotę. Rower jest niski, więc można go pod sobą układać w każdą stronę a nawet robić peeling odwłoka oponą jeśli tylko ktoś ma na to ochotę. W rozmiarze L nie było żadnego problemu żeby powędrować daleko i nisko za siodło. Do pełni szczęścia przydałoby się jeszcze go przepuścić przez bikepark na pełnej, ale i tak już mnie kupił.

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check test stanik fotografia

Podsumowanie

Słowik:

Spodobał się na tyle, że z łezką w oku pozbyłem się starego i zamówiłem Ripmo. Także przygoda z Ibisem dopiero się zaczyna… i mam nadzieję, że się dogadamy 🙂

Seba:

Rower w rozmiarze L jest dłuuuuuuuugi straszliwie, ale rura podsiodłowa jest niżej niż w mojej Caprze M – bardzo fajowo. Amora z przodu ustawiłem wedle tabelki, z damperem coś jest nie tak – no ale nie za bardzo wiem co 😉 Rower jest ładiuchny. Jest to moja pierwsza jazda na 29’’ i do tego jest Eagle – więc zapowiada się wypasik. Lubimy się 🙂 z sprawnym damperem i innym kokpitem byłoby bajecznie, a tak jest “tylko” super 🙂 Będziemy kontynuować znajomość tylko że w rozmiarze M.

Masko:

Ibis spełnia większość warunków jakie założyłem dla nowego roweru, za którym od jakiegoś czasu się rozglądałem. Między innymi krótka rura podsiodłowa, reach krótszy niż molo w Sopocie, skok w okolicy 150mm, bonusowo załapało się większe koło, którego nie planowałem ale skoro mam już zmienić rower to lepiej na zupełnie inny. Ripmo mnie kupił a ja kupuję Ripmo i będę na nim wchodził na pełnej.

Rudy:

W zeszłym roku jeździłem chwilę na Rose Root Millerze – wtedy poczułem, że mój następny rower będzie miał koło 29”. Jednak zjazdowo czegoś brakowało do pełni szczęści, może trochę skoku, może geometria nie ten teges. Przy Ripmo nie ma już żadnego ale – to jest to! Co prawda niska rama oznacza przy moich długich szkitach wysoką sztycę, ale w myk mykach 170mm+ można już wybierać więc będzie dobrze.

knurswiny knurświny ibis ripmo recenzja review bike check test stanik fotografia

Foty z jazdy dzięki Krzysztof Stanik Fotografia

Rozmiary jeźdźców

Masko:

Wzrost: 171cm
Długość nóg: 75 cm (od prostaty do ziemi)
Długość tułowia: 52 cm (od biodra do obojczyka)
Długość rąk: 64 cm (od pachy do końca fakera)
Masa: 65 kg

Rudy:

Wzrost: 172 cm
Długość nóg:  87cm (od prostaty do ziemi)
Długość tułowia: 46 cm (od biodra do obojczyka)
Długość rąk:  75 cm (od pachy do końca fakera)
Masa: 79 kg

Słowik:

Wzrost: 186 cm
Długość nóg:  86cm (od prostaty do ziemi)
Długość tułowia: 50 cm (od biodra do obojczyka)
Długość rąk:  73 cm (od pachy do końca fakera)
Masa: 84 kg

Malaga – Benalmadena – przewodnik

Pojeździliśmy w okolicach Malagi. Bez zbytniego smęcenia wrzucamy syntetyczy opis miejscówki.

Pojechaliśmy tam pierwszy raz w 2017, szukając czegoś nowego. Ileż można jeździć do Finale czy San Remo. Okazało się, że jest to dobry strzał. Poza tym chodziło o znalezienie miejscówki z pewną pogodą na zimę i takiej gdzie będzie się dobrze robić podjazdy z buta, ale na miejscu będzie wyciąg albo shuttle jeśli byśmy spiździpączkowali.

Miejscówka jest wielka i niewielka. Zależy jak do tego podejdziemy. Okolice Malagi to same góry i morze. W promieniu 30km jest sporo pagórów do 1000mnpm  i Sierra Nevada około 150km dalej. Po drodze mamy jeszcze El Chorro i rejony, które znają lokalsi.

W każdym razie jeśli chcecie się zabunkrować na tydzień, wyjeżdżać z domu i po 15-40minutach podjazdu zaliczać pierwszy zjazd, to okolice Malagi są dobrym miejscm. Zjazdy tam są łatwo dostępne i skupione w jednym miejscu. Jest ich tyle, że przez tydzień nie będziecie się nudzić. Benalmadena jest dostępna pociągiem z lotniska w Maladze i jest to no brainer, natomiast do Alhaurin trzeba klepać taxi. Opiszemy plusy i minusy obu potem.

Tuż przy Maladze jest rejon, Montes de Malaga. Miejscówka z kosmosu. Trasy strasznie techniczne i dające w dupę. Długie. Czasem 900m deniwelacji. Problem w tym, że tak poukrywane i niezinwentaryzowane, że nie macie szans bez lokalnego guida. Jeździliśmy tam jeden dzień z guide – BadFish i chyba byśmy nie dali rady znów powbijać się w ścieżki. Baaaaa na pewno byśmy nie dali.

