Enduro (nie) dla wszystkich

Malejąca frekwencja na zawodach bardzo nas niepokoi, nie jest bowiem tajemnicą, że lubimy tego typu wydarzenia…

Żółknące liście skłaniają nas do refleksji nad przyszłością naszą, naszej planety, naszego kraju, naszej klasy a także kolejnego sezonu konkursów rowerowych typu enduro. Malejąca frekwencja na zawodach bardzo nas niepokoi, nie jest bowiem tajemnicą, że lubimy tego typu wydarzenia i są one nieodłącznym elementem naszego rowerowego jestestwa. Na arenie organizatorów zostało kilku graczy. Nowi nie przybywają, a istniejącym przestaje się zgadzać tabelka. Światła reflektorów najbardziej skierowane są Enduro MTB Series, którzy kilka lat temu formułą on-sight zdobyli serca rzeszy śmiałków i organizują najwięcej wyścigów w sezonie. Jedna z pierwszych edycji posiadała na liście startowej prawie tyle nazwisk co populacja miasta Opatowiec w powiecie Kazimierskim (czyli ok 300 osób).

Ostatnie zawody tego lata rozegrane w Srebrnej Górze zanotowały 140 zapisanych członków (łącznie z tymi członkami bez członków). Sens organizowania wydarzenia dla takiej małej grupy staje się wątpliwy, zwłaszcza że niezależnie od liczby startujących nakład pracy i środków jest bardzo duży. 

Masz 30 na karku, dzieci i kredyt dlatego boisz się wystartować? Ona też. Do tego ma cohones (hipotetyczne). Fot. Krzysztof Stanik

Ciężko stwierdzić co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, rowery za worek piniędzy już spowszedniały i nikogo nie dziwi Santa w cygańskim złocie, także na pewno nie jest to kwestia dostępności sprzętu. Poziom trudności tras w stosunku do tego co serwowało nam EMTB znacznie nie wzrósł (a za sprawą formuły on-sight raczej stopniał). Świadomość ludzi czym jest enduro jest dużo większa od tej sprzed chociażby 6 lat. 

Na drugim co do popularności (zaraz po Roksie) wśród endurowej braci portalu internetowym 1enduro możemy przeczytać w komentarzach (pod wpisem “HAJLAJTSY: ENDURO MTB SERIES SREBRNA GÓRA 2019”), że tym co odstrasza potencjalnych startujących jest wysoki stopień trudności tras. Można godzinami prowadzić dysputy nad tym czym jest enduro a czym nie jest i o ile swoją wycieczkę z banankiem w plecaku możecie nazywać jak chcecie, tak zawody muszą spełniać pewne standardy. Wystarczy popatrzeć na to jak takie zawody wyglądają za granicą (chociażby u naszych południowych kolegów) i odpowiedź przychodzi sama. Ma być w dół i ma być trudno. Wieczór z sąsiadką wysmarowaną nutellą to nie jest interracial date, a interwał na Twisterze to nie jest enduro choćbyś ubrał na siebie wszystkie POCi świata i namalował na twarzy płomienie.

Już niedługo Enduro w Polsce skrojone na miarę naszych potrzeb i umiejętności. Fot. Nie wiem (z internetu).

Owszem, żeby zachęcić nowych poziom trudności musiałby być niższy, no ale bez jej. Czy w amatorskiej lidze piłki nożnej bramki są większe a mecz trwa krócej? Chcecie enduro to jeździjcie enduro. Panuje też mylne przekonanie, że czołówka to ludzie, którzy trenują 8 razy w tygodniu po 16h dziennie i normalnie pracujący człowiek nie ma szans na rywalizację.  Prawdą jest, że czołówka jeździ więcej, jednak z uwagi na fakt, że jako takich zawodowców w tej dziedzinie kolarstwa górskiego brak, wszyscy na codzień borykają się z podobnym problemem – pracą. Jak wiadomo, każda praca hańbi i uwłacza, a przede wszystkim zabiera czas. Myślę, że spokojnie z pierwszych 20-30 osób 80% osób to normalnie pracujący mężowie, ojcowie, kochankowie i dzieci (ślubne bądź nie). To już jest kwestia poustawiania sobie priorytetów i organizacji czasu. Mówię to z perspektywy osoby pracującej minimum 8h dziennie, przygodę ze ściganiem zacząłem mając 29 lat, bez wcześniejszego backgroundu w DH czy nawet XC.  Czas na rower znajduję raz w tygodniu a jak uda się częściej to chwalę Pana. Czołówka dziewczyn objeżdża ponad połowę facetów, a nawet lepiej. W Srebrnej Górze Kasia Burek była 45 w open co oznacza, że zmieściła się w pierwszych 30% stawki. Kolejne dziewczyny na 49 i 51 miejscu (na 130 osób). I to nie one lamentują na poziom trudności. Mam wrażenie, że nie tylko prawdziwych cyganów już nie ma… No niestety, żeby jeździć to trzeba jeździć, znaleźć swoje słabości i nad nimi pracować. Nie upatrywać winy w krótkim reachu czy mało aktualnym kącie główki. Porzucić mrówkojebcze obczajanie tabelek z gejometrią. Istnieje w mojej głowie przekonanie, że chęć posiadania jest teraz znacznie większa niż chęć samodoskonalenia. Sam fakt posiadania roweru nie czyni nikogo “rajderem”. W sporcie chodzi o przełamywanie swoich słabości i “iśce” do przodu, aby brać przykład z lepszych i dążyć do zwiększania swoich umiejętności a nie oczekiwaniu, że ktoś dopasuje poziom trudności zawodów do naszego skilla, żebyśmy mogli zabłysnąć w kategorii “żabki” czy “muchomorki”.

Niektórzy z nas zabawę zaczęli dopiero po 40. fot. Krzysztof Stanik.

