Śnieżka Uphill Race 2020

Śnieżka Uphill Race rozgrywany jest od 30 lat. Do tego roku nikt nie wygrał go dwa razy. Dla niektórych to wyścig roku. Dla mnie też.

Pierwszy raz w Uphillu wystartowałem w 2010. To był mój pierwszy wyścig rowerowy. Jechałem 01:25:08 i byłem 121. Wystartowaliśmy z Matuszem, moim kolegą właśnie w Uphillu, bo założyliśmy, że nie ma się na nim jak wywrócić, więc jest bezpieczny. Od tamtej pory było tylko lepiej. Któregoś razu wjechałem nawet w 01:06:00. Byłem wtedy lekki i silny. Rok temu udało mi się powtórzyć wynik z przed lat m.in. dzięki lżejszemu rowerowi bez tylnej amortyzacji.

Rok temu, po kilkuletniej przerwie byłem przed Mateuszem. A wiadomo, że nic nie motywuje tak, jak rywalizacja na własnym podwórku. Poczułem krew. W tym roku chciałem to powtórzyć.

Ten film mówi wiele o wyścigu.

Zapisy

Na Uphill nie jest tak łatwo się zapisać. Mimo wpisowego 250 zł, 300 dostępnych publicznie miejsc rozchodzi się w mniej niż minutę. Organizator robi nawet wydarzenie na Facebooku związane z zapisami. I tym razem się udało. Zapisy ruszyły 1 minutę wcześniej niż powinny. Wielu nie zdążyło.

Przygotowania

W tym roku pierwszy raz od dawna przygotowałem się naprawdę. Z powodu pandemii mało jeździłem w pierwszej części roku i odczułem to na MTB Trilogy. Na początku lipca wiedziałem, że jestem słabszy niż rok wcześniej i żeby to poprawić, potrzebuję ćwiczyć. Dlatego udało mi się może i 5 razy zrobić Tempówki Interwałowe Friela. Doszedłem do powtórzeń 5 x 12 minut. Nie chodziłem też na siłownię, by nie nabierać masy. Z resztą, przy mocno ograniczonym czasie, wiedziałem, że interwały dadzą mi więcej niż siłownia. Udało się osiągnąć masę 87 kg. Po co nam siła? Wystarczy atrofia!

Rower

Od kilku lat nie mam roweru XC który pozwoliłby mi być konkurencyjnym w Uphillu. Dlatego Mateusz pożycza mi jednego ze swoich karbonowych hardtaili. W tym roku dostałem Jamisa, którego odchudziłem do 9,94 kg. Jamis ma 34-zębowy trybik z przodu i kasetę Shimano 10-51. Daje to miększe przełożenie niż te, co miałem rok wcześniej przy napędzie 26×36.

Wyścig

Wyścig startuje z deptaka w centrum Karpacza i jedzie asfaltem do Świątyni Wang. Na samym początku jest wąsko i da się w tłoku przywalić w kwietnik. Od Wangu robi się bardzo stromo, a nawierzchnia z asfaltu zmienia się w bardzo zły bruk który ciągnie się aż do szczytu Śnieżki.

Na 13,5 km trasie robi się 1000 m przewyższenia.

Do Karpacza przyjechaliśmy dzień wcześniej żeby się wyspać. Uphill zaczyna się o 10, a w Karpaczu ciężko zaparkować.

Jak widać na zdjęciu, Uphill 2020 nie był pierwszym wyścigiem dla Tomka i Marcina, moich towarzyszy.

W tym roku z okazji pandemii zostaliśmy podzieleni na dwa sektory startowe, które miały wystartować w odstępie 10 minut. Bałem się, że wsadzą mnie do drugiego sektora i że będę tracił czas i energię na wyprzedzanie środka krzywej Gaussa na bruku. Tak się nie stało. Do pierwszego sektora trafili młodsi mężczyźni, a do drugiego kobiety i mężczyźni z rocznika 1975 i starsi.

Po rozgrzewce, na której wszedłem dwa razy na tętno 170, ustawiłem się w sektorze nie wiele po 9:30. Stanąłem w pierwszej linii, bo wiedziałem, że zawsze lepiej być z przodu. Łukasz, mój bardzo szybki kolega, był na pierwszej linii jeszcze wcześniej. Po jakimś czasie dołączył do nas Mateusz, a potem czołówka. Czołówka wchodzi do sektora późno i od przodu. Reszta ich puszcza, bo wie, że czołówka i tak odjedzie. W efekcie skończyliśmy coś w drugim, czy 3 rzędzie.

Czołówka, czyli tutaj Darek, wchodzi od przodu. Zdjęcie Fotomaraton.

 

A tutaj widać też Mopa, który był tak miły, że udzielił mi kliku rad treningowych. “Napierdalaj ile wlezie.” – To do mnie przemawia! Zdjęcie Fotomaraton.

Jako że wyścig wiąże się z emocjami, stojąc w sektorze miałem tętno ponad 140.

Strzał startera. Dałem łokcie szeroko, jak radził mi kiedyś Vena Hornych przed Memoriałem Fisha w Zieleńcu: “Jesteś duży, ciężki. Daj łokcie szeroko. Nie wywrócą cię.”. Rzeczywiście. Kilku, czy kilkunastu zawodników którzy wyprzedzili mnie w pierwszych sekundach nie spowodowało żadnego zachwiania. Mogłem jechać swoje. Miałem założenie, by nie przekraczać tętna 175 pod żadnym pozorem do Domu Śląskiego. Nawet jak by mi Mateusz odjeżdżał. Mialem trzymać równe, mocne tempo co by się nie działo. Taką strategię ma Ineos dla swoich liderów i to u nich działa. Tak jest najefektywniej. 165 wskoczyło dość szybko. Chciałem tak chwilę zostać, ale się nie udało. Mateusz siadł mi na kole, a nie odjechał jak z procy do przodu, jak działo się w poprzednich latach. Jakiś znawca kolarstwa powiedział kiedyś, że jak zawodnik jest mocny, to jest z przodu. Jak jest słaby, to jest z tyłu. Tak było rzeczywiście. Mateusz nie był w formie i odpadł mi z koła na wysokości Orlenu, czyli dużo przed Wangiem.

Do Wangu trzymałem tętno 175 i w pewnym momencie wyprzedziłem kilkuosobową grupę. Każdy jechał swoje. W tej części stawki, w tym wyścigu, jest mało zrywów.

Na bruku tętno spadło do około 170 i nie byłem w stanie go specjalnie podnieść aż do mety.

Powyżej Polany, koło odbicia na Strzechę Akademicką Dorota podała nam bidony. Jechałem bez bidonu i bez koszyka na bidon. Z przyczyn pandemicznych na wodopoju, na Strzesze Akademickiej dawali płyny tylko do własnych bidonów. To trwało by za długo. Wiedziałem, że z wodopoju nie skorzystam, ale bidon na trasie bardzo się przydał. 3 łyki, bo więcej nie dałem rady i ciach na bruk. Jak w Pro Tourze. Dorota potem oczywiście zebrała bidony i mój zwiozłem do Karpacza w plecaku.

Przy macie pomiaru międzyczasu, przy Strzesze wiedziałem, że jadę wolniej niż rok temu. Po samopoczuciu czułem, że nie dam rady tego zmienić.

Zjazd do Domu Śląskiego pojechałem jak zwykle spokojnie. Jestem ciężki i ryzyko flaka przy dużej prędkości jest u mnie stosunkowo duże. Przy okazji okazało się, że mój jedyny hamulec nie działa. Na szczęście był mało potrzebny. Gość co mnie wyprzedził na zjeździe, pod Domem Śląskim podbiegł po pompkę serwisową organizatora. Już go więcej nie widziałem – “Risk it for the biscuit.” u niego nie zadziałało. W Uphillu mam z sobą tylko klucz uniwersalny, dętkę i pompkę. Wychodzę z założenia, że w wypadku defektu jest po wyścigu, ale nie chce mi się iść tyle kilometrów, to sobie wjadę jakkolwiek.

Kolega w czarnym ma buty szosowe – “Leave nothing!”. Zdjęcie Fotomaraton.

Za Domem Śląskim widziałem zawodnika 50 m przede mną i do samego szczytu nie dałem rady go dojść. Na szczycie mogłem normalnie stać, co napełnia mnie smutkiem, że nie byłem w stanie zagiąć się tak, jak bym chciał. Nie zawsze wychodzi.

01:06:54 Zegar nie kłamie. Zdjęcie Fotomaraton.

W tym roku udało się wjechać w 01:06:54, co dało 40 miejsce. Szybszy byłem tylko dwa razy. Liczyłem, że mogę poprawić swój wynik. Tym razem się nie udało. Taki jest sport. Andrzej Poczopko, co wygrał drugi raz z rzędu z kosmicznym czasem 00:48:48 daje mi nadzieję, że jeszcze kiedyś mogę poprawić mój rekord. Andrzej jest z rocznika 1978!

Od paru lat na wspólny zjazd do Karpacza czeka się koło domu Ślaskiego. Było dość czasu by zrobić pamiątkowe zdjęcia w stroju Knurświnów a także Daleko Jeszcze? – Pierwszej drużyny w której jeździłem.

Pierwszy z prawej jest Marek. Startował z drugiego sektora i mimo zygzakowania na bruku między młodszymi kolegami wjechał w 01:08:10.

 

 

Na koniec tegoroczny film organizatora. Widać mnie nawet na nim!

A po nim jeszcze ciekawszy reportaż nakręcony przez drugiego w tym roku Łukasza Derhelda. Polecam!