Opiszemy Wam dwie bazy noclegowe wraz z trasami. Dwie, czyli:

  • Benalmadena
  • Pinos de Alhaurin

Wizualizacja tras w okolicy Malagi i Tikitaki.

Benalmadena:

Dojazd do niej pociągiem trwa 20 min i kosztuje grosze. Do pociągu można się ładować z rowerem na luzie. Bardzo wygodna forma dojazdu. Noclegi mieliśmy od PlanB4All zlokalizowane koło świetnego marketu. Około 40 min podjazdu do początku tras zjazdowych. Nie bez znaczenia jest fakt, że po skończonym dniu zjeżdżamy do apartamentu. Zero podjazdu 🙂

Do tras dojeżdżamy dwoma podjazdami. Długim i krótkim. 40 min i 1,5h. Oba łagodne i asfaltowe. Krótki – fioletowy na mapie powyżej prowadzi do licznych, krótszych tras – głównie tam jeździliśmy. Długi – niebieski prowadzący do długich i brutalnych tras, jak 9-11.

W Benalmadena jest też kolej gondolowa, która może wynieść Was na szczyt za 13 euro. My z niej korzystaliśmy jak byliśmy zarżnięci i musieliśmy wrócić do Alhaurin.

Minusem Benalmadeny, jak przystało na lokacje nad morzem są ceny noclegów i to, że mamy tylko apartamenty nie domy. Jednak jeśli jedzie Was 2-4 jest to spoko opcja. Jendak jeśli jedziecie w 5-10 os lepiej wybrać Alhaurin lub Pinos i dom z basenem 🙂

Do dyspozycji jest oczywiście także duży basen społeczny.

Alhaurin i Pinos de Alhaurin

Mega urocze miasteczka po drugiej stronie masywu. Brak dostępu do morza czyni te miejscowości mniej popularnymi turystycznie. Ma to same plusy. Mniej ludzi, brak dziesięciopiętrowych bloków na plażową stonkę turystyczną, niższe ceny, domy do wynajęcia. My płaciliśmy 900 euro za chałupę 400m2 z wielkim ogrodem i basenem. Kosmos !! No i bliżej jest do pierwszych zjazdów. Minus to konieczność dojazdu taksówką z lotniska oraz to, że jeśli chcemy wjechać na grzbiet z którego startuje większość tras musimy podjeżdżać wyżej niż z Benalmadeny. Druga połowa podjazdu daje więcej w dupę z racji nierównego terenu. Z Benalmadeny mamy na szczyt asfalt, tu szutrówkę a potem dziurawą szutrówkę. Minusem jest to, że sensowne noclegi są wysoko (dobrze bo bliżej startu tras). Cena jaką za to płacimy to duża odległość do supermarketu. My mieliśmy 20min rowerem ze względu na 150m w pionie. Nie płaczcie. Jeśli jedziecie do Pinos to pewnie po to aby wynająć chatę. Czyli jest Was kilka osób. Wynajem auta to 60-100PLN dzień. Wypożyczcie sobie jakiegoś Citroena C1 jako auto na zakupy i git.

My po raz trzeci wybralibyśmy właśnie Pinos.

Rudy w czapce piramidce.

Ceny:

45 euro – jeden dzien z guide i shuttle np. BadFish Kolesie wymiatają. Swietnie tez trenują.

500 euro – 5 dni z guidingiem, shuttlem i spaniem z Bad Fish. Jazda po najlepszych miejscówkach w okolicy. Benalmadena, Mijas, El Chorro, Montes de Malaga, Gibraltar, Sierra Nevada

120 euro – nocleg w mieszkaniu w Benalmadena Cena za tydzień, chałupka okolo 60m2 dla 4-5os. Szukajcie bliżej góry niż nad morzem.

1000 eur – 5 dni z guidemn ze Switchbacks. Dla zamożniejszych ale warto bo jest żarcie i kapitalnie wyposażony warsztat – tak, że serwis by się nie powstydził. W dodatku jak coś rozdupczycie w rowerze to na noc przyjdzie lokalny mechanik i naprawi za grosze.

900 eur – dom 400m2 z basenem max 14 os (8 idealnie) za 9 dni w Pinos de Alhaurin

10 euro – kilogram świeżych krewetek w markecie

2 euro – wino, 7 euro crianza z Riohy

90 – 300 PLN – Ryanair z Krakowa lub Wro do Malagi (zależy jak późno klepiecie)

100 euro – autobus z przyczepka w obie strony z lotniska do Pinos de Alhaurin. My używaliśmy wyszukiwarki z Suntransfers

570 PLN – bilet w RyanAir za rower w dwie strony (musicie doliczyć do ceny biletu za człowieka 🙁  )

3000 – 4000 PLN – total cost z jazdą autem dla 2 os z Wro do Krk, lotami, 2 dniami guide, żarciem i ubezpieczeniem. W hintach opiszemy na co to poszło.