Enduro to sport a nie synonim wycieczki z łapaniem kolegi za pupę. W zeszłym roku nie było końca ohom i ahom po Pucharze Bimbru, nawet tytuł enduro award powędrował do organizatora. Serio? To były zawody Enduro? To był towarzyski event z elementem rywalizacji. Jeśli ludzie tak sobie wyobrażają tę konkurencje to trochę smutne. Zdecydowanie wolę, żeby organizator zapewnił mi kilka sytych odcinków z pomiarem czasu niż pochował w lesie dziurkacze w kształcie kaczuszki. 

Czy obniżenie poziomu trudności na zawodach jest dobrym kierunkiem? Przypuszczam, że wątpię. Już teraz często jest za łatwo. Odsetek ludzi, którzy zrezygnują ze startu może być podobny do świeżego narybku, a sama formuła zostanie wypaczona. Skrócić zawodów już się chyba nie da, 4 oesy to absolutne minimum żeby opłacało się wyjść z domu. Nasza teamowa koleżanka Madka (MotherBiker) już dawno skończyła 18lat a mimo to bierze udział w lokalnych zawodach i kończy je bez uszczerbku na zdrowiu. Nie ujmując nic Asi, poziom trudności jest odpowiednio wyważony. Także z całym brakiem szacunku, jeżeli uważacie, że jest za trudno to może powodem jest co innego (i tu z pomocą przychodzą tutoriale na YT: https://www.youtube.com/watch?v=BD0zrTFRLEw). Grawitacyjne odmiany kolarstwa nigdy nie będą dla mas i chyba też to nas w nich kręci, że są wymagające. Czy w każdej niszy trzeba tworzyć przestrzeń dla Janusza i Grażynki? Czy zawody enduro mają stać się parodią jak biegi survivalowe, gdzie korposzczury stoją w kolejce aby przeskoczyć przez oponę i zamoczyć cycki w błocie, a na koniec zrobić sobie selfie z czarnymi paskami pod oczami i dyplomem “za ukończenie”? 

Problemem jak zwykle jest hajs, bo gdyby się zgadzał to organizatorzy nie zastanawialiby się, czy jest sens organizować kolejną edycję, niezależnie czy startowało by 150 czy 500 osób. A hajs na tego typu wydarzenia zwykle jest od sponsorów. Niestety smutna rabatowo-barterowa rzeczywistość, która spotyka “zawodników” dotyka również organizatorów. Zastanawiające jest to, że duże marki rowerowe potrafią wydać naprawdę sporo kasy na imprezy gdzie wąsaci mogą napić się darmowego szampana i pomacać  ̶s̶t̶e̶w̶a̶r̶d̶e̶s̶y̶  nowe modele, a żaden z nich nie chce objąć patronatu nad serią ogólnopolskich zawodów. Za koszt jednej takiej imprezy możnaby oj**ać cały sezon rejsingowy.   

Paweł Pupiń  (Masko Patol)

Artyści od brudnej roboty

Sezon konkursów rowerowego enduro w Polsce dobiegł końca. Tylko nieliczni mogą pochwalić się statuetkami i medalami.

Sezon konkursów rowerowego enduro w Polsce dobiegł końca. Tylko nieliczni mogą pochwalić się statuetkami i medalami. Są też tacy co wzbogacili się o nowe blizny i kawałki szlachetnych metali w ciele. Pozostałej grupie, która stanowi większość tego podwórka pozostają foty z zawodów do strzelania szybkich pamięciówek. A jak się nazywa Pan czy Pani co robi zdjęcia Kochane dzieci? Taaaaaaak, to fotograf 🙂 W nagrodę za dobrą odpowiedź, możecie zlizać bitą śmietanę z kolana Pana prowadzącego… Podobna nagroda przysługuje owym fotografom za ich “dzieło”.

Rywalizacja, skupienie, słońce i kurz. To zdjęcie świetnie sprzedaje “racing day”.  Fot. Krzysztof Stanik

Mówi się, że faceci są wzrokowcami, owszem lubimy zawiesić oko tu i tam. Częściej tam. Ale nie tylko faceci kupują oczami. Zdecydowanie łatwiej jest coś sprzedać gdy zatroszczymy się o dobrą prezentację produktu. Minimalnym minimum jest ostre zdjęcie w dobrym oświetleniu. A jeśli ktoś potrafi zapracować światłem i głębią tak żeby wydobyć detal i skupić wzrok odbiorcy na tym co najistotniejsze to nawet tłuczek do mięsa potrafi na chwilę stać się dziełem sztuki. Do tego potrzebny jest oczywiście dobry sprzęt, ale jeszcze ważniejszy jest warsztat (nie samochodowy), zmysł i oko. Pierwsze można kupić za piniążki, pozostałych już nie.

Po umieszczeniu tej fotografii na Tinderze Peter nie przestaje odbierać telefonów. Już niedługo możemy się spodziewać wysypu przystojnych bombelków. Fot. Krzysztof Stanik