 

MTB Trilogy 2020

Tegoroczne MTB Trilogy do końca maja stało pod znakiem zapytania z powodu koronawirusa. Pod koniec maja organizatorzy podjęli decyzję o organizacji Trilogy w formie bez przekraczania granicy z Polską. Zamiast 3 pełnych dni były 2. Dzień pierwszy jechał na Broumowszczyznę i był prawie taki sam jak dotąd dzień drugi. Ostatni dzień miał szereg RZ-tów (po czesku to OS-y) z dnia ostatniego z poprzednich lat, ale jechał też na Trutnov Trails. To była nowość.

Ja przez dwa miesiące pandemii nie wsiadałem na rower górski by nie obciążać systemu opieki zdrowotnej gdybym się rozwalił, a tymczasem…

Występowałem na plakatach Trilogy…

 

Na facebookowej stronie wydarzenia…

Pisały o mnie czeskie gazety…

Napełniało mnie to niezwykłą wesołością.

Prolog

0:10:53.96 na RZ-tach

1:45:17 na trasie

11 km, 517 m wspinania

Na starcie prologu.

Po pierwszym RZ-cie prologu tylne koło zaczęło wydawać dziwne dźwięki. Kolega z Niemiec postawił mój rower na siodełku, zdjął koło, kaseta z bębenkiem zostały mu w ręku, powkładał pieski bębenka, co przy tym wypadły i powiedział, że jakoś dojadę do mety. Zakładałem, że powinienem pojechać do startu, złożyć i wymienić zapasowe koło i pojechać znowu, ale mi się nie chciało. Dojechałem prolog do końca. Koło rzęziło, ale się kręciło. Biegi mogłem zmieniać.

W rzeczywistości Sylvia jest ode mnie mniejsza. Zdjęcie ZvičinaTV.

 

Zdjęcie Martin Romanec

 

Czescy mechanicy stwierdzili, że jedno z łożysk się rozpadło. Nie mieli zapasowego. Powiedziałem, że mam zapasowe koło. Powiedzieli, że mi przełożą Procora za darmo – usługi mechaników są wliczone w cenę startowego. To stwierdziłem, ok. Oszczędzę czas i siły. Miał być na 20. Poszedłem na 20, bo miałem 300 m do nich z kwatery. Nie zrobili. Taśma przepuszczała, mimo że im mówiłem, że jest do zmiany, a oni mówili, że zmienią. Powiedzieli, że będzie na 22, a lepiej na rano.

Powiedziałem, że przyjdę na 22, by mieć czas naprawić, jeśli coś pójdzie im nie tak. Procore był założony na 22, tylko że wentyl zatkał się uszczelniaczem i nie dało się w komorę zewnętrzną wbić 1 bara. Potem mechanicy stwierdzili, że mam źle ustawioną przerzutkę. Regulowali ją do 23 i ustawili tak dobrze, jak było to w ogóle moyliwe. Chodziła nieczysto, bo miała luzy. Zrobili co mogli. Włożyli w pomoc mi naprawdę dużo serca i energii.

Zakładanie nowej dętki i procorowej opony zajęło mi 40 minut i poszedłem spać o 1 w nocy.

Dzień pierwszy

0:47:04.52 na RZ-tach

8:27:58 na trasie

69 km, 2416 m wspinania.

Broumowszczyzna.

Po pierwszym RZ-cie dnia pierwszego ludzie ledwo trzymali się kierownic.

Zdjęcie ZvičinaTV

Na ostatnim RZ-cie już nie miałem czym jechać, jak powiedział kiedyś kolega po tym jak jechał zawody Enduro w Szklarskiej po przejechaniu 100 km Bike Maratonu Ultra dzień wcześniej. Było tam dużo korbienia na naturalnym pump tracku.

Pierwszy bufet. Zaraz po nim była bramka z limitem czasowym. Uwierzyłem, że mogą mnie przekierować na krótszy dystans, więc pognałem do bramki na której nikt nie chciał mnie przekierowywać. Wiadomo. Słowiański kraj.
Na bufetach jest fajnie. Świeci słońce i dają jeść.

Po bufecie trzeba pchać rowery dalej. To zdjęcie ma wątków niczym Bitwa pod Grunwaldem Matejki. Jest na nim nawet Król.

Miałem może jednego close calla. Zawsze boję się tego dnia na Trilogy, bo zjazdy są w nim bardzo szybkie.

Daniela odbija się na mecie jednego z RZ-tów. Nie przeszkodziła jej wycieczka wypakowująca bagaże na trasie RZ-ta. To się wydarzyło naprawdę!

Start ostatniego RZ-ta. Jeden z ładniejszych widoków na Trilogy.

Dzień drugi

1:29:14 na RZ-tach

10:13:55 na trasie

83 km, 2,693 m wspinania

Góry Krucze i Trutnov Trails.

Dzień drugi był straszny. Był RZ Bunker, czyli korbienie dużo po płaskim z wieży widokowej w Trutnovie. Frantisek jechał to 16 minut. Ja 22. Ciachnąłem na podjeździe Czecha: szedł. Już nie miał siły kręcić. Odprzedził mnie w dół, ale na tym RZ-cie czas miałem pewnie od niego lepszy. Daniela, 52-letnia koleżanka z Czech po RZ-cie Bunker “I though I die. I overtook 3 persons. A german girl and two guys.”

Pamiętam, że Niemka o której wspomniała Daniela nie chciała ze mną rozmawiać po niemiecku. Może dlatego, że była Belgijką.

Grzesiek i Wojtek głęboko poruszeni wyzwaniem kondycyjnym jakim był RZ Bunker.

Po tym RZ-cie stwierdziłem, że kogoś może dziś karetka z trasy zabrać z wycieńczenia. Wojtek, co był czwarty na dystansie krótszym, powiedział, że jak by w Trutnovie miał 3 RZ-ty jechać, to by nie wrócił do Teplic. Na dalszych RZ-tach, jak dojeżdżałem do startu, to chciałem tylko wyrównać oddech. Nie było po co odpoczywać, bo bym tam do rana stał. Na bufetach niektórzy kładli się na asfalcie. Na dojazdówce wyprzedzałem kolegę na wypychu trutnowską szutrówą w górę, jak by się tiry na autostradzie wyparzały.

Podsumowanie

Byłem 38. Mój wynik był słabszy niż zwykle, bo się przygotowywałem starannie, ale od Bożego Ciała. Teraz widzę jaki byłem wcześniej silny i że być na takim poziomie to nie jest oczywistość. Brak rozjeżdżenia w terenie przełożył się na czasy na RZ-tach. Frantisek wygrał. Drugi Tomas Kutin. Czwarty Michał Martyka z Polski. Brawo! Szymon z Jedliny był 16. Mateusz, co był kiedyś miejsce po mnie był tym razem 34.

Na krótkim dystansie Wojtek był czwarty, a Grzesiek czternasty.

Assegai przód, DHF tył były dobrym wyborem. DHF z przodu też by dał radę. Nie czułem by moje tylne koło zapasowe DT Swiss E1900 mnie spowolniało. Zegar to pewnie jakoś czuł.

Całe zawody przejechałem w fullfejsie. Dało się.

Wszystkie RZ-ty jechałem na maksa. Kalkulując tylko tak by nie zemdleć do mety. Co potem mnie nie interesowało. Miałem jedną mikro glebę dnia pierwszego i dzwona na “RZ-cie Do Przepaści”, czyli z Jańskiego Wierchu. Przed najtrudniejszą sekcją. Przód mi uciekł, poleciałem w piach, między kamienie. Miałem szczęście. Przekrzywiła mi się tylko lewa klamka, na szczęście zamontowana motocrossowo, czyli luźno. Przekręciłem ją do właściwej pozycji i pojechałem dalej. Max 10 s straty.

Na trasie kilka miejsc było względem poprzednich lat bardzo wymytych i przez to trudniejszych. Taki lej w Jańskim Wierchu, co był z roku na rok co raz trudniejszy tym razem był łatwiejszy. Jakoś się wygładził, a na Jańskim Wierchu było bardzo sucho. “Przepaść” zjechałem bardzo spokojnie, ale bez problemów.

Ostatni raz tak zniszczony byłem w czwarty dzień Beskidy Trophy jak je pierwszy raz jechałem, czyli w 2012.

Za rok mają być 4 pełne dni i kategoria UCI. To będzie brutalne! Chcę się przygotować i jechać. Organizator napisał, że etapy będą trochę krótsze by wszyscy przeżyli.

Niner RIP 9 RDO – bikecheck – czyli historia pewnego roweru.

Raz w życiu dobrze jest złożyć DreamBike. Problem w tym, że każdy następny też taki jest, ale co tam 🙂 Przedstawiamy custom project Niner RIP 9 RDO 🙂

Geneza:

No dobra. Ibis Ripmo było super rowerem. Kiedy wyszła zapowiedź o V2, sprzedaliśmy V1 i czekaliśmy na V2, niecierpliwie obgryzając paznokcie swoje i wszystkich domowników. Covid-19 grubo wszystko spieprzył, terminy odwlekły się w kosmos. Obgryźliśmy nawet paznokcie psu zakopanemu w ogrodzie 10 lat temu. 