Wnoszenie gratis.

Hinty:

Ubezpieczenie – Rower ubezpieczony jest w RyanAir na absolutnie śmieszne kwoty. 400 albo 800 eur. Nie starczy na klocki 🙂 Ubezpieczenia sportowe tez nie za bardzo ubezpieczają sprzęt. Za to już zwykłe podróżne i owszem. Najwyższy wariant w Elvia do 5 tys eur. Co my więc robimy. Kupujemy ubezpieczenie podrożne na doby w których lecimy (w te dni i tak się nie jeździ) a na dni w które jeździmy kupujemy sportowe. W ten sposób jesteście kryci i Wy i rower 🙂

Bagaż i torby na rower – chyba wyczerpaliśmy temat tutaj Latanie z rowerem.

Total cost 3k-4k -za pierwszym razem wydalimy 3k za drugim 4k PLN. W obu przypadkach gotowalismy sami, raczej na wypasie, owoce morza codziennie, wino w okolicy 5-10 eur. W obu wyjazdach jeździliśmy z guide. Za drugim razem jednak żarliśmy prawie codziennie w mieście i piliśmy więcej. Troszkę cenę podbił samochód na dojazdy do sklepu.

Łatwe zakupy – No właśnie. W Benalmadenie znajdźcie nocleg koło supermarketu – my tak mieliśmy. 300m od stacji kolejki linowej. W Pinos dobrze mieć furę aby jeździć po zakupy bo czasem jest daleko. Jeśli jest Was kilku to koszt będzie śmieszny. Fura to około 100PLN doba.

Szpitale – Jak coś się stanie – jedźcie od razu do Malagi. W lokalnych szpitalach potrafi nie być RTG 🙂 Aha i oni wolą dużo bardziej leczyć na Karte EKUZ niż na komercyjne ubezpieczenie. Miejcie więc ją przy sobie.

W szpitalu może być całkiem fajnie ale zdecydowanie fajniej jest na trasach.

Trasy

Typowe sróziemnomorskie klimaty. Wąskie single, często trawersujące. techniczne agrafki. Czasem trafi sie jakiś drop. Wiekszość kamieni związana z podłożem. Ciekawostką są miejsca mega piaszczyste w dodatku się wijące. Można tam kapitalnie motać dupskiem. Nie raz nie dwa ten piach jest na agrafkach. Trasy raczej bez hardcore. Znaczy ze każdy przecietny jeździec będzie miał fun i nie będzie ryć sobie dyńki. Wiadomo – jak się przyspieszy to poziom trudności rośnie i jest się gdzie rozwalić.

Trzeba przyznać, że lokalesi kopią sporo i nie raz nie dwa można znaleźć jakieś double. Dobrze za pierwszym razem nie walić wszystkiego w ciemno bo można się zdziwić, że czasem trzeba kawałek przelecieć.  Zasadniczo polecamy miejscówkę każdemu kto jeździ z rok.Postaraliśmy się zinwentaryzować dla Was trasy. Dla każdej, którą jechaliśmy zmontowaliśmy ślad na trailforks. Dla sporej części z nich, wrzucamy filmy z przejazdów. Rejon podzieliliśmy na razie na 3:

  • Benalmadena
  • Pinos de Alhaurin
  • Cerro del Moro

Jeśli na naszej drodze pojawi się nieoczekiwanie kamień, możemy po nim przejechać.

Trasy w Benalmadena:

Mamy XX tras zjazdowych. Wszystkie z widokiem na morze w oddali. Widokowo absolutny kosmos. Część z nich eksponowana i nie warta glebienia. Osoby początkujące mogą się lekko spocić, ale przeżyją. Jadąc z góry na dół mamy około 400m deniwelacji. Niektóre trasy kończą się na asfalcie i może Wam się wydawać że to koniec ale to nie prawda. Od 1/3 wysokości podjazdu asfaltowego wzdłuż drogi idzie singiel, który raz po raz ją przecina. Jest on mega urozmaicony i musicie patrzeć, ponieważ nie ma go na Trailforks. Jest na nim wszystko. Syte dropy, double, rock gardeny. Wszystkie trudne sekcje można ominąć, ale nie walcie w ciemno bo można się zdziwić.

Canada del Lobo

Trasa szybka na początku z dużymi konsekwencjami przy glebie – albo strome zbocze albo kaktusy. Sporo trudnych agrafek. Jedziemy singlem z widokiem na morze. Spora ekspozycja. W miarę gładko, tylko czasem można wydupić pedałem w coś z boku a tego nie chcecie. Dolna część to wykopany w lesie stromy, ciasno kręty flowowaty singiel. Dochodzi do asfaltowej podjazdówki.

Cañada del Lobo on Trailforks.com



Arenosa.

Arenosa ma dwa skrajnie różne początki. Jeden to stroma piaszczysta szybka rynna gdzie pięknie rzuca dupeczką, drugi to singiel z afrafkami. Schodzą się w 2/3 długości. Dolna wspólna i najdłuższa część prowadzi piaszczystym wąwozem serwujących nam dropiki co 100m. Każdy z nich ma nie więcej niż 1m i można walić je w ciemno.