Właśnie takie dzieła sztuki z tłuczków często powstają na naszych lokalnych zawodach. Nie, nie chcę tu nikogo obrażać, sam jestem jak ten wyżej wspomniany tłuczek. Jak na zawody, w których uczestniczą głównie amatorzy, poziom zdjęć jest naprawdę pro. I to bardzo cieszy, bo dzięki temu ten sport staje się bardziej atrakcyjny dla odbiorców. Łatwiej go sprzedać potencjalnym sponsorom, a partnerzy mają później dobry materiał marketingowy – o ile potrafią go wykorzystać. Niestety więcej dżemu na klacie rozsmarowują osoby, które są na tych zdjęciach, niż sami autorzy, którzy skromnie odchodzą w niepamięć. W mojej głowie rodzi się przekonanie, że cały ich trud jest trochę niedoceniony i umniejszany, bo dla większości liczy się tylko to, że są na fotce, a nie całokształt pracy autora. A to właśnie ich zasługa, że te zdjęcia są jakie są a nie nasza. Targają swój ciężki sprzęt za ciężkie pieniądze w ciężki teren tylko po to aby jadący tłuczek do mięsa stał się na chwilę figurą walecznego herosa. Może dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie konkursy “Photo of the day” z każdych zawodów i nagrodzenie fotografów, którzy pracują charytatywnie? Albo “best photo” wykonane stanikiem. Tutaj chyba wiem, kto zostałby niekwestionowanym zwycięzcą 😉 Oczywiście nikt nie zmusza ich do chodzenia po lesie i cykania zdjęć, tak jak zawodników nikt nie zmusza do startów. Ba, my nawet za to płacimy! Ale owoce pracy tych charytatywnie działających fotografów pomagają promować te wydarzenia i stanowią nieocenioną oprawę graficzną całości. Myślę też, że nikt nie pyta autorów, czy może wykorzystać ich zdjęcie do czegoś tam później wychodząc z założenia, że przecież go oznaczyli więc jest luzik.

Mój typ do nagrody Photo of the day z zawodów w Srebrnej. Szacuneczek.  Fot. Enduro Lens
Tym zdjęciem można reklamować sporo. Np. Proktolog prywatnie, Szkolenia rowerowe, aktywny wypoczynek na świeżym powietrzu. Fot. Paweł Pupiń

Osobiście jestem w stanie płacić więcej za zawody na rzecz wynagrodzenia dla większej liczby fotografów. A jeśli ja jestem w stanie płacić więcej nie będąc szejkiem Mudżahedinem to sponsorzy też są w stanie płacić więcej. Bo te zdjęcia im się zwrócą, jeśli tylko będą potrafili je wykorzystać z głową. Na co dzień pracuję z obrazem, z tworzeniem obrazu i jego obróbką. Z kolorem, światłem, kadrem i kompozycją. Może dlatego potrafię docenić jakość tych obrazów, które dostajemy od naszych charytatywnie biegających fotokolegów i koleżanek. Nie jaram się tymi zdjęciami tylko dlatego, że na nich jestem (bo jestem na ułamku procenta). Jaram się nimi bo są dobre.

Pomyślcie jak smutno by było, gdyby na zawodach był tylko jeden fotograf opłacony przez organizatora. I każdy miałby jedno foto z jednego miejsca (np. jak dłubie w nosie pod namiotem w biurze zawodów). Albo jak smutno by było, gdyby nas fotografowali Czesi. Serio, oglądając zdjęcia z MTB Trilogy rwałem kłaki z dupy, krzycząc “How can be?!?!”.

Zdjęcie przedstawia tłuczek za drzewem.  Autor nieznany (może i dobrze…)
Planowość kadru, a tak, coś słyszałem…  Autor nieznany.
Ten moment, gdy odkryjesz głębię ostrości i nie zawahasz się jej użyć.  Autor nieznany.

Jak widzicie po wyżej zamieszczonych przykładach na kiepskim zdjęciu tłuczek pozostaje tłuczkiem. Albo tucznikiem, jeśli to ciężki tłuczek. Dlatego nie zapominajmy dzięki komu nasze cover image są takie wspaniałe i nie przypisujmy sobie chwały i blasku za to, bo to nie jest zasługa tego, że założyliśmy wyprasowane skarpety pasujące kolorystycznie do jerseya. To zasługa talentu naszych kolegów i koleżanek.

Płacenie za sesję fotograficzną jest powszechnym zjawiskiem. Czasem z konieczności do dowodu czy paszportu, czasem dla zabawy zamawiamy fotobudkę na imprezę. Czasem robimy dedykowaną sesję do CV, żeby się lepiej sprzedać przyszłemu pracodawcy. Za każdym razem za to płacimy. Tak samo powinno być na zawodach. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby opłacanie większej liczby fotografów na tego typu imprezach, dla większości zawodników te zdjęcia są większą nagrodą niż próbka smaru w pakiecie startowym czy kołczan prawilności z logiem producenta koparek. Może gdyby wszyscy “sponsorzy” którzy widnieją na prześcieradle rozwieszonym za podium rozliczali by się pieniężnie zamiast poprzez fanty, których nikt nie chce i nie potrzebuje starczyłoby na wynagrodzenia dla kilku dodatkowych fotografów?

Paweł Pupiń  (Masko Patol)

Bożek Progresjan

Odkąd na rynku pojawiły się rowery o tzw. geometrii progresywnej, czyli krótko z tyłu, długo z przodu i suport na glebie…

Odkąd na rynku pojawiły się rowery o tzw. geometrii progresywnej, czyli krótko z tyłu, długo z przodu i suport na glebie, konstrukcje o klasycznych wymiarach często dostają łatkę przestarzałych. O ile nazywanie ich “nie na czasie” nie jest niczym złym, tak zarzucanie im braku stabilności jest conajmniej dziwne, bo te same rowery kilka lat temu były uznawane za ultra stabilne. Zresztą, niektóre marki nie podjęły tego trendu od razu (np. Yeti, YT, Ibis, Trek). Czy więc zatem sam fakt istnienia ram o geometrii progresywnej może być powodem do określania klasycznych konstrukcji jako tych “niestabilnych” i nie pomagających podczas zjeżdżania?

No tak średnio bym powiedział.

Zasadniczo dobrze jest mieć wybór, dobrze jest też umieć określić swoje preferencje zamiast ślepo gonić za trendami. W uproszczeniu można uznać, że nie ma idealnych rozwiązań i wszystkie mają swoje wady i zalety. Nie inaczej jest z rowerami progresywnymi, dłuższa baza kół działa trochę jak systemy trakcji w nowoczesnych autach, trudno wyprowadzić je z właściwego toru jazdy, pomagają nam na każdym kroku. W takim aucie każdy jest mistrzem kierownicy, zwłaszcza na prostej. A co jeśli chcemy trochę bardziej pomiąchać dupką? Albo wkleić się z pivotem? Tu już trzeba się bardziej napocić. Oczywiście dalej wszystko jest możliwe, ale wymaga też od jeźdźca więcej zaangażowania.