W tym czasie do ThirtyThree Bicycles Studio  dotarł testowy Niner. Na fotach nie wyglądał jakoś podnietliwie. Rama wydawała się być mega przekombinowaną. Testówka była w wersji L i to dość małe L, więc nie było mowy abym przy moich gabarytach je potestował. Musiałem polegać na chłopakach. Pierwsze ich wrażenia to, że rower na żywo wygląda 100 razy lepiej niż na fotach w necie. Okazało się, że jeździ też na prawdę dobrze. Na tyle dobrze, że po pierwszej jeździe zapadła decyzja o zakupie. Szybki kontakt ze Strange Summit – są w stanie skołować rowery na wczoraj ,yyyyy .. to to jedziemy. Była to decyzja typu no brainer, kiedy porównamy się do jakiegokolwiek testowanego nas roweru, w kontekście tras na jakich śmigamy. Więcej w recenzji tu tylko bikepornujemy. 

Wybory:

Wybraliśmy ramę, to teraz co z resztą sprzętu ? Maciek z ThirtyThree Bicycles Studio  zachęcił nas do Ohlinsa. Argumenty nas przekonywały. Powiedzmy sobie szczerze, są one emocjonalne i subiektywne. Składamy dream bike i na Ohlins jeszcze nie jeździliśmy. Wszystkie topowe zawieszenia działają dobrze, więc bierzemy top Ohlinsa. Czemu nie spróbować. Do tego decydujemy się na XTR, reszta szpeju od E13 (jaramy sie na maxa ich korbą) no i koła Industries Nine. No może nie do końca, bo w momencie zamawiania, I9 nie robi szerokich obręczy z Carbonu, więc chłopaki z Beastie Bikes  polecili nam obręcze Ibisa, plus piasty I9 Hydra. Obręcze znamy i lubimy, a I9 zawsze chcieliśmy ze względu na zajebistość i ilość punktów zazębienia. No i mamy zamówiony set.

O ile kształty ramy zaczęły mi się mega podobać po jej zmacaniu i obejrzeniu na żywo (zabawne, zazwyczaj jest inaczej :)), to kolory już nie bardzo. Występuje w dwóch kolorach BBC (ang. duży czarny kogut, przez producenta zwany satin carbon) i Santa Fe. Nienawidzę czarnych rowerów a Santa Fe (papuga 🙂 ) był dla mnie zbyt kolorowy. Trzeba było coś wymyślić. W sumie czarny z jakimś innym już jest ok. Najpierw telefon do przyjaciela – byłego i sędziwego już grafika – Homofaber. “Marcinku dodaj kolorów do tego zajebistego lecz BBC roweru. Aha i będzie tam Ohlins i nie chce go malować więc zrób coś aby pasowało”. No i stał się taki oto projekt:

Stylujemy:

Potem szybki kontakt z HighFive Styling.  Obczajam ich od kilku lat a rezultaty ich pracy zamiatają. Wysyłam projekt i dostaje pytanie. Malujemy czy kleimy folie. Okazuje się, że chłopaki mają deal z kilkoma firmami rowerowymi które pozwalają im malować i nie kasuje to gwarancji. Mail do Ninera z opisem technologii malowania, tu duże wsparcie dystrybutora Strange Summit , ale niestety odmowa :(.

Dobra to kleimy. Z powodów technologicznych wylatuje kolor szary. Ta rama jest tak skomplikowana, że nie wszędzie da się oklejać.  Dominik z HighFive Styling modyfikuje trochę projekt, ustalamy żeby położyć jeszcze folie ochronną i czekamy na rezultaty. W międzyczasie dostaje foty z produkcji i nie przestaję się ślinić. Oklejamy ramę, koła, widelec i korbę. W widle logo zmieniamy na logo z niższego widła Ohlinsa bo jest fajniejsze, szare logo e13 na korbie idzie w żółć  a akcenty na ramie zmieniamy na żółto. BTW, jeśli macie ochotę ochraniać rower sami, to polecamy wpis z pracy Masko

Składamy:

Teraz trzeba złożyć. Gdzie? No wiadomka w ThirtyThree Bicycles Studio. Leżą tam już pozostałe szpeje jak kokpit, sztyca, napęd. Następnego dnia po odebraniu paczki z HighFive Styling jestem rano w 33  i zaczynamy składanie. Fajnie składać rower w miejscu, gdzie do wszystkiego jest odpowiednie narzędzie i nie trzeba improwizować waląc przez dechę by osadzić stery. Najtrudniej jest zalożyć progresywną sprężynę MRP do dampera Ohlinsa i oponę E13 na obręcz Ibisa. Bartek z 33 po workoucie zakładania opony, ma przedramiona większe niż łydę. 

Dobrze, że chłopaki są autoryzowanym serwisem Ohlinsa, bo muszą przebudować niektóre elementy dampera, aby wsadzić. W końcu sprężyna siada z happy endem, hopefully bez cummingu. Koszmar osadzania gwiazdki na sterówce też jest przyjemny mając odpowiednie narzędzia. Generalnie super siedzieć wśród ludzi, którzy jarają się rowerami i podchodzą z dużym szacunkiem i pietyzmem do każdej części.

Pornujemy:

Jak nas uczyli w szkole, każdą opowieść wieńczy dobre porno, …. więc czas na BikePorno. Uważamy, że efekt końcowy chyba  robi niezłe wrażenie.

XL w niner jest odrobine mniejsza niż inne, co powoduje, że siada mi idealnie. Zawiecha Ohlinsa okazała się strzałem w 10. Zakup był gadżeciarski i emocjonalny, ale okazał się trafny.

Opony to e13 Trail w wersji MoPo (miękka) na przód i Race (twardsza) na tył. Rower nie tylko wygląda, ale też kapitalnie jeździ. Idealny balans między podjazdowością, zwrotnością, skocznością itd. Więcej w recenzji.

Rama jest chyba jedną z lepiej wykonanych. Przyjemne są takie detale jak wskaźnik SAG na piwocie w górnym linku.

Korba się kręci, jest lekka. Chain suck plate wydaje się być porządnie zamontowana.

XTR. Od dziecka o nim marzyłem i był lekki więc jest. Miło by było gdyby się nie urwał.

Heble XTR wyglądają jak obfrezowane z materiału sainty sprzed 3 lat i tak też hamują, czyli kotwice. Na 90kg w pełnym rynsztunku w sam raz.

Piasta Industries Nine. Tego się nie da opisać słowami. Trzeba ją usłyszeć i poczuć jej zazębianie na technicznym podjeździe. Zaskoczeniem jest to, że nie jest głośna.

Górna prowadnica łańcucha od 77 designz, jest jedną z lżejszych na rynku.

Fajnie, że od jakiegoś czasu producenci kleją porządne osłony i nie trzeba już oklejać ram jakimś gównem.

Kokpit od e13. Kiera na prawdę lekka, mostek mniej, ale za to ładny. Gripy ESI superchunky. Feeling wyborny w czasie jazdy. Niebawem w sterówkę wpadnie OneUp EDC.

Wideł to Öhlins RXF36 EVO 29 ze sprężynką. Klei jak szalony, a ilość regulacji jest w sam raz 🙂

3 stopniowa regulacja kompresji w widle. Oh – ach.

Miłym akcentem są stery dorzucone do ramy, w bardzo rozsądnej jakości.

Manetka sztycy e13 robi robotę swoją ergonomią. Duży obszar wciskalny pokryty jakby papierem ściernym.

Jaki jest XTR każdy widzi. Obejma I-spec miażdży ilością płaszczyzn regulacji. W moim przypadku bardzo się to przydało.

Öhlins TTX22M ze sprężyną progresywną MRP. Jej założenie wymagało duużo gry wstępnej.

Trzystopniowa regulacja kompresji z dźwignią typu: trafiamy zawsze pomimo delirium i parkinsona. Serio to jest czad. Zawsze potrzebowałem kilku jazd żeby się nauczyć gdzie trafiać. Tu trafiam w punkt od razu.

Stylowanie HiFive styling robi robotę. Zwłaszcza, że rama najprostszych kształtów nie ma.

Jakiś czas temu wyleczyłem się z drogich pedałów Alu. E13 są z plastiku, są lekkie i je lubię. Sprawdzone, działają dłużej niż konkurencja a ważą dużo mniej.

Osłona korby przed waleniem jest chyba najmądrzejszą ze wszystkich jakie widziałem. Plastikowo – gumowa z absorberem z plastra miodu.

Ciężko stwierdzić czy tarcze ICE tech są ładne czy nie.

Specyfikacja:

Rama: Niner RIP 9 RDO 29, satin carbon, rozm XL

Stery: Niner

Wideł: Öhlins RXF36 EVO 29″ Coil

Damper: Öhlins TTX22M + Sprężyna progresywna MRP, 140mm

Heble: Shimano XTR M9120

Kaseta: Shimano XTR 10-51

Przerzutka: Shimano XTR

Korba: LG1 RACE CARBON CRANKS – GEN4  32z

Napinacz: 77 Designz Freesolo

Siodło: Ergon SM Enduro Comp Men siodło Stealth

Sztyca: E13 vario infinite dropper 180mm

Obręcze: ibis carbon S35

Opony: E13 Trail  mieszanki MoPo/Race

Piasty: Industry Nine Hydra

Kiera: E13 Race Carbon Handelbar gr 35 szer 800mm

Mostek: E13 Plus 35 Stem

Gripy: ESI Super Chunky

Pedały: E13 Base pedal

Inne: One Up EDC, Strap BackCountry

Antoine Bizet – wywiad

Kolejnym naszym gościem jest Francuz (już drugi po Remym!). To gwiazda sceny freeride (pol. wolna jazda), zawsze uśmiechnięty, pozytywny a jednocześnie mega skupiony na osiąganiu swoich celów na rowerze i skaczący hopy większe od kompleksów niektórych polityków. Tym razem miałem przyjemność pogadać z Antoine Bizetem, ujeżdżającym ostatnio rowery Rose.