Arenosa upper right on Trailforks.com



Arenosa upper left on Trailforks.com



Arenosa lower on Trailforks.com



Rocosa

Najtrudniejsza trasa po tej stronie. Kręto, kamienie, czasem zdradliwie. Nie jest stromo.  Podłoże tnące opony, że aż miło. Zdecydowanie nasza ulubiona. Do tego dojeżdża dość wysoko na asfaltowy podjazd. Można walić nim do góry albo jechać wzdłuż niego singlem z hopami wykopanym przez lokalesów. Dojazd do niej wprost z przęłęczy szlakiem dla turystów. Dojazd jest szybki i z górki.

Rocosa on Trailforks.com



Hasta Ermitia

Prosty, szybki singiel trawersujący zbocze. Żadnych zakrętów i trudności, za to widoki fpytkę. Dobry dla kobiet w ciąży i starców, ale używany do dojazdu do Rocosa opisanego powyżej.

R1 hasta Ermita on Trailforks.com




Ermitia Nueva

Przyjemny zjazd prostymi agrafkami do początku podjazdów. Dreszczyk emocji dla początkujących którzy pojechali Hasta Ermitia. Ciekawe urozmaicenie dla tych, którzy napylają w drugiej części masywu.

Ermita Nueva on Trailforks.com



A ja jestem, proszę Pana na zakręcie.

Trasy w Pinos de Alhaurin:

Ciekawa miejscowość z ukrytymi singlami. Trasy mają tu zupełnie inny charakter niż w Benalmadena. Podjazd z dołu też solidnie daje w dupę. Z miasteczka macie 600m w pionie dymania. Pierwsze 300m idzie szybko. Mamy tu asfalt i to z urozmaiconymi widokami. Głównie na absolutnie wyjebiaszczo wielki kamieniołom, robiący wrażenie. Po 300m wysokości asfalt przechodzi w kamienista szutrówkę która się robi coraz bardziej stroma. Nie pornograficznie, ale ten podjazd czuć w nogach. Trasy zjazdowe są 3 po tej stronie i kilka niezinwentaryzowanych dzikusów. Arroyo Balquilo to ciekawa opcja aby nie zjeżdzać z przełęczy w dół owym szutrem. Podjeżdżać specjalnie dla niej nie ma sensu. Za to DH Cantera Alhaurin (zwane też happy days) i Ta to paga’o. to petarda,  na maxa. Na trailforks nanieśliśmy dojazdowy singiel z górnej części miasta pozwalający nie zjeżdżać do samego dołu. Wymaga on trochę wpychania, ale jest wart bo wyprowadza nas wprost na Ta to paga’o.

Ta to paga’o

Trasa idzie wąwozem, między dwoma grzbietami. Górna część to flow z dropikami. Jedzie się szybko, trzeba dokręcać. Nie jakoś dużo. Dokręcanie nie odbiera radości z jazdy. W dolnej części, progów jest więcej i pojawiają się rockgardeny. O ile góra to rzedki las iglasty to na dole pojawiają się zarośla, robi się dżunglowato. Nie do konca prosto jest się wbić w początek trasy. Namalowaliśmy na TrailForks jak tam dotrzeć, niestety trzeba troszkę wypchać. Ciekawe jest to, że startujemy z widokiem na dupny kamieniołom. Więc z widoku księżycowego wjeżdżamy w las. Trasa jest prosta i nawet początkujący mogą nią jechać. Z każdego z progów da się zjechać.

Ta to pa na to.

Ta to paga’o on Trailforks.com




DH Cantera Alhaurin (vel Happy Days)

Lokalny klasyk. Każdy kto był w Maladze ma tam zdjęcie. Zazwyczaj na hopie w środku trasy. Wariantów początku jest kilka. Idźcie skrajem drogi asfaltowej z której to startuje i szukajcie ich. Są trzy początki, rozciągnięte na odcinku 500m drogi. Nie zgadzamy się z Trail Forks, że jest to łatwa trasa. Nawet początkujący dadzą radę się nią zwieźć, to fakt. Jednak są miejsca w których gleba przy już średniej prędkości może skończyć się grubo. Główny wariant  zaczyna się stromym wijącym singlem z progami. Trzeba tu sie trochę napocić aby przejechać to płynnie. Potem sekcja z dropo / progami (zjeżdżalne) – niektóre po 1,5m i hopami. Po drodze mamy kilka stromych zjazdów i podjazdów. Uważajcie na nie – zjazdy to takie 3-7m scianki. Trasa kończy się labiryntem wariantów wśród skałek. Bez wątpienia jedna z najbardziej urozmaiconych tras w regionie. Co istotne, wjazd i zjazd, robione z buta zajmują 20 min. Podjazd jest na maxa luźny i przyjemny. Zdarzało nam się dymać, góra – dół przez pół dnia.

DH Cantera Alhaurin on Trailforks.com




Zdecydowanie Happy.