Karkołomna próba jazdy na rowerze o nieprogresywnej geometrii podczas konkursu rowerowego.

Warto też zrobić rachunek sumienia z tego po jakich trasach jeździmy najczęściej. Rowery o dużym rozstawie osi plusują dopiero przy większych prędkościach w trudnym terenie i nie mam tu na myśli 35km/h we wąwozie w Srebrnej Górze. Takich tras na terytorium jest jak na lekarstwo. O tym czym są trudne trasy przekonali się nasi kamraci próbując swoich sił na zawodach z cyklu EWS. O podjazdach nawet nie wspomnę, bo wciąż mam wrażenie, że najulubieńszym uphillowym przełożeniem w naszym nowym bicyklu jest drugi bieg w tarpanie, a pytania o to jak rower podjeżdża należą do tych z gatunku “frequently asked question”. Jeśli w większości przypadków są to wycieczki w koło komina, trudność ścieżek na poziomie Twistera a intensywność jazdy nie pozwala, żeby w okolicy tarczki ryjowej pojawiły się słone krople to zalet płynących z tego typu konstrukcji praktycznie nie odczujemy. Albo odczujemy mniej więcej taką różnicę jak pomiędzy autem o mocy 300KM z napędem na cztery koła a Fiatem Pandą wykonując manewr parkowania równoległego przed osiedlowym warzywniakiem.

Yeti SB5.5 jest tak krótki i niestabilny, że wymaga asekuracji podczas zjazdu.

Coraz częściej słyszy się, że rowery z klasyczną geometrią nie pomagają na zjeździe. Ta klasyka to zaledwie 3-5lat. Trochę to niedorzeczne i w sumie zabawne, bo gdy 4 lata temu po raz pierwszy wsiadłem na swoją nową Caprę w rozmiarze S z rozstawem osi 1150mm byłem zachwycony jak to idzie po wszystkim. Dziś taki rower byłby prawdopodobnie określony jako niebezpieczny dla użytkownika, a jego właściwości zjazdowe przyrównane co najwyżej do dziecięcego pushbajka. Dobrze, że w kwestii długości męskich przyrodzeń trendy się tak szybko nie zmieniają, bo biała rasa dość szybko by wymarła.

Trendy istnieją w każdej dziedzinie i nie ma w tym nic ani złego ani dziwnego. Branża rowerowa rozwija się bardzo szybko, nie zdążymy się przyzwyczaić do jednego standardu a już pojawia się nowy. Progresywne rowery pojawiają się w arsenale praktycznie każdego producenta, jedne są bardziej ortodoksyjne, inne mniej. Czy są lepsze? W niektórych płaszczyznach na pewno, ale dobrze by było jakbyśmy sami robili progres wprost proporcjonalny do wydłużania się bazy kół, bo niestety na rynku możemy znaleźć pompki do penisa, ale pompek do skilla wciąż brak. Dużo lepiej dla nas jeśli zrobimy progres na “regresywnym” rowerze niż jak zaliczymy regres na progresywnym (bo same jeżdżą).

Carbony za miliony

Ostatnio u znajomego fotografa oglądałem statyw i mówię do niego, że widzę, że carbonowy, lekki i ładny splot.

Ostatnio u znajomego fotografa oglądałem statyw i mówię do niego, że widzę, że carbonowy, lekki i ładny splot. A on na to, że tak i skąd wiem, że to carbon, czy się tym interesuję itp. Innym razem oglądałem produkty jakiejś designerskiej firmy z Francji i widzę, że mają w ofercie carbonowy portfel, to wszedłem z ciekawości, mimo że kosztował miliony monet. Tam był opis o projekcie, technologii jego produkcji i o tym, że to idealny gadżet dla fanów zaawansowanej motoryzacji…czy aby na pewno? Przecież teraz carbony mają również swój czas w rowerówce! Od tego zaczynają się wszystkie wybory, rama carbonowa czy alu, koła carbonowe czy alu, kierownica, mostek, sztyca, większość części! Niektórzy robią to dla prestiżu inni mają pełną świadomość tego materiału, niektórzy mówią, że ten materiał jest bez sensu i przecież pęka – np. od mojej żony ciągle to słyszę. Można znaleźć w sieci mnóstwo komentarzy o tym, że płacimy masę pieniędzy za ramy i koła, które pękają przy dzwonach czy dobiciach o kamienie.

Karbonowa rurka w połączeniu z bardzo lekkim aluminiowym mostkiem.

Zdradzę Wam tajemnicę: każdy materiał może pęknąć, stal, aluminium, tytan, carbon czy kryptonit. A jednak na testach wytrzymałościowych carbon wychodzi lepiej od aluminium. Naturalnie pod uwagę jest branych kilka parametrów, waga, sztywność i właśnie wytrzymałość i suma tych parametrów wychodzi zdecydowanie lepiej w carbonowej ramie niż nawet w wydziwionej ramie rowerów Pole. W przypadku samej wagi różnice może nie są zbyt wielkie, ale reszta parametrów? Nie bez powodu carbon to topowy materiał w motoryzacji. Robione są do niego części do bolidów F1. Np. McLaren robi z niego całą klatkę do swoich aut. Czyli najpierw powstaje carbonowy monolit, który dopiero potem jest obudowany karoserią. Testy zderzeniowe McLarena pokazały, że tym co pozostaje po zderzeniach cywilnych aut tego producenta, to właśnie carbonowa konstrukcja wewnętrzna.