Kolejnym naszym gościem jest Francuz (już drugi po Remym!). To gwiazda sceny freeride (pol. wolna jazda), zawsze uśmiechnięty, pozytywny a jednocześnie mega skupiony na osiąganiu swoich celów na rowerze i skaczący hopy większe od kompleksów niektórych polityków. Tym razem miałem przyjemność pogadać z Antoine Bizetem, ujeżdżającym ostatnio rowery Rose.

Krzysztof Pałys

Cześć Antoine! Dzięki za czas, fajnie z Tobą pogadać, nawet wirtualnie.

Po pierwsze, co za skill! Jesteśmy pod mega wrażeniem Twoim wyczynów. Masz tutaj w Polsce wielu fanów.

Antoine Bizet

Cześć, dzięki wielkie za zaproszenie i wywiad. Pozdro i piona dla wszystkich moich fanów w Polsce! Nie wiem zbyt wiele o polskiej scenie rowerowej, ale jestem wielki fanem i kumplem braci Godziek.

Krzysztof Pałys

Byłeś już kiedyś w Polsce? Może znasz tu jakieś miejscówy rowerowe?

Antoine Bizet

Byłem w Polsce tylko raz i to na wieczorze kawalerskim mojego brata w Krakowie (śmiech).

Krzysztof Pałys

Jak wygląda wyglądał początek Twojej przygody z rowerem? Kiedy to się właściwie zaczęło?

Antoine Bizet

Zacząłem jeździć w wieku 12 lat. Wcześniej zajmowałem się gimnastyką akrobacyjną, więc szybko zacząłem robić różne tricki też na rowerze i skakać duże hopy. W sumie dzięki tej mojej gimnastycznej przeszłości uwielbiam wszelkie tricki związane z rotacją, a do tego oczywiście duuuże skoki!

KP

Jesteś w gronie największych gwiazd sceny freeride. Twoje występy i edity rowerowy znane są na całym świecie. Jakie to uczucie?

AB

Uwielbiam to uczucie! To naprawę wspaniałe być częścią międzynarodowej sceny freeride. Staram się chłonąć każdy moment, ale też dzielić tym wszystkim z innymi.

No umi w rower… Fot. wolisphoto

KP

Czy lubisz też bardziej dzikie trasy w stylu enduro, czy głównie skupiasz się głównie na dużych lotach?

AB

Uwielbiam dzikie trasy enduro! Jechałem nawet kilka tras EWS w zeszłym roku i mega mi się podobało. Ale oczywiście najbardziej lubię freeride i freestyle na rowerze. Skoki, tricki itp.

KP

Skaczesz naprawdę duże hopy, robisz skomplikowane ewolucje. Co ze strachem? Boisz się jeszcze czasem w ogóle?

AB

Mam w sobie strach przed dzwonem i kontuzjami. Ale staram się zawsze myśleć pozytywnie. Kiedy wiem, że coś jest możliwe do zrobienia i mam w sobie takie przekonanie to wtedy mija cały strach i po prostu to robię.

KP

Widziałem Twoje dzwony na Redbull Rampage w 2012 i 2015 roku. Kiepsko to wyglądało. Jaki był Twój najpoważniejszy wypadek i czy długo Ci zajęło dojście do siebie po nim?

AB

Wydaje mi się, że mój najpoważniejszy wypadek to właśnie ten na Rampage w 2012. Miałem w sumie wiele szczęścia, że z niego wyszedłem w miarę cało, bo mogło to się skończyć spokojnie wózkiem inwalidzkim… Myślę, że moja gimnastyczna przeszłość bardzo mi pomaga zarówno w minimalizowaniu konsekwencji upadków jak i potem w szybszym wylizywaniu się z kontuzji.

Legendarny Rampage. Antoine tutaj jako pierwszy zrobił double backflipa.

KP

Niestety miałeś też wypadek całkiem niedawno, który wykluczył Cię z kilku konkursów m.in. z Rampage 2019…

AB

Tak, to był dzwon na treningach do Rampage. Wpadłem na drzewo przy dużej prędkości co spowodowało złamanie kości lewego ramienia. Wykluczyło mnie to z Rampage, miałem sporego doła po tym… Ale jestem pewny, że już niebawem znowu będziecie mnie oglądać w Utah!

KP

Na to liczę! Czy udało Ci się ustawić życie tak, że rower to Twoja pasja i praca?

AB

Tak! Mam to szczęście, że żyję z freeride’u od 2012 roku.

KP

Jakie są Twoje plany na kolejne lata? Masz jakieś konkretne rzeczy, które chciałbyś osiągnąć?

AB

No mam kilka ciekawych projektów na najbliższe lata. Nie mogę zdradzić jeszcze zbyt wiele, ale powiem tylko że wiąże się to z powrotem do korzeni dobrego starego freeride’u i z przesuwaniem granic tego co można zrobić na rowerze!

Tutaj o dziwo jedzie w miarę spokojnie.

KP

A jaka byłaby Twoja wiadomość dla wszystkich Riderów, chcących wskoczyć na kolejny poziom sowich umiejętności? Bez względu na dyscyplinę rowerową.

AB

Moja wiadomość do wszystkich riderów brzmiałaby tak: jeździjcie ile wlezie, zawierajcie nowe znajomości, imprezujcie, róbcie pompki codziennie (śmiech). Oglądajcie mnóstwo filmów i inspirujcie się nimi, miejsce sny i marzenia i zróbcie cokolwiek będzie trzeba, żeby je spełnić. Jeszcze jedno, gimnastyka akrobacyjna dała mi mega świadomość kontroli swojego ciała, co robić będąc w powietrzu itp. To taki mój dodatkowy tip!

KP

Ok, teraz coś głupawego, ale taka nasza natura. Pytamy o to każdego. Cały Twój skill, edity, Redbull Rampage – czy to wszystko działa jak magnes na laski?!

AB

(Śmiech) Oczywiście! Jak masz jakąś szaloną pasję, jesteś w nią mega wkręcony to laski to uwielbiają (śmiech). MTB to niesamowity sport, szczególnie jego grawitacyjne odmiany i ludzie na całym świecie to kochają. Ale wiesz… nigdy nie potrzebowałem roweru, żeby mieć tysiące lasek u moich stóp (śmiech) Żartuję! Jako dzieciak siedziałem całymi godzinami w lesie kopiąc hopy i jeżdżąc z kumplami. Rower to właściwie prawdziwa miłość mojego życia!

Full focus, full commitment, full suspesnion, fullface. Fot. Nicolas Paulmier

KP

Planujesz jakiś trip do Polski? Może chciałbyś wpaść pojeździć po naszych dzikich trasach? Polecamy się na przewodników oczywiście!

AB

Bardzo chciałbym wpaść. Szymon Godziek wspominał mi też o imprezach, które chce u Was organizować, więc mam nadzieję, że to wypali. Póki co jak obecna sytuacja minie to planuję trip do Nowej Zelandii i oczywiście przygotowania do tegorocznego Redbull Rampage.

KP

Dzięki Antoine, super było z Tobą pogadać, trzymamy kciuki za Ciebie, Twoje plany i dalsze szlifowanie tricków! Będziemy Ci kibicować na Rampage Piona!

AB

Dzięki wielkie! Pozdro dla Was i wszystkich moich fanów w Polsce. Pamiętam, że pierwsi ludzie, którzy mnie w ogólne rozpoznali kiedyś, a było to w Whistler w 2010 roku, to była ekipa riderów z Polski! To było w McDonaldzie (śmiech). Więc dla mnie rządzicie, piona dla Was!

 

Rozmawiał: Krzysztof Pałys

Cover Photo: Wolisphoto

Ibis Ripmo v2 bike check

Po bardzo udanym związku z Ripmo pierwszej generacji przyszedł czas na kolejne.

Pierdololo

Po bardzo udanym związku z Ripmo pierwszej generacji przyszedł czas na kolejne. Plan był taki, aby zbudować je od podstaw dobierając każdy komponent wedle upodobań. W pierwszym wymieniłem sztycę, hamulce i kokpit. Drugi zbudowałem od zera. Sercem roweru jest nowa rama Ripmo v2, która od poprzednika różni się zaledwie kilkoma detalami. Kąt główki został wypłaszczony o 1 stopień, a mocowanie dampera zostało delikatnie przesunięte co ma w teorii wpłynąć na bardziej progresywną kinematykę ramy a co za tym idzie możliwość stosowania dampera sprężynowego. Ta narracja wydaje mi się jednak marketingowym bełkotem, już w poprzednim Ripmo z powodzeniem używałem dampera z progresywną sprężyną. Jedynym celem tej retoryki jest dla mnie otworzenie sobie rynku na zwolenników sprężyn, którzy siali defetyzm za każdym razem widząc fotografię tego modelu z damperem sprężynowym. Oczywiście to tylko moje domysły i spekulacje, nie trzeba ich brać pod uwagę, a jak ktoś chce to może nawet rzucić kamieniem. Zastrzegam sobie prawo do odrzucenia. 

Pierwszym krokiem do zbudowania roweru jest ułożenie wszystkich części na podłodze i zrobienie zdjęcia z góry.
Rama w kolorze Bug Zapper Blue (nie)jednym kojarzy się z Yeti. Kolor wygląda różnie w zależności od oświetlenia, raz wydaje się być bardziej błękitny, a innym razem wpada w turkus.
Oprócz nieznacznie zmienionej geometrii rury dostały nieco inne profilowanie. Ripmo v2 posiada ostrzejsze rysy.