Arroyo Blanquillo

Malownicze i ciekawe miejsce. Biało, jasno. Poziom trudności taki sobie. Warto pojechać raz by obejrzeć stary kamieniołom którym sie trasa zaczyna, porobić foty. Idzie ona wzdłuż podjazdu na przełęcz. I to jest ważne, ponieważ zjeżdżając z przełęczy podczas powrotu z Benalmadeny warto w nią się wbić by nie tracić bez sensu wysokości. Po sekcji z kamieniołomem, lecicie szerokim singlem, przechodzącym w dukt leśny. Na dole krzyżujecie się z Happy Days i wylatujecie na jej końcu.

Arroyo Blanquillo on Trailforks.com


Trasy z Cerro del Moro

Góra nad Benalmadeną. Trasy tu są skrajnie inne, podobnie jak dotarcie do nich. Do ich początku możecie dotrzeć z górnej Benalmadeny kręcąc sporo asfaltem, albo z przełęczy i początku wszystkich tras Benalmadeńskich. Ta druga opcja może się wydawać kusząca Jeśli popatrzycie na niewielką odległość na mapie. To jest mylące. Z przełęczy macie 2-3 h dymania. Podjazdów, wpychów, wnoszenia. Widoki są piękne i zmienne. Warto to podejście zrobić, ale dla mniej wprawionych może z tego wyjść całodniowa wycieczka. Warto! Podjazd asfaltem jest po prostu długi i nudny. Klimaty jak asfalty w Świeradowie.

Team Ride!

9-11

Ja nie wiem jak to opisać. Inaczej niż “Siewca rozkurwu” – się nie da. Trudna, długa, brutalna. Ma 740m deniwelacji i nie daje odpocząć. Jest tu absolutnie wszystko. Małe lecz psychiczne dropy, stromizny, agrafki, korzenie, omijanie drzew, rockgardeny które zagotują każdy zawias, rockgardeny w wąwozie, takie że można zawadzić pedałem . Początkujący niech odpuszczą bo zdechną. Średni do zaawansowanych niech walą jak w dym bo to trzeba przeżyć. I nie róbcie jej na początek dnia jako pierwszą nierozgrzani bo Was zeszmaci 🙂

9-11 on Trailforks.com



R-3

Podobnie długa ale dużo prostsza niż 9-11. Również ma wszystko ale dużo prostsze. Początkujący mogą się pokusić. Przeżyjecie a pewnie będzie się wam podobało. Możecie się do niej dostać jadąc 9-11 ale też idąc z przełęczy między Pinos i Benalmadena. W zasadzie jest sens zaczynać ją jadąc z przełęczy bo do jej początku dojście / dojazd jest latwy. Dopiero od niej zaczyna sie hardcorowe podejście na 9-11.

R3 on Trailforks.com



Nagroda

Gratuluje udało Ci się dobrnąć do końca tego opasłego artykułu. W nagrodę filmik z pierwszego wyjazdu.

Malaga Flow from homofaber on Vimeo.

 

Rose Pikes Peak EN 3

Rose wypuszczając Pikles Peak na rynek stworzył dwie wersje: AM i EN, czyli w zasadzie trail i enduro. Różnią się od siebie głównie długością skoku ramy. AM to 150mm, EN to 165. Tu skupimy się na wersji Enduro czyli 165mm

Dostaliśmy do testów ów rower o zmiennej geometrii na wyjazd do Malagi. Plan obejmował 8 dni jazdy z buta i 1 dzień shuttle. W tym czasie rower codziennie przejeżdżał  1500-1900m  w pionie. W dniu shuttlowym zrobiliśmy 5000m zjazdów. Był chyba w każdym terenie, podjeżdżał asfalty, szutry, single, po pornografię rodem z XC. Można się pokusić o stwierdzenie, że potestowaliśmy go dokładnie 🙂

First impression

Czekaliśmy na ten rower naprawdę długo. Zawsze ciekawe jest jaki będzie rezultat, kiedy wiemy, że ktoś, biorąc pod uwagę zdobyte doświadczenia, tworzy coś na nowo. Tak było z Mercedesem i klasą A, tak było z YT i Caprą. No więc jak sprawa będzie miała się tutaj?

Rose ma potężne doświadczenie w produkcji ram karbonowych pochodzące z kolarek. Od kilku lat produkuje fulle do enduro i rowery grawitacyjne. Współpracuje z takimi gośćmi jak Jakob Vencl (zbieżność nazwisk z jednym z nas przypadkowa zupełnie J). Oceńmy rezultat tej współpracy.

Co ciekawe, Rose wypuszczając produkt na rynek stworzył dwie wersje: AM i EN, czyli w zasadzie trail i enduro. Różnią się od siebie głównie długością skoku ramy. AM to 150mm, EN to 165. Masa rowerów zależy od komponentów w konfiguracji, ale zazwyczaj wybierając sety z podobnej półki AM jest o 1kg lżejszy niż EN. Wynika to z użytych komponentów typowo All Mountain, jak Fox 34 (AM) vs. 36 (EN) itd.  Pikes Peak AM mieliśmy okazję ujeżdżać kilka miesięcy temu: TU.