Czy wygląda to choć trochę rachitycznie?

No ale oczywiście jak nadziejecie się z dużą prędkością na ostry kamień ramą, to jasne że pęknie, podobnie z kołem, na dużym dobiciu też może strzelić. Ale – zawsze musi być jakieś ale. Ramę i koła z carbonu można naprawić! Nie chcę tu słyszeć, że ramę alu można przecież spawać… jest kilka firm w Polsce, które naprawiają elementy z carbonu. Naprawa koła to koszt poniżej 200 zł, koło jest jak nowe, nie traci swojej sztywności. A co z kołem z alu? No nic, kubeł. Wgnioty? Nic również z tym nie zrobimy, prędzej czy później kubeł. Koleżanka z teamu rozwaliła niedawno tylny trójkąt w YT Capra, czy tam sam się rozwalił, żeby nie było że psuja. Nowy trójkąt w YT – 400 Euro, naprawa 600 zł. Trójkąt jest jak nowy. Technologia polega na wycięciu uszkodzonego fragmentu i warstwowego położenia nowych powłok carbonu, czyli nie do końca jest to klejenie jak niektórzy sobie wyobrażają, to dodanie nowego materiału i związanie go z resztą. Rama oczywiście jest następnie malowana na ten sam kolor. Można? Można!

Ibis Ripmo nie poległ nawet po zjeździe z wulkanu.

Żeby było jasne, nie chcę być tutaj carbonowym onanizantem, sam mam rower z tego materiału i była to świadoma decyzja a nie kwestia „prestiżu”. Jednak chciałem rzucić kilka argumentów do niekończących się dyskusji o przewadze alu nad carbonem i na odwrót. Wiemy doskonale, że rowery na carbonowych ramach są wyraźnie droższe tak jak i same ramy, więc decyzja o zakupie takiego roweru jest podyktowana również finansami. Niektórzy zwracają też uwagę na walor estetyczny, czyli kwestię braku spawów. To już kwestia gustu, choć przyznam, że też wolę ich nie mieć. Natomiast odpowiadając na pytania czy warto dołożyć do carbonowej ramy albo czy carbon jest lepszy itp. Z jakiegoś powodu światowa czołówka zawodników w każdej dyscyplinie rowerowej jeździ na ramach z tego materiału. Więc chyba nie chodzi tu o czysty marketing? Natomiast nie jestem Wam w stanie odpowiedzieć po co Wam carbonowy portfel, więc musze się zastanowić nad argumentami, bo wygląda naprawdę, jak to się teraz mówi, „masno”.

Krzysztof Pałys

Antidote Carbonjack

Wizytówką Antidote jest wykończenie ramy włóknami Vectran, które połyskując w słońcu subtelnie dają do zrozumienia…

Historia

Karbonowy Jacek wzniósł niejeden namiot z męskich spodenk wśród rowerowych nastolatków. Mała polska marka z Krakowa stworzyła to cudo około 5 lat temu i trzeba przyznać, że pomimo upływu czasu rower dalej robi mega wrażenie. Pierwowzorem była zjazdowa rama Lifeline i sporo jej cech odziedziczył Jacek. Wizytówką Antidote jest wykończenie ramy włóknami Vectran, które połyskując w słońcu subtelnie dają do zrozumienia, że tanio nie jest. O ile karbon jako materiał konstrukcyjny ram stał się już dość popularny, to takie wykończenie dalej jest unikatowe jak czytanie ze zrozumieniem w internecie. W 2016 roku rower zgarnął nagrodę Design & Innovation w Enduro Mountainbike Magazine, a już trzy lata później, pod koniec lipca 2019 trafił w nasze ręce.

Z pudełka

Kształtów ramy Antidote nie sposób pomylić z żadnymi innymi, to Porsche wśród rowerów. Konstruktorzy nie odpuścili w żadnym miejscu. Geometria zdradza zamiłowanie ojców projektu do zjazdu. Płaski kąt główki i pokaźny rozstaw osi (jak na tamte czasy) wskazuje jednoznacznie, że to sprzęt do ostrego gangbagu. Wprawdzie ma regulowaną sztycę i sporo przerzutek ale Sasha Grey też ma usta, a mimo wszystko nie słynie z kwiecistych przemówień, choć można o niej powiedzieć, że jest świetnym oratorem…

Rama występuje tylko w dwóch rozmiarach, także nawet kupując rower w ciemno macie 50% szanszy, że traficie dobrze. Niestety macie tyle samo szansy na to, że nie traficie gdyż 50% to dokładnie pół. Dla semi-karła Mka pasuje prawie idealnie, jednak długa rura podsiodłowa koliduje z krótkimi kończynami dolnymi. Sytuację można ratować sztycą regulowaną o mniejszym skoku, najlepiej jak najkrótszą. Jeśli lubisz wpychać po same pomidory to z ramą Antidode będzie do możliwe tylko ze sprzętem mniejszego kalibru. Podsiodłówka szybko się kończy, gdyż zaraz pod nią rozkokosił się damper.

Karbonowy jest zarówno przedni jak i tylni trójkąt, jedynie rocker jest z alu. Całość z damperem na sprężynie spowodowała wychylenie się cyfrowej wagi o 13,5kg. Z pewnością sporą zasługą tego znamienitego wyniku były lekkie koła. Piasty Soul Kozak słyną z ultra niskiej wagi, a opony WTB w wersji Lekko Szybko Toczenie ważą poniżej 900g.

Pakowanie opon w oplocie z firanki do roweru z takim charakterem to pomysł dość awangardowy. Takie gumy nadają się conajwyżej do jazdy po zrównoważonych ścieżkach. Przy oponach w mocniejszej wersji waga wzrosłaby o ok. 500g i w takim konfigu bezpiecznie można uderzać w teren.