Zawieszka

W rowerze zawieszonym zaraz po ramie najważniejszym elementem jest zawieszenie. Wybór padł na produkty MRP, ponieważ miałem okazję na nich jeździć przez ponad miesiąc w poprzedniej iteracji Ripmo. W mojej głowie zrodziła się myśl budowy roweru w pełni usprężynowanego. Za stalą przemawiało przede wszystkim to, że ją widać. Jak zapewne wiecie powietrza nie widać. Ciężko zaufać czemuś czego nie widać. Dlatego niektórzy nie wierzą w Boga. Poza tymi przesłankami, przekonała mnie praca widelca MRP Ribbon, jego prostota oraz to, że rower stał się bardziej skoczny i skory do leśnych harcy. Więcej o widelcu możecie poczytać tutaj:

https://knurswiny.pl/mrp-ribbon-coil-29/

Korona amortyzatora MRP Ribbon jest odwrócona odwrotnie, przez to może łapać muchy zamiast je odbijać.
Pokrętło wolnego kompresjanu zawsze pod ręką.
Pod korkiem znajduje się regulacja naprężenia wstępnego sprężyny.
Nalepka informuje nas o zakresie regulacji poszczególnych pokręteł. Rebound na dole prawej lagi, Ramp Control na lewej.

 

Na tyłach umieściłem MRP Hazzard w połączeniu ze sprężyną progresywną o twardości 400 czegoś tam (co na moje niespełna 70kg jest optymalnym wyborem). Ten sprzęt również miałem okazję ujeżdżać przez ponad miesiąc i byłem z niego niesamowicie ukontentowany. Żeby nie pisać drugi raz tego samego odsyłam do pełnego testu Hazzarda:

https://knurswiny.pl/mrp-hazzard/

Dzięki tym dwóm artefaktom rower jest w pełni zawieszony i gotowy na akty sowitego wpierdolu. Dystrybutorem marki MRP w Polsce jest Strange Summit.

Blokada dampera działa lepiej niż w Fox X2 co jest miłym zaskoczeniem.
Regulacja wolnej i szybkiej kompresji nie wymaga użycia żadnych narzędzi. Pokrętła chodzą bardzo precyzyjnie z mocno wyczuwalnym kliknięciem.
Pomimo nowej kinematyki, która w cudowny sposób jest przystosowana pod dampery liniowe zastosowałem sprężynę progresywną.

Koła

Ponieważ moje życie jest pasmem nieprzerwanego szczęści i sukcesów, od których czasem mnie już najzwyczajniej mdli postanowiłem skusić trochę los i zdecydowałem się na komponenty marki e*13. Jak wiadomo ta liczba jest powszechnie uznawana za pechową. Jako bazowy zestaw posłużą kółka LG1 Race Carbon Enduro, których komplet waży zaledwie 1810g. Koła zaplecione są na 28 potrójnie cieniowane szprychy a wolnobieg zazębia się co 6 stopni. Producent kusi dożywotnią gwarancją, a gwarancja w przypadku kół karbonowych jest w moim odczuciu kluczowa. Koła obute są w opony E13 All Terrain Enduro w mieszance MoPo. Dystrybutorem marki e*13 w Polsce jest Strange Summit.

Ogumienie e*13 jest u nas popularne jak filmy z Daniką Mori, zazwyczaj każdy o nich słyszał ale na własne oczy nie widział. Możemy wam pomóc w obu przypadkach. Info na priv.
Będzie żarło.
Średnica korpusów piast została ucywilizowana i niestety nie zmieści się już w nich chomik dżungarski.
Sprzęgło wydaje fajny miękki dźwięk. Nie nak*rwia jak rój os.

Jeśli najdzie mnie ochota, to na nieparzyste dni tygodnia oraz na dni które w nazwie zawierają literkę “r” czekają kółka Deore XT z aleminu. Również zaplecione na 28 szprych i ważące niewiele więcej bo 1932g.

Kółka rezerwowe Shimano Deore XT są atrakcyjne wizualnie, cenowo i wagowo. Zostaną obute w opony Continentala i zabezpieczone wkładką Rockstop.
Jak Arni dokręci wentyl to nie ma wiadomo czego wiadomo gdzie.
Wkładka chroni obręcze i opony przed uszkodzeniami oraz wydłuża ich żywotność. Nie pije mleka, a za sprawą ażurowej konstrukcji nie ma problemu ze sprawdzaniem stanu mleka w oponie. Nie trzeba też nic kombinować z wentylami.

Napęd

Od początku mojej przygody z enduro używałem do napędzania roweru komponentów ze stajni Robiękupę. Byłem bardzo zadowolony do momenty gdy pojawił się Eagle. W poprzednim rowerze napęd (GX Eagle) był tym co doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Dlatego piszę dziękczynne peany i chwalę Pana, za to że napełnił Duchem Świętym markę Shimano, a te pod wpływem uświęcającej łaski zrobiło napęd 1×12. W końcu jest wybór. Do nowego buildu trafiła grupa napędowa Deore XT, której czerń i grafit doskonale koresponduje ze stylistyką, którą chciałem uzyskać.

Napęd 1×12 od Shimano zmienia biegi do góry oraz w dół. Tyle samo w każdą stronę.
Zębatka 32T będzie umilała każdy podjazd. Na łańcuchu pojawiły się “sfazowania” aby zmiana biegów była jeszcze łatwiejsza.
Do korby można przykręcić pedało. Polecam.

Hamulce

Za hamowanie będą odpowiedzialne hamulce Shimano XTR, które skusiły niską wagą i bardzo dobrą mocą. Przyzwyczajenie do modulacji po przesiadce z hamulców Hope zajęło jakieś 300m jazdy. Klamka chodzi bardzo lekko i przewidywalni a do uzyskania pełnej siły nie trzeba używać dużo… siły. Dymiony srebrny kolor dodaje całości szlachetnego looku. Postawiłem na klasyczny set “rotorów” 200mm przód i 180mm tył. Tarcze w technologii Ice Tech Freeza również od Shimano. Jak się bawić to się bawić jak Paweł Jumper.

Czterotłoczkowa szara eminencja. Dostojna i brutalna jak Cersei Lannister.
Aby ją uaktywnić wystarczy pociągnąć za warkocz klamkę.
Radiator predator.

Kokpit

Kokpit wyciągnąłem ze starego roweru, ponieważ żeby oszczędzić piniążki. Mostek 1 piece Stem (69g) oraz karbonowa kierownica od 77designz tym razem przycięta do 780mm. Bardzo lubię ten zestaw i na ten moment żaden inny mnie tak nie urzeka. Do rury sterowej tak jak poprzednio wleciał przybornik EDC OneUp Components, tym razem z zestawem do nareperowywania opon. Gripy przełożyłem ze starego roweru bo jeszcze się nadawały a ja nie mam piniędzy. Rolę dystrybutora marki 77designz pełnimy my czyli Knurświny zaś OneUp Components pochodzi od Beastie Bikes (strona w budowie, licznik tyka nieustannie od 1997 roku).

1 piece (of art) Steam i karbonowa kierownica 77designz mają papiery na danhill pomimo ultra niskiej wagi.
Przybornik EDC OneUp Components zawiera niezbędne klucze imbusowe, torx 25, skuwacz do łańcucha, szydło i szczypce do wyciągania kleszczy.
Kierownica została przycięta do 780mm. Do moich gabarytów to optymalna szerokość.
Gripy w spadku po starym Ripmo, mają jeszcze dużo mięsa. Za zaoszczędzone piniążki będę mógł kupić pokarm.

Pozostałe

Za pieszczoty pośladków i prostaty odpowiedzialne jest siodło Fabric na karbonowych prętach. W danym momencie było to jedyne czarne siodełko w Thirty Three Bicycle Studio a Maciek umi przekonywać. Przyczepione jest natenczas do sztycy OneUp Components Droper Post V2.

Siodło jest trochę paradoksem, bo pomimo że nie jest do dupy to jednak trochę jest.
Sztycza o długości 180mm pracuje bardzo gładko. Literki mogą posłużyć jako znaczniki. Ja mam wysuniętą do C ale muszę schować gdzieś do P.
Manetka została przyczepiona do osobnej obejmy, gdyż w zestawie nie było adaptera pod nowy standard Shimano. Dzięki temu mam większy zakres regulacji.
Pedały e*13 base z tworzywa posiadają 11 pinów na stronę. Fajnie, że piny znajdują się także w środkowej części (za przeproszeniem) pedała.
Nauczony doświadczeniem tym razem już na wstępie zamontowałem łożyska ze stali nierdzewnej czyli kit Hellbender 70.
Aby łańcuch dobrze się prowadził zastosowałem prowadnicę Freesolo od 77designz.
Zębatka od spodu chroniona jest przed wulgarnymi uderzeniami kamieni, patyków i liści.
Nie wiem kto to wymyślił ale gdybym nie okleił w tym miejscu ramy to już bym rwał kłaki z dupy. Ten kawałek płetwy poza tym, że jest zupełnie niepotrzebny to mówi naszemu lakierowi w tym miejscu grzecznie aż stanowczo “zapraszam wypierdalać”.