Pierwsze wrażenie dotyczące L-ki, którą dostaliśmy to, że duży to rower. Trochę tak jakby poprosić Pudziana o przybranie pozycji kolankowo – łokciowej i go dosiąść. Siadając na miednicy i łapiąc włosy w szeroko rozstawionych pachach. Muskularna rama, kiera 800 mm, dość długi reach (482/472 w zależności od ustawienia PROGEO) oraz opony 2,4 dają takie poczucie. Nie utrzymuje się ono zbyt długo. Wystarczy go podnieść – waga pokazuje 13,2kg. No naprawdę dobrze jak na taką lochę. Bierzcie pod uwagę, że jeszcze mamy system zmiany geometrii i charakterystyki zawieszenia – progeo. Mój Ibis mający 150mm skoku waży tyle samo. Ciekawe jak to będzie podjeżdżać. Posadzenie dupy celem pobujania się pokazuje pluszowość i przyjemną miękkość.

Rose przyzwyczaił nas do tego, że wykonanie ich ram to zazwyczaj jakościowy kosmos. Tak jest też w tym przypadku. Otwory przewodów, mocowanie haka, węzły są po prostu ładne i dokładne. Faktura ramy jest jednorodna. Na tyle, że rower pokryty jest lakierem bezbarwnym prezentującym nam to co jest pod spodem. To już nie są czasy, gdzie widzimy tkaninę kevlarową, lecz drobne struktury. Jednym się to podobało innym nie. Jedno jest pewne: tuzy w rowerówce mogłyby się od nich uczyć. Nic nie wkurza mnie tak jak frameset za 15-20k wykończony po chamsku. Tu tego zjawiska nie znajdziemy ani trochę.

Komponenty

Wersja, którą dostaliśmy to wersja jubilerska. W katalogu Rose nazywa się 3 EN i zawiera praktycznie topowe komponenty. Kupując rower na stronie Rose, w konfiguratorze można przenieść się na poziom Onanista plus wybierając np. złotą kasetę Sram XG1295, ale to już są opcje dla tych co lubią dotykać roweru z zamkniętymi oczami. My dotykać wolimy cycki a na rowerach jeździmy. W każdym razie, w konfiguracji EN3 nie ma się do czego dopieprzyć. Mamy wykashimowanego Foxa 36 Float FIT RC2 z przodu i X2 z tyłu. Co może być węglowe – jest węglowe. Kiera to Race Face Atlas, korby Truvativ Descendant. Napęd to pełne Eagle X01. Zazwyczaj w takich konfiguracjach jest jakiś element oszczędnościowy jak kaseta czy piasty. Noooo to popatrzmy. Koła to DT EX 1501, hmmm obręcze szerokości wew. 30mm i piasty DT240. Nie wiem jak Wam, ale mi się robi twardo. Nie widzę tu żadnych oszczędności, a wręcz przeciwnie: Jedziemy na grubo.

Baliśmy się, że skrzywdzimy te koła. Saute ważę 85 kg i przez 9 dni jazdy nie zrobiłem im krzywdy. To jest ewenement.

Cały kokpit jest mega przyjemny. Kiera leży w rękach idealnie. Pełny SRAM robi robotę. Dzięki matchmakerom kokpit jest czysty. No i w końcu reverb ma manetkę zbliżoną do dźwigni przerzutki zamiast idiotycznego guzika. Pewnie dalej nie działa na mrozie, ale co tam. No właśnie. Jak byśmy mieli się dopieprzyć do czegoś to:

  • Reverb. Nie kochamy ich, bo tak sobie działają na mrozie,
  • Brak gumek chroniących karbonowe korby.
  • Cienkie gripy. Jak zwykle zresztą. Rozmiar L i XL a gripy jak dla dziecka idącego do komunii.

No ale bądźmy szczerzy. Gripy i gumki to pierdoła a Reverb to rzecz subiektywna. Są tacy co go kochają, tak jak my Bike Yoke.

Aaaa no gumy. Opony Shwalbe. Magic Marry z przodu to czad, ale Hans Dampf z tyłu to kupa w majtach. Drugiego dnia jazdy, po 4 rozcięciach poszedł tam Minion DHF i do końca wyjazdu był spokój. Konfigurator pozwala Wam wybrać Miniony, wiec luzik!

Technologia

Co tu dużo pisać. PROGEO. Rose wprowadził do swoich ram ficzer który jest kontrowersyjny. Przy osi suportu mamy pokrętło które pozwala przestawić rower w jeden z 4 trybów pracy. Nie będziemy pisać o ile stopni który tryb zmienia rower, bo nie było to dla nas istotne. Cholernie ważne natomiast było, jak rower zachowuje się na szlaku.

Każdy z trybów charakteryzuje się inną progresją pracy zawieszenia oraz modyfikacjami geometrii. My używaliśmy często dwóch skrajnych ustawień. Zjazdowego i podjazdowego. Pozostałe mogłyby dla nas nie istnieć. Na forach rozgorzało sporo dyskusji czy to ma sens czy nie. Często opierających się poczytaniu specyfikacji. Dla nas ficzer jest czadowy. Po oswojeniu się z nim i odpowiednim rozkminieniu kolejności działań, przestawienie nie zajmuje więcej niż 30 sek – 1 min.