Komponenty

Andtidote to manufaktura, nie posiada w sprzedaży gotowych rowerów a jedynie ramy lub sety rama + zawieszenie. Co za tym idzie, praktycznie każdy rower który spotkacie na szlaku będzie inaczej skonfigurowany. Egzemplarz, który do nas trafił miał całkiem niesztampowe gadżety. Najciekawsze z nich to:

  • damper: EXT Storia Lok
  • hamulce: Formula Cura
  • piasty: Soul Kozak
  • sztyca: OneUp components
  • mostek: OneUp
  • kierownica: Candy Ray

Z przodu za amortyzację odpowiadał popularny Pike eRCeTeczy. Napęd GX Eagle wprawiał w ruch koła zaplecione na obręczach WTB KOM obutymi w opony WTB Vigilante i Trail Boss w wersji (za)lekkiej Light Fast Rolling.

Zawieszenie FDS posiada pięć punktów obrotu a jeden z nich jest umiejscowiony centrycznie ze środkiem osi suportu (pol. saportu). Wynalazcy zapewniają, że jest zupełnie niezaitneresowane tym czy akurat hamujesz czy nie. Cały czas robi swoje.

Podjazdy

Wprawdzie nie wjechaliśmy Carbonjackiem na Elbrus, ale kilka podjazdów udało się zrobić (o zgrozo w siodle!).

W pierwszej chwili ucieszył mnie fakt istnienia blokady dampera, jednak szybko okazało się, że jej obsługa w trakcie jazdy bez specjalnie zaprojektowanej protezy chwytnej stopy nie jest możliwa. Działanie blokady jest odczuwalne podczas uginania na sucho jak i podczas podjazdu. Koła na pełnym Kozaku napędzały się chętnie i lekko (na pewno miały też na to wpływ lekkie gumy). Płaski kąt podsiodłówki wynosi krzesło hen za środek suportu dlatego warto to skorelować przesuwając siodło do przodu. Rower nie jest przedstawicielem modnej rasy “long & slack”, geometria jest raczej klasyczna. Długa rura podsiodłowa wymusza używanie sztyc regulowanych z małym skokiem. To właśnie ten parametr w połączeniu z niezbyt pokaźnym reachem i dostępnością ramy tylko w dwóch rozmiarach sprawia, że to nie Carbonjack musi pasować do Ciebie, tylko Ty do Carbonjacka.

Na kolejne podjazdy nie blokowałem już zawieszenia i muszę przyznać, że nie było wielkiej różnicy w bujaniu a w zasadzie w jego braku. Żwawość roweru zachęcała do krótkich sprintów pod górę, czym w sumie byłem pozytywnie zdziwiony. W tym miejscu porzuciłem mój pomysł na zaprojektowanie protezy chwytnej stopy do obsługi dźwigni blokady dampera EXT Storia i tym samym marzenie na zarobienie pierwszego miliona.

Zjazdy

Przechodzimy do sedna. Nie jest tajemnicą, że ten rower został stworzony do zjeżdżania i na tym polu z założenia ma brylować. Dziwiło mnie połączenie butikowego dampera EXT Storia z powszednim jak hejt w rowerowym środowisku Pikiem. Po pierwszym zjeździe moje obawy na temat Pajka ustąpiły, gdyż ten radził sobie wyjątkowo inaczej niż egzemplarze, które miałem okazję ujeżdżać wcześniej. Storia i Pike stanowiły duet zgrany jak Danika i facet Daniki. Z przyjemnością ładowałem się w każdą dziurę (w ziemi). Sprężyna pozostawała czuła w każdym zakresie, co było najbardziej odczuwalne na wytłuczonych trasach. Rower trzymał się trasy jak przyklejony co zachęcało do gięcia pały na każdym kolejnym zakręcie. Jedynie zbyt wysoko umiejscowione siodło interferowało z wewnętrzną częścią uda i nawet wielokrotne zgłaszanie naruszenia nietykalności cielesnej na milicję nic nie pomogło w tym zakresie. Nie będzie przesadą gdy napiszę iż byłem pod głębokim jak gardło Sashy wrażeniem działania zawieszenia.

Jak już osiągniemy prędkość rzędu “piec” (czyli z zakresu  7 – 80km/h) prawdopodobnie nerwowo będziemy zerkać na kokpit w poszukiwania wajchy hamulca ręcznego. Carbojack był hamowany Curą. Włoską Curą ze stajni Formula. Dotychczas produkty spod szyldu tego producenta leżały raczej w koszyku “weź mi z tym wy****dalaj” ale podobno makaroniarze odrobili już pracę domową. Podczas testu hamulce nie sprawiały żadnego problemu, legitymowały się satysfakcjonującą mocą i łatwo wyczuwalną modulacją. Pomimo, że łapią dość szybko nie można o nich powiedzieć, że są zero jedynkowe. Była to wersja dwu tłoczkowa koloru czarnego. Przy tej okazji zachęcam aby zapoznać się z bardzo ciekawą rasą czarnych kogutów (tak mi się skojarzyło z kurami), wystarczy wpisać w google black cock, żeby podziwiać te piękne stworzenia.

Jako, że rower został zaprojektowany ok 1825 dni temu geometria wpisuje się w nurt klasyczny. 5 lat temu ludzie rosły mniejsze, więc reach w rozmiarze M wynosi 425mm. Prawdopodobnie też ludzie z tej epoki mieli nogi stworzone na podobieństwo Claudii Shiffer, stąd podsiodłówka o długości 440mm. Ja niestety zostałem stworzony na podobieństwo Krasnala Hałabały i o ile z pierwszym parametrem żyłem za pan brat tak drugi mnie niesamowicie drażnił.