Pełna specyfikacja:

Rama – Ibis Ripmo v2 Bug Zapper Blue rozm. M
Widelec – MRP Ribbon Coil 29”
Damper – MRP Hazzard + progressive coil
Koła – E13 LG1 Enduro Race Carbon / Shimano Deore XT
Hamulce – Shimano XTR M9210
Tarcze – Shimano Ice Tech Freeza
Korba – Shimano Deore XT
Suport – Shimano BSA
Przerzutka – Shimano Deore XT 12s
Manetka – Shimano Deore XT
Kaseta – Shimano Deore XT 12s
Łańcuch – Shimano Deore XT
Stery – Cane Creek Hellbender 70
Gripy – Odi Rough
Kierownica – Handlebar Carbon 77designz
Mostek – 1 Piece Stem 77designz
Sztyca – OneUp Compponent Dropper v2 180mm
Siodło – Fabric Line Pro Shallow
Pedały – E13 Base
Prowadnica – Freesolo 77designz
Wypadek talerz – 77designz

Całość została złożona w 33.Workshop, który jest częścią Thirty Three Bicycle Studio. W tym miejscu pragnę złożyć serdeczne Bóg zapłać wyżej wymienionym oraz pozostałym partnerom dzięki którym powstał ten zacny sprzęt.

PS. Wszystkie komponenty oraz ramę możecie zamówić i złożyć w Thirty Three, a kontakt z nimi to czysta przyjemność.

Mój Ci on.

Tekst i zdjęcia

Paweł Pupiń (Masko Patol)

Bieg Piastów CT42 – co można robić zimą gdy się nie ślęży

Biegówki

Co to w ogóle jest? Rozmowa w korporacyjnej kuchni:
-Byłeś na nartach? Znaczny zjazdowych?
-Nie, na biegówkach.
-A na zjazdowych też jeździsz?
-Kiedyś jeździłem, ale mnie to znudziło.
-???
No właśnie. Na biegówkach można jeździć w różnej formie. Już pod koniec pierwszego dnia jazdy na nartach wypożyczonych w jednej z jakuszyckich wypożyczalni można poruszać się w miarę sprawnie do przodu klasykiem i mieć z tego radochę. Obcowanie z przyrodą, z ludźmi. Piękne widoki, super jedzenie w Hotelu Biathlon, półgodzinne kolejki w Orlu, piwo w Czechach. Tak wyglądają zimowe weekendy kilkuset ludzi z Dolnego Śląska.
W jakuszyckich wypożyczalniach z rana, w weekend są prawie zamieszki.
Jak się zaparkuje przed 9, miejsce będzie na pewno.

Bieg Piastów

To festiwal biegowy rozgrywany przez dwa weekendy na przełomie lutego i marca.
To 44. edycja. Ludzie ścigali się w nim gdy termin kolarstwo górskie jeszcze nie istniał i 30 lat przed pojawieniem się rowerowego terminu enduro.
Dla mnie liczył się tylko jedyny słuszny dystans CT50: 50 km stylem klasycznym. Kto wygrywa go na olimpiadzie, nazywany jest Królem Nart. Chodziło mi to po głowie od lat. W 2014 byłem już zapisany, ale organizator z powodu braku śniegu skrócił trasę do 10 km, więc nie pobiegłem. Dla takiego dystansu nie warto przypinać numeru ;).
W tym roku na bieg główny zapisało się ponad 1800 zawodniczek i zawodników. Tyle co na najpopularniejsze edycje Bike Maratonu. To dużo.
Można też biegać stylem łyżwowym. Łyżwa jest szybsza i bardziej męczy. Ale do łyżwy trzeba mieć inne narty, inne buty i dłuższe niż do klasyka kije. Narty muszą być dobrze nasmarowane, a trasa przygotowana ratrakiem. W naszym klimacie biegówki zajmują 2, maksymalnie 3 miesiące w roku. Dziękuję postoję. Klasyk mi wystarczy.

Treningi

Na biegówki ciężko jeździć samemu. Do Jakuszyc jedzie się ponad 2 godziny. Bliżej, w Górach Sowich, w tym roku prawie nie było śniegu. Są jeszcze Bielice, Harrachov. Dlatego tej zimy tylko w jeden weekend udało mi się pobiegać oba dni. Na szczęście Beata i Kasia, moje znajome co mają doświadczenie w ściganiu, bo ukończyły już dwa Biegi Piastów, lubią pojeździć na biegówkach dłużej niż 2h 45 minut. Tym sposobem mogłem naknurzać dłużej niż spędziłem czasu w aucie na dojazd. Wahadłowo. Tak samo od zawsze: do przodu wycieczki, nawrót, powrót do ostatniego uczestnika i z powrotem do przodu. Tym sposobem podczas jednego wyjazdu jedni pokonują 30 km, inni 42. Każdy może się styrać ile chce.
Poza samymi biegówkami przygotowałem się i przebiegłem na początku Ślężański Górski Półmaraton Zimowy.
No i siłownia: zauważyłem, że po weekendzie na biegówkach mam więcej siły przy zginaniu nogi na maszynie. Więc może jak będę więcej zginał nogę na maszynie, to będę szybciej biegówkował? Tak zrobiłem. Jeszcze dużo podciągania i brzuchy z 20kg czajnikiem na klacie: marną technikę nadrobię siłą!

Fala

Jednego dnia tej zimy spotkałem Falę: kolegę ze studiów, z którym kiedyś spawaliśmy w jednym open space. Kiedyś Fali i jego żonie pokazałem biegówki. Dziś Fala ma przebiegniętych 5 Biegów Piastów i domowe stanowisko do smarowania nart.
Smarowanie nart w warunkach domowych. W domu można to zrobić lepiej niż robi to większość serwisów. 2 pary nart to 2 godziny roboty.
Zna się na tym niczym Knurświn na progresji zawieszenia, a jakuszyckie trasy zna jak Knurświn Ślężę. Fala stwierdził, że moje 8 letnie biegówki nadają się do zrobienia płotu. Poradził kupić nowe. Tak zrobiłem. Najdłuższy rozmiar, wersja sztywniejsza – biegówki dobiera się pod wagę i moje muszą być dobrane do mojej nadwagi.
Technologia idzie do przodu we wszystkim. Obecnie amatorskie narty do klasyka mają w części środkowej moher: włosie podobne do skiturowych fok. Podobno działa to super na lodzie. Dzięki nowym nartom pierwszy raz od lat wychłodziłem się na zjeździe. Bo jechały.
Gdy Fala zobaczył, jak podbiegam stromy podjazd stwierdził, że wsadzę mu pół godziny na Biegu. Na Ślężańskim Górski Półmaratonie Zimowym stracił do mnie 3 minuty na pierwszej rundzie… po czym przebiegł drugą, bo biegł CAŁOŚĆ – to grubszy cwaniak! Ja stwierdziłem, że to Fala wsadzi mi pół godziny.

BPS

Czyli bezpośrednie przygotowanie startowe. Wiedziałem, że ma znaczenie, dlatego półtora tygodnia do zawodów dorzuciłem sobie więcej do pieca na siłowni, a w tygodniu zawodów na nią nie poszedłem. Wyspanie dwa razy. Ładowanie węglowodanami wieczór przed. Odbiór numeru startowego tydzień przed. Dużo rzeczy zrobiłem dobrze. To zadziałało.

Vitargo

Pyra w płynie. Napój specjalnie wymyślony dla narciarzy biegowych. Opowiedział mi o nim dawno temu Zbyszek, kolega z maratonów i tras enduro. Sprawdzaliśmy je wcześniej. Nie szkodziło. Przebiegłem na nim Ślężański. W dniu startu nie było dużego mrozu, dlatego wziąłem 1,5 l do bukłaka. Miało mi to dać duże korzyści na całej trasie.

Dzień startu

Spaliśmy w Szklarskiej Porębie. Mieliśmy zarezerwowane miejsce na parkingu tuż koło startu. Bez tego byśmy w ogóle nie zaparkowali. Zdążyliśmy dojechać. Start był o 9, ale nasz (Beaty, Kasi i mój sektor miał startować o 9:24). Fala dwa lata temu pobiegł powoli, bo miał infekcję, więc jechał z sektora szóstego i startował 6 minut przed nami.
Zakładałem, że i tak będę musiał wyprzedzać dużo ludzi i jednocześnie nie chciałem się wychłodzić, więc do ostatniego sektora wszedłem jako jeden z ostatnich ubrany w worek foliowy, który miałem z siebie zedrzeć i wrzucić go do plecaka. Jeszcze trzeba było zrobić to zdjęcie.
Worek foliowy założyłem jeszcze przed startem.
Spiker powiedział, że ruszamy.
Zdarłem z siebie worek i dałem go wolontariuszowi, co już trzymał w ręku jedną folię NRC.