Nie ma ono sensu przy jazdach interwałowych. Przed małymi podjazdami tego nie przestawicie, bo potrzebujecie imbus 6 i zejść z roweru. Jeśli macie przed sobą ze 30 min podjazdu to warto to zrobić. No i tyle.

Jeśli ktoś ma kopyto to tryby mu nie potrzebne. Jeśli przejechanie dla Was 2000m dziennie w pionie to luz, wtedy ów system jest przyjemnym luksusikiem. Większość znanych nam jeźdźców truchleje słysząc, że zrobimy dziennie 1500m. Takie osoby będą chciały spędzić te 30 sek na dole na przestawienie na tryb podjazdowy i 30 sek na górze. W takich sytuacjach każdy benefit się liczy i jest nam milej, gdy rower nagle choć trochę lepiej podjeżdża a potem zjeżdża. Nie oszukujmy się. Zmiany nie są drastyczne, ale są odczuwalne.

Po wyborze odpowiedniego trybu, przy podjeździe rower chętniej i żwawiej pnie się pod górę, a przy zjazdach klei się do ziemi jak dziki.

Sama konstrukcja jest prosta. Sprowadza się do dużej śruby mimośrodowej i nie powinna się psuć. Ciekaw jestem czy Rose zrobi taki upgrade, aby nie trzeba było używać imbusa 6. To już by była petarda.

Należy wspomnieć, że zawiecha to znany i lubiany 4 zawias z Horstem.

Jazda

Zajebista. Serio. Naprawdę dobrze nam się jeździło. W pigułce, dobrze to podjeżdża, dobrze zjeżdża. Zasadniczo świetny rower, na świetnym osprzęcie.

Jeździliśmy w miejscu, w którym zjazdy były ciągłe, nieprzerwane podjazdami a podjazdy szutrowe i długie. Każdy zjazd to minimum 400m w pionie, podobnie podjazd. Było wszystko: flow, ciasne agrafki, rockgardeny, brutalne strome kamieniste zjazdy zwane rozpierdolkami.

Zjazdy

Noooo połyka je. Lubi pochylanie i szybka jazdę. Przy ustawieniu do zjazdów, czyli małej progresji zawiechy i spłaszczeniu kątów, zaczyna kosmicznie kleić się do gleby. Fox pięknie zabezpiecza, bo przed dobijaniem, SAG się zwiększa. Powoduje to wybieranie liści. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że suport idzie lekko w dół, co w połączeniu z niewielką progresją powoduje że łatwo zarypać pedałami o glebę. Nic w tym strasznego, wystarczy uważnie pracować nogami i jest ok. Za to pochylanie go w zakrętach jest bajecznie proste. Ten rower się o to prosi i to umożliwia.  Przy szybkiej jeździe, pomimo swoich rozmiarów i postury wkręca się w zakręty jak dziki, czasem zarzucając dupką niczym Beyonce po porcji Habanerro. Zapomnijcie tylko o skręcaniu kierownica. Trzeba pochylać. Koniec kropka. Ścianki i dropy pokonuje na luzie i prosi o więcej. Foxy i 165mm powodują, że rączki po zjazdach są zadowolone.

Podjazdy

Tu najbardziej czuć różnice ustawień PROGEO. W ustawieniu zjazdowym, da się podjeżdżać, jednak rower się klei, zapomnijcie o wstawaniu. Generalnie jest on ospały. Głównie za sprawą małej progresji. W tym ustawieniu lepiej wbić młynek i mielić. Da się oczywiście tak podjeżdżać i dużo tak podjeżdżałem. Czujemy się wtedy jak byśmy podjeżdżali na każdym enduro / superenduro. Ale od czego mamy ficzer. Przełączamy kręciołę i rower zmienia się praktycznie w AM. Zawiecha staje się progresywna, pozycja bardziej XC. Jest fajniej. Nawet czasem przychodzi do głowy pomysł: „A może by tak przypieprzyć na stojaka”. Rower podjeżdża prawie jak mój Ibis, który uchodzi za wzór w tej klasie. Myślę więc, że progeo jest git.

Skok roweru i jego przeznaczenie czuć na mega stromych, technicznych i pornograficznych podjazdach. Mało kto się do nich przystawia, jak ktoś to lubi, to niech wie, że będzie trudniej niż na rowerze AM i PROGEO tu nie pomoże.

Podsumowanie

Fajny rower za fajną cenę. Wersję EN można kupić już za 3400 euro. Topowa – testowana przez nas to wydatek 4800 euro. I w jednym i drugim przypadku to, co dostajemy za tę cenę to kosmos. Najtańsza daje nam Lyrika RC, napęd to Deore SLX, XT. O najwyższej właśnie przeczytałaś/przeczytałeś. Ciężko na rynku znaleźć tak jeżdżący karbon, z takim osprzętem, w tej cenie. Gdybym się nie połamał i wyłączył na kilka miesięcy, to bym go odkupił.