W czasach gdy Carbonjack był nowością na rynku baza kół (1183mm) robiła ogromne wrażenie i rower był uznawany za ponadnormatywnie długi. Ponieważ ziemia dalej jest okrągła w tej kwestii nic się nie zmieniło, rower dalej jest bardzo stabilny na zjeździe a za sprawą EXT Storia dodatkowo przyssany do gleby jak Doda do loda. Wymaga jednak więcej pracy ciałem a margines błędu przy przerzucaniu ciężaru ciała tył-przód jest mniejszy niż w rowerach z geometrią progresywną. Reasumując właściwości jezdne roweru z górki są świetne, wymaga nieco więcej zaangażowania od jeźdźca niż tylko kurczowe trzymanie się kierownicy i zachęca do świrowania w terenie jak pierwszy śnieg na parkingu pod Lidlem wszystkich Hondziarzy.

Zdecydowanie jest to rower stworzony do figli i swawoli aniżeli to pokonywania trasy na pałę na wprost w pogoni za najlepszym czasem.  Jedynie lekkie i delikatne opony stanowiły ograniczenie na trudniejszych sekcjach. W kwestii bieżnika Vigilante i Trail Boss radziły sobie bardzo fajnie jednak w rowerze o takich możliwościach widziałbym opony w bardziej pancernej wersji. 7 dziur na dwóch zjazdach niech będzie wystarczającym świadectwem na to, że pakowanie lekkich gum do roweru z takim rodowodem ma tyle sensu co szczanie w tampon.

Podsumowanie

Antidote Carbonjack plasuje się w segmencie rowerów butikowych, po pierwsze ze względu na cenę, a po drugie ze względu na to, że nie są produkowane masowo. Oprócz nietuzinkowego i generującego produkcję dużej ilości śliny wyglądu oferuje świetne właściwości jezdne. Porównałbym go do klasycznych amerykańskich muscle cars, które pomimo iż nie posiadają wszystkich bajerów świata mają “to coś” co sprawia, że po prostu chcesz chwycić za ster (nie, nie holenderski) i poszaleć. Najbardziej zadziwiła mnie przyczepność w zakrętach, spośród testowanych dotychczas sprzętów śmiało mogę napisać, że Carbonjack znajduję się w ścisłej czołówce. Raczej widzę go w konfiguracji na wymagający teren gdzie można wykorzystać jego potencjał niż w wersji z odlajtowanymi kołami nastawionymi na ścieżki typu Twister. Wyrozumiali koledzy z pewnością wybaczą Ci brak boosta jeśli pozwolisz im się karnąć.

Plusy:

  • wyglont
  • ultraczuła praca zawieszenia
  • stabilność na zjazdach
  • unikatowość
  • skory do figli i swawoli
  • waga

Minusy:

  • wysoka rura podsiodłowa
  • ograniczony dostęp do blokady dampera

Paweł Pupiń (Masko Patol)

Chorwacja

Dzień przed majówką podejmujemy decyzję- jedziemy! Jako, że zabieramy namiot, niczego nie trzeba bookować…

Miejscówka ani egzotyczna ani kultowa, więc o co kaman…?

Dla mnie była świetnym miejscem na połączenie wakacji rodzinnych z rowerową zajawką. Przesuwam palcem po mapie, ee klikam myszką w mapy google i wyspa Krk jest pierwsza z góry czyli Chorwacką egzotyką najbliżej nas.  Dzień przed majówką podejmujemy decyzję- jedziemy! Jako, że zabieramy namiot, niczego nie trzeba bookować, po prostu pakujemy się, wyjeżdżamy nad ranem i późnym popołudniem jesteśmy na miejscu.
Droga komfortowa, 12 godzin i widoki całkiem odmienne. Niebieska woda, gorące powietrze i stare kamienne miasteczka pamiętające Maximusa z Gladiatora są tu w standardzie.

Kobiety, wino i pizza. To wszystko co jest potrzebne do udanego wyjazdu na rower.
Dużo kobiet i dużo wina. Morze wina. Moja wina.

Na szybko z mapy wyczytałem, że najlepszym kompromisem między potrzebami dzieci (plaża)  a moimi (single)  będzie miejscowość Baśka. Na miejscu okazuje się, że owszem góry z jednej i  drugiej strony, plaża jak z katalogu biura podróży, no ale chyba połowa Europy tak samo stwierdziła i siedzi tu już od stycznia. Niemieckie i Austriackie kampery za pół miliona złotych z pomarszczonymi emerytami zdecydowanie nie zachęcają.

Po krótkim namyśle lecimy do portowego miasteczka Punat. Przydrożny znak zaraz na wjeździe do miasteczka zachęca do zjazdu z asfaltu i po chwili rozbijamy namiot na najlepszym kempingu świata położonym bezpośrednio w gaju oliwnym https://marusinaolivehills.co/.

Samowystarczalność.
Młode wino nie jest tak dobre jak młode kobiety. A stare jest lepsze niż stare kobiety. I weź bądź mądry…

Na szlaku

Następnego dnia czas na rekonesans, także poganiam dzieciaki na ścieżce rowerowej do portu, wcinamy pyszne lody, znajdujemy świetną plażę i… mam wolne na 3 godziny.

Na szczęście asfaltem z Punat w kierunku Baśki ekspresowo można zdobyć siodło Treskavc 300 m npm, z którego już prowadzi bardzo wygodny szlak na drugi najwyższy szczyt wyspy Vely Vrh 520m npm. Nudę asfaltu zabijają świetne widoki a ostatnie metry przed szczytem to już pola ostrych wapieni. Trochę jak na Marsie…

Najsampierw trzeba wyhasać narybek.
Jak już będą mieli dość to usiądą na ławce. A my w tym momencie niepostrzeżenie możemy się wymknąć na jazdę właściwą.

Pierwszy zjazd dość czujny ale jak ślepej kurze ziarno od razu trafiam na lokalną trasę DH prowadzącą wprost na “moją” plażę. Także do końca wyjazdu ostatnim zjazdem będzie Portun DH – Staza https://www.strava.com/segments/13614186 pełna rockgardenów, band i dropów.