Ściganie

Zdjęcie www.FotoMaraton.pl
Trasa ma 42 km. Jest skrócona z powodu małej ilości śniegu. Spodziewam się czasu typu 4 godziny z hakiem.
Początek miał być powolny w tłumie i jest. Idziemy na 8, czy 12 rzędów. Mam ochotę wyprzedzać ludzi pod górę między torami, ale boję się kraksy. Organizator pierwszy punkt wymiany kijów umiejscowił 500 m od startu. Coś w tym musi być.
Organizator tak nasypał śnieg, że ciężko zauważyć, że przecinamy tory kolejowe – klasa! Za torami zaczynam wyprzedzać.
Przede mną wywraca się dwóch gości. Mijam ich kopnym śniegiem. Nie wywrócili mnie. Robię jak radził Fala: jadę mocno do pierwszego zjazdu z Działu Izerskiego na Harrachov. Im bardziej z przodu, tym bezpieczniej. Tam mogą być karambole. Dział Izerski ma być po 3,5 km. Cisnę. 3,5 km mija. Działu nie widać. Cisnę dalej. Zjazd zaczyna się dopiero po 5 km. Bolą mnie plecy. Od ładowania z kijów (czyli oba kije na raz, bez pracy nóg – tak jest najszybciej) i ze strachu. Na zjeździe nikt przede mną nie glebi. Miejscami hamuję, bo mam bardzo szybkie narty i nie chcę wjechać nikomu w plecy. Zmiana torów na zjeździe jest ryzykowna. Udało się. Wszyscy cali. No prawie, bo Beata i Kasia widziały na końcu zjazdu jak GOPR zwijał panią z raną kłutą. “Hey, that’s racing!”.
Pojawia się pierwsza mata pomiaru czasu. Wykazuje potem, że wyprzedziłem już 500 zawodniczek i zawodników.
Z pierwszą matą pojawia się pierwszy wodopój. Dostaję coś do picia. Pytają co chcę, mówię “Dajcie mi cokolwiek!”. Herbata jest słodsza od izotonika. Wszystko mi jedno. Chcę mało stracić na wodopoju. Na koniec dostaję jeszcze wafelka. Wafelki rządzą. Tętno spada na chwilę. Wodopoje są super zorganizowane. To aż dziwne, że można obsłużyć tak sprawnie taki tłum ludzi z ponad dwumetrowymi deskami przyczepionymi do stóp.
Po wodopoju można ładować dalej.
Rozpoczyna się kilkunastokilometrowy podjazd w rejon Samolotu.
Na 10 km wyprzedzam pierwszego zawodnika z numerem niższym niż 1000. Numery mają znaczenie. Oznaczają jak kto pobiegł w poprzednich latach. Im niższy numer, tym pobiegł szybciej. Ja mam 1774 – to moje pierwsze zwody biegówkowe i nie należy mi się niższy.
Na zjeździe z Samolotu razem z zawodnikiem, który postanawia pić na lewym torze powoduję niebezpieczną sytuację. Lewy tor służy do wyprzedzania, a gość na nim zwalnia. Nie mam jak zmienić toru, więc też zwalniam. Inny zawodnik wjeżdża mi w plecy. Odpycha mnie lekko. Nikt się nie wywraca. Udało się bez konsekwencji. Jedziemy dalej!
Od 20 km boli mnie lewe ramię. To lewy obojczyk złamałem parę lat temu. Znam ten ból z treningów. Wiem, że może przestać i że trzeba się z tym pogodzić.
Na 29 km jest mijanka z ludźmi dla których to 39 km. Widzę numery 400 i 500 i 1800 – są tacy co wyrwali do przodu bardziej niż ja.
Wszyscy zwalniają. Po wszystkich widać zmęczenie. Kilometry mijają szybko.
Nawet na mocnym niedotlenieniu ciężko nie zauważyć oznaczeń. Zdjęcie FotoMaraton.pl
Zbliża się Bez Łaski – jeden z trudniejszych podbiegów na trasie, który kończy się przed 39 km. Potem już tylko zjazd. Czuję spore zmęczenie, mam początki skurczy w okolicy goleni, ale wszystko kontroluję. No prawie. Na jednym z zakrętów wywracam się “na prostej drodze”. To się zdarza. Taki skurcz mnie nie wywróci, co najwyżej spali mi trochę kalorii. Wiem, że muszę cisnąc do końca, bo inni czują się gorzej. Bez Łaski to podjazd, więc wyprzedzam więcej niż na płaskim. Podjazd się kończy, pojawia się słupek 39 km. Zaczyna się ostatni zjazd Dolnym Duktem. Szukam okien do bezpiecznego wyprzedzania. Udaje się ciachnąć jeszcze kilku. Zakręt w prawo. Ostatni podbieg. 1 km do mety. Ładuję z kijów ile wlezie. Jeden z mijanych gości chce się ścigać. Przyśpiesza. To i ja. Zostawiam go z tyłu. Pojawia się ostania prosta i publiczność, a przede mną zawodnik któremu wjadę w tyłek, jak nie zmienię toru. Zmieniam tor i przy tym glebię. Ktoś krzyczy żebym wstawał. Odpowiadam, że przecież nie będę tak leżał. Meta. Obaj, wyprzedzony i wyprzedzany przyjeżdżają przede mną. Zbijając żółwika z tym, co chciał się ścigać patrzę na jego numer. Jest niższy niż mój. Będę przed nim w klasyfikacji netto. Uff. 🙂
Hey, that’s racing! Zdjęcie www.FotoMaraton.pl.

 

A tymczasem Beata i Kasia. Zdjęcie https://www.facebook.com/biegpiastow/

 

Jak widać, Dziewczynom się nie śpieszyło. Zdjęcie FotoMaraton.pl

Spis ciekawszych czasów i wyników – zegar nie kłamie.

02:07:17 czas Dominika Burego, zwycięzcy. Dominik jest też Mistrzem Polski i też jechał z bukłakiem.
02:29:23 czas najszybszego zawodnika po 60-ce. – Human hilight film!
03:14:55 czas najszybszego zawodnika po 70-ce. – Half man, half amazing!
03:56:09 czas Fali – zbudował 3 minutową przewagę na starcie i powiększył ją do 5 minut. Nie spotkałem go na trasie.
04:00:56 mój czas. 824 miejsce open.
05:52 czas Beaty i Kasi – dziewczyny jechały turystycznie.
Ukończyło 1619.  Do pierwszej połowy brakło mi kilku miejsc.
Na koniec zawinęli mnie w to sreberko.

Konsekwencje

Ramię bolało mnie jeszcze jeden dzień. Nie odpadło.

Wnioski

Ubaw był po pachy. To sport stworzony pode mnie. W przyszłym roku możemy z Falą trafić do jednego sektora. Już się tego boję. 🙂

Film organizatora

Oklejanie roweru

Jeśli nie chcemy złapać syfa, a często udajemy się w nieznany, niebezpieczny teren to warto się zabezpieczyć.

Po co?

Czy warto się zabezpieczać? Jeśli nie chcemy złapać syfa, a często udajemy się w nieznany, niebezpieczny teren to warto. Syfy nie są fajne i nie są ładne. Potrafią popsuć humor. Skoro istnieją środki ochronne to warto z nich skorzystać aby się przed tym ustrzec. Tym bardziej, że nie jest to strasznie trudne ani strasznie pracochłonne. Oklejanie gotowcami zajmuje ok 1-2h a wycinanie własnych szablonów z arkuszy to ok 3-40h. Skupimy się na drugim wariancie, w którym oprócz samego klejenia dochodzi zabawa w wycinanki.

Ładne rzeczy są ładne gdy o nie dbamy. Jeśli je zaniedbany to staną się brzydkie. Z ludźmi jest podobnie.
Do oklejenia całej ramy zużyłem 20 wykrojów.

Folia zabezpiecza lakier roweru przed rysami i obiciami. Gruba (ok 350um) folia potrafi uchronić przed całkiem mocnymi strzałami kamieni. Rower nie traci tak na wartości, a przede wszystkim cieszy oko nawet po dwóch latach użytkowania. Łatwiej zmienić kawałek zużytej folii niż przemalować rower lub jego element. A zatem rower oklejamy gdyż:

  • Chcemy
  • Możemy
  • Aby dłużej zachował świeżość

Natomiast nie oklejamy go bo:

  • Kupiliśmy rower, na który nas nie stać i będziemy na niego chuchać i dmuchać
  • Rower jest do jeżdżenia, a nie do oklejania
  • Się złamie
  • Diesel musi dymić

Użytkownicy rowerów dzielą się na dwie grupy (tak naprawdę to na więcej), na tych co oklejają i na tych co nie oklejają i głoszą tezy o bezsensie tej czynności. Z reguły im mniejsze kompetencje intelektualne posiada osoba wygłaszająca daną tezę tym ta teza jest bardziej skrajna i mocniej uderza w grupę przeciwną.

Jeśli nic nie popsujemy, oklejony rower będzie wyglądał tak samo atrakcyjnie jak nieoklejony.

Czym?

Na rynku możemy znaleźć dedykowane naklejki do oklejania rowerów. Wśród nich są takie, które są rzeczywiście dedykowane pod konkretną ramę i kosztują krocie (np. Invisiframe, HighFive Styling) oraz takie, które zawierają zestaw “uniwersalnych” wykrojów pozwalających zabezpieczyć newralgiczne miejsca (np. The Trail). 

Możemy też kupić arkusz specjalnej folii do oklejania samochodów i samemu pobawić się w wycinanki. Specjalność owej folii polega na tym, że nie wchodzi w żadne reakcje z lakierem, nie odbarwi go ani nie zostanie z nim na dobre i na złe, a próba rozdzielenia go nie skończy się tragicznie dla lakieru i naszego zdrowia psychicznego. W ten sposób oklejam już trzeci rower z coraz lepszym skutkiem i właśnie tą metodę bliżej przedstawię. Używam folii 3M Scotchgard o grubości 350um oraz 200um, nie jest wcale taniej niż przy użyciu gotowców (chyba, że porównamy koszt do Invisiframe) i jest dużo więcej zabawy. Inni mantenbajkerzy polecają też Orafol Oraguard, jeszcze inni jakąkolwiek folię do oklejania samochodów w dodatku o mniejszej grubości – tylko aby zabezpieczyć lakier przed drobnymi zarysowaniami. W takim wariancie możemy się zamknąć w ok 50zł.

3M Scotchgard 350um

3m Scotchgard 200um

Tak wygląda rolka folii. Zdjęcie ukradłem z allegro. Proszę mnie skuć.

Co potrzebujemy:

  • Folia (serio)
  • Odtłuszczacz (np. benzyna ekstrakcyjna)
  • Spryskiwacz (nie będzie wstydu jeśli będzie do kwiatów)
  • Rakla (opcjonalnie)
  • Nożyczki (dobre)
  • Miarka (dłuższa niż średnie europejskie przyrodzenie)
  • Ołówek (najlepiej miękki, aby łatwiej naszkicować coś na lewitującej folii)
  • Stojak (rowerowy)
  • Suszarka (do włosów lub brody)
  • Oświetlenie (żeby widzieć)
  • Dom (mieszkanie, garaż, strych, piwnica)
  • Czas (lub pieniądze)
  • Spokój (za pozostałe rzeczy możesz zapłacić kartą MasterCard, za spokój nie)
Rama, folia, ołówek, spryskiwacz i inne.

Jak?

Najlepszym scenariuszem jest gdy mamy kompletnie gołą ramę. Z gołą materią lepiej się pracuje, jednak nie jest niemożliwe oklejenie poskładanego roweru. W pierwszej kolejności należy odtłuścić oklejane powierzchnie przy pomocy benzyny ekstrakcyjnej lub innego odtłuszczacza. Warto sprawdzić, czy nie jest agresywny dla lakieru. 

Wygodniej jest jak rower jest zamontowany stabilnie na stojaku jednak zdarzało mi się oklejać rower siedząc na podłodze. Lumbago w gratisie.

Kolejnym krokiem są wstępne pomiary. Mierzymy maksymalną długość elementu, który chcemy okleić oraz szerokość. Wycinamy prostokąt i przykładamy go do ramy aby mniej więcej zobaczyć jak się rozłoży. 

Najsampier wycinamy prosty kształt, który później sobie nieco skomplikujemy.

Trasujemy (od strony papieru) krzywizny i miejsca, których lepiej nie oklejać, gdyż najprawdopodobniej będzie to trudne miejsce i folia zacznie się od niego odklejać (np. wpusty przewodów, krzywizny, spawy, przelotki). Wycinamy, a jeśli czegoś nie jesteśmy pewni zostawiamy mały margines na ewentualne poprawki. Gotowy (prawie) szablon przykładamy raz jeszcze na sucho i sprawdzamy czy rzeczywiście pasuje. Warto też zaokrąglić wszystkie ostre kanty, gdyż one odkleją się jako pierwsze. Zazwyczaj stosuję promień 2-5mm ale robię to “na oko”. 

Należy pamiętać, że elementy symetryczne możemy odrysowywać od razu po stronie papieru. Natomiast wszystkie elementy “lustrzane” musimy rysować w odbiciu lustrzanym. Tzn. jeżeli oklejamy bok rury przedniego trójkąta, a wykrój nie jest zwykłym prostokątem tylko odzwierciedla charakterystyczne krzywizny ramy, przykładając szablon folią do prawego boku i rysując na nim wykrój po stronie papieru będzie ona pasował na lewy bok ramy. Czego nie rozumiesz?

Lustrzane elementy możemy odrysować od siebie metodą ctrl+c – ctrl+v w wersji analogowej.

Zdarzą się też wykroje, które nie będą lustrzane ani symetryczne i wówczas trzeba uruchomić wyobraźnię przestrzenną i widzenie w więcej niż jednym wymiarze.

Jeśli pasuje to spryskujemy ramę wodą (można też użyć specjalnych środków, różnica jest taka jak pomiędzy śliną a żelem durex play, specjalnego środka zazwyczaj nie mamy pod ręką, pachnie i więcej kosztuje, spełnia natomiast taką samą funkcję). 

Podczas rysowania możemy robić wartościowe notatki.

Odbezpieczamy folię i zaczynamy zabawę. Woda ułatwia odklejanie folii jeśli przypadkiem źle przyłożymy. Warto wyznaczyć sobie (hipotetyczną) oś i jej się trzymać lub inne charakterystyczne punkty (krawędzie). Dociskamy folię punktowo tak aby pozbyć się wody i powietrza, ruchami posuwisto zwrotnymi po trajektorii cienkich pasków. Możemy do tego celu użyć specjalnej rakli, jednak mi wygodniej jest pracować bez niej. W miejscach gdzie folia nie chce się przykleić możemy sobie pomóc suszarką. Zazwyczaj są to krawędzie. Podgrzana folia jest bardziej elastyczna i lepiej się wulkanizuje. 

Na nawilżoną ramę, starannie lecz zdecydowanie nanosimy folię. Zręczne palce pomagają w osiągnięciu satysfakcji. Z niezręcznymi trwa to dłużej i niestety w tym wypadku nie jest to zaletą.
Próba generalna.
Wielki finał.
Bis suszarką.

Może zdarzyć się tak, że nie uda się wycisnąć całego powietrza i całej wody  spod folii. Z reguły łatwiej się ją usuwa spod grubszej folii. Jeśli klej już dobrze złapie to próba usunięcia bąbla może skończyć się tym iż folia się w tym miejscu rozciągnie a bąbel i tak zostanie. Zostanie też w tym miejscu babol gdyż rozciągnięta folia już się tak dobrze nie przyklei. Lepszym pomysłem jest przebicie folii cienką igłą lub nacięcie skalpelem. Małe parchokropki, które wyglądają jakby folia się dobrze nie przykleiła z czasem znikną. A jak nie znikną to i tak przestaniemy na nie zwracać uwagi gdy np. porysujemy górne lagi amortyzatora lub urwiemy nowego XTRa.

Nożyczki do paznokci nie są odpowiednim narzędziem do cięcia tego typu folii nawet jeżeli w danej chwili wydaje nam się, że są.

W dobrym tonie jest też nie naklejanie jednej folii na drugą, czym grubsza folia tym bardziej nie warto tego robić. W miejscach krzywizn możemy naciąć folię aby ułatwić wyeliminować marszczenie się. 

Czym więcej miejsc okleimy tym mniej będziemy spać spokojniej. Najważniejsza jest dolna rura od spodu, górna rura od góry, tylne widełki od zewnątrz i od spodu. Ja oklejam praktycznie wszystko gdyż pierwszą ramę okleiłem skromnie i w trzeci dzień przyozdobiłem ją całkiem pokaźną szramą w bardzo głupi sposób. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję, a Ciebie mantenbajkerze namawiam do oklejenia swojego roweru, oraz każdej części która jego jest. Amen(t)

Oklejony fragment w ujęciu very close up. Prawda, że nie widać?
Czym grubsza folia tym bardziej widać krawędzie. Nawet logiczne.
Wykroje wycinane pod kształty ramy wyglądają mniej chamsko niż prostokątne nalepki.
Lakier najchętniej odpada z ostrych krawędzi.

 

(Paweł Pupiń) Masko Patol

Było sobie… drzewo

Na skutek silnych wiatrów, które przeszły przez Polskę w ostatnich dniach, naszemu bezpieczeństwu podczas przemieszczania się po lesie

Na skutek silnych wiatrów, które przeszły przez Polskę w ostatnich dniach, naszemu bezpieczeństwu podczas przemieszczania się po lesie, czy to rowerem, czy pieszo lub na nartach, grożą połamane i powyrywane z korzeniami drzewa.

Często stan lasów po wichurach jest katastrofalny, plątanina połamanych i powalonych drzew stwarza niebezpieczeństwo dla ludzi, nie mówiąc o tym, że zwiększa też ryzyko pożarowe, zwłaszcza latem. Nadleśnictwo wówczas ma podstawy do wprowadzenia zakazu wchodzenia do lasu (ustawa o lasach daje w tego typu sytuacjach możliwość wprowadzenia całkowitego zakazu wstępu do lasu), ale często jedynie apeluje o rozwagę i zachowanie szczególnej ostrożności. W wielu lasach silnie dotkniętych nawałnicą leśnicy wystawiają tablice informujące o grożącym niebezpieczeństwie. Kiedy na swojej trasie spotkacie takie oznaczenie, do lasu możecie wejść, ale musicie zachować szczególną ostrożność, bo nadal obluzowany konar może spaść wam na głowę. Do lasu wchodzicie wówczas na własną odpowiedzialność, ale kary nie zapłacicie. Zapłacicie ją, jeśli w danym nadleśnictwie wprowadzono zakaz wstępu do lasu, za którego złamanie grozi mandat w wysokości 500 zł.

Już nawet dzieci widzą, że warto ominąć drzewo leżące na trasie.

Konar zwalony – propozycja podania.

Tak, wiemy, że słowo „zakaz” u wielu z nas wywołuje od razu sprzeciw. A gdy jeszcze słyszymy/czytamy: „Zakaz wstępu do lasu”, to już od razu się najeżamy. Warto jednak zachować się adekwatnie do sytuacji, po prostu dlatego, że duża ilość drzew z naderwanym systemem korzeniowym, zawieszonych czy uszkodzonych, które w każdej chwili mogą się przewrócić, jest zwyczajnie niebezpieczna. 

Newsy o warunkach panujących w poszczególnych nadleśnictwach znaleźć można na specjalnej mapie.

Specjalna mapa.

Czasem możemy wykorzystać np. opierając o nie rower.

Przechodząc pod drzewem bardzo łatwo podrzeć rajstopy, za które Lasy Państwowe niechętnie oddają piniążki.

Informacja o zagrożeniu to w Lasach Państwowych jedyna legalna metoda zapobiegająca ewentualnym wypadkom podczas silnego wiatru. Nie można zamknąć lasu podczas wichury. Ale można przypomnieć o tym roztargnionym lub pozbawionym instynktu samozachowawczego znajomym, np. udostępniając informacje o nadchodzącym zagrożeniu na którymś z