Plusy:

  • osprzęt
  • progeo
  • masa w stosunku do skoku
  • jakość wykonania
  • możliwość konfiguracji w kreatorze na stronie
  • to, jak on jeździ 🙂

 

Minusy:

  • progeo trzeba się nauczyć ustawiać by robić to szybko – nauczyłem się tego w 10min
  • brak gumek na korby
  • cienkie gripy
  • tylna opona

O jeźdźcu

Rozmiary Królika

  • Wzrost: 186 cm
  • Długość nóg: 91 cm (od prostaty do ziemi) – nienaturalnie długie
  • Długość tułowia: 50 cm (od biodra do obojczyka)
  • Długość rąk: 79 cm (od pachy do końca fakera)
  • Masa: 87 kg

Wojciech Królikowski

Teoretyczne rozpoczęcie sezonu – zapowiedź

Nowy rok i nowy sezon zmuszają nas poniekąd do jego (przynajmniej) teoretycznego rozpoczęcia…

Zapraszamy na teoretyczne rozpoczęcie sezonu! Tym razem większe niż zakończenie.

Przypominamy również, że udział w zlocie jest całkowicie bezpłatny. Jeżeli nie potrzebujecie noclegów, wpadnijcie pojeździć. Nie ma żadnych opasek, czepków, doczepianych pejsów czy sztucznych stulejek dla osób kupujących pakiety. Wszystkimi zajmiemy się z knurświńską troskliwością.

Poprzedni sezon hipotetycznie się zakończył, choć doskonale wiemy, że nie do końca, ponieważ nikt z Nas (i Was) nie przestał jeździć.

Nowy rok i nowy sezon zmuszają nas poniekąd do jego (przynajmniej) teoretycznego rozpoczęcia, aby potem można było go znowu hipotetycznie zamknąć. Jako że to marzec to gwarantujemy, że temperatury będą w zakresie od -10 do +20 stopni, opady mogą wystąpić lub też nie, pewnikiem natomiast jest, że prawdopodobnie nie będzie już śniegu, no chyba, że akurat będzie. Jak zwykle przewieziemy was po najciekawszych Ślężańskich i Raduńskich trasach! Nie zabraknie znanych i lubianych: Dolce Vita, Chrum, Świnkołaj, Gangster, Świerkowy i nie tylko!

Tym razem zarezerwujcie sobie 2 dni, a nawet 2 i pół, ponieważ tyle potrwa zlot i daje to podwójną szansę na lepszą pogodę… teoretycznie.

O miejscówce:

W pigułce – 20km ścieżek zjazdowych i 2500m deniwelacji.

Więcej o trasach możecie poczytać tutaj: Trasy w masywie Ślęży i Raduni

Dostaniecie na miejscu mapkę rejonu i dodatkowo oprowadzimy Was po nim !!

Noclegi:

Tym razem zachęcamy was do wykupienia pakietów zawierających noclegi i paśniki oraz do zanabycia unikalnych Knurświńskich koszulek, które powstały specjalnie na ten event!

Link do pakietów noclegowych:

http://knurswiny.pl/zlot/

Atrakcje:

Rowery testowe i demo days:

  • Canyon
  • Kross
  • Rose
  • Inne firmy dogrywamy ale będzie kilka

Wyznaczymy Wam trasy testowe, abyście godnie sprawdzali pożyczone sprzęty.

Wichu workshop ustawi Wam zawiechę przy pomocy Shock Wizza w promocyjnej cenie.

Wieczorne pogadanki:

Rafał Rogowski – przebieg urazów sportowych i rola fizjoterapii w przyspieszaniu rekonwalescencji.
Jeszcze kilka innych które dogrywamy a będą mocne !! 🙂

Plan jest następujący:

Piątek

Wieczorne ognisko dla przybyłych dzień wcześniej, którzy sobotę chcą celebrować od samego rana i być już z nami w nocy, co samo w sobie stanowi atrakcję.

Sobota

8:00 Śniadanie
9:30 zbiórka na przełęczy Tąpadła
10:00 start wycieczek
10:00  10:20 zapisy na zawody dla dzieci
10:30  12:00 zawody dla dzieci
Zmęczenie i głód
Szybka szamka w Jaga Bar
Pogłębienie zmęczenia i głodu kolejnymi jazdami na tym drogim ustrojstwie
17:00  18:00 obiadokolacja
18:30  Pogadanki i prelekcje
19:30 wspólny wieczorek dencigowozapoznawczy w miłej i sympatycznej atmosferze
Smarowanie klamek pastą do zębów
Sen (lub też nie).

Niedziela

Śniadanie
9.30 zbiórka na przełęczy Tąpadła
10:00 msza rowerowa na szczycie Raduni, objawiająca się zjazdem w dół i złożeniem w ofierze kilku dętek.
Jeżdżing
Oficjalne przemowy, pożegnania i łzy wzruszenia

Zapraszamy!