Po tej stronie wyspy również polecam trochę mniej nachylony ale za to bardziej naturalny singiel Suha lokva – downhill trail by NR:

https://www.strava.com/segments/16432728

Kolejne dni odbywają się wg podobnego schematu. Z tym, że wyjeżdżam w kempingu wcześnie rano (po 8) i na plaży melduję się koło 12-13. To daje mi możliwość zjeżdżenia sporej ilości wyspy. Tak więc bardzo fajny okazuje się szlak idący po szczytach od Vely Vrh przez Brestovica, Obzova aż po Velki Hlam. Z grani aż prosi się spróbować któregoś ze stromych zjazdów do Baśki. Przetestowałem 2 warianty – z przełęczy Lipica do wsi Batomalj oraz z przełęczy Vratudih również do Batomalj.

 

Na właściwym rowerze typu enduro.
Ogrodzie oliwny, widok w Tobie dziwny.

Pierwszy wariant z przełęczy Lipica zaczyna się po wielkich głazach i można próbować swoich sił jedynie na krótkich odcinkach. Za to dolna część daje dużo satysfakcji. Po wjeździe do lasu leci się świetnym singlem prawie do samej drogi. W przelocie przejeżdża się zaraz obok kościółka i polecam świetną ostatnią sekcję po schodach.

Drugi wariant z przełęczy Vratudih od samej góry jest “zjeżdżalny”. Jak jesteś ekspertem w switchbackach to całość można jechać. Jedynie pierwsze kilka zakosów jest naprawdę trudne, potem szlak ma już łagodniejsze zakręty, ale nie żeby był łatwy, po prostu zaczyna być zjeżdżalny. Wielkie kamienie, luźny i szybkie sekcje w lesie… niestety zabawa szybciej się kończy niż w pierwszym wariancie bo wcześniej dojeżdżamy do asfaltu.

Ze wsi Batomalj jest szybki powrót asfaltem na siodło Treskavc z którego łatwo można dostać się na wcześniej opisany jeden z dwóch singli prowadzących do miasteczka Punat.

Trzeba pamiętać o fotce z jazdy, którą może wykonać np. nasz telefon.

Zgon

Zachęcony pierwszymi dwoma dniami kręcenia w południowo-zachodniej części wyspy zapragnąłem ęduro przez duże E. No i jak wymyśliłem tak pojechałem. Najpierw klasycznie z kempingu na siodło Treskavc, następnie wszystkie szczyty do przełęczy Vratudih, zjazd do Baśki… i tu przegapiłem istotną rzecz.

Plan był taki, żeby z Baśki pojechać dalej na przeciwległy masyw we wschodniej części wyspy. I niestety postanowiłem realizować go mimo, że było tego dnia gorąco, a w Baśce nie natrafiłem na żaden sklep i nie udało mi się uzupełnić wody. Ale pomyślałem, w górach będzie strumień czy źródełko, albo przy kościółku będzie restauracja a był cmentarz…

W oddali majaczą barany.

Podjazd z Baśki to rewelacja. Wiedzie od wioski, przez kościółek Św. Iwana aż na rozległą wyżynę na wysokości ok 400m npm. Na szczęście na podjeździe wyżebrałem od turystów pół litra wody. Chciałem wyżyną dojechać do pięknego nadmorskiego portu Vbrnik otoczonego winnicami, ale brak wody, temperatura i stojące gorące powietrze na wyżynie zmęczyły mnie mocno i niestety byłem zmuszony skrócić trasę i ratować się długim asfaltem do kempingu.

Dlaczego Krk

Wylądowałem tam przez przypadek, ale jazda w nieznane ścieżki, gdzie Trailforks nawet nie pomaga, zdecydowanie przypomniała mi stare czasy, kiedy wszystkie rowery miały koło 26, przerzutki Shimano Altus i 3 zębatki z przodu, z czego największa miała 42T (nie wiem po co).

Teraz mamy wszystko pięknie podane a single wypieszczone i zaprojektowane z niesamowitym “flow”. To taki zajebisty rowerowy burger za 25zł i do tego kraftowe piwo za 12. A z Krk było trochę jak z kosztowaniem nieznanej lokalnej kuchni. Smak na długo zapadł w pamięci. Ale dla jednego to samo danie może być za ostre dla innego zbyt mdłe.

Smacznego!

Siedzę na ławeczce.

Tipy

Dla tych, którzy rozważają rowerowanie na miejscu, na zachodnią część wyspy (od Punat, przez szczyty Vely Vrh i Obzowa) polecam opony cięższe i sprzęt full enduro. Szlaki są tam pełne bardzo ostrych wapieni. Nietrudno rozciąć kilogramową oponę także zapas dętek obowiązkowy.

Wschodnia część wyspy (od Baśki do Vrbnika) jest nieco bardziej łaskawa, co nie znaczy, że w ogóle nie ma tam kamieni. Jest tam po prostu szeroka ciekawie poprowadzona szutrowa droga biegnąca przez wyspowy interior. Podjazd przez Cerkwię Św Ivana jest bardzo malowniczy. Trasę sklasyfikował bym jako ambitną pętlę na każdy rower górski.  Uwaga – powietrze tam stoi więc nagrzewa się dużo bardziej niż w innych częściach wyspy.

Zapas wody (poza sklepami) można go uzupełnić w źródełku przy głównej drodze

Miejscowi i turyści w górach są bardzo rozmowni, więc polecam “poddać się klimatowi” i nie śpieszyć się i oddać się konwersacji. Język polski, słoweński czy chorwacki jest na tyle podobny, że nawet zabawnie pobawić się w tą zabawę językową i spróbować dogadać się niekoniecznie po angielsku czy niemiecku, tylko po swojemu 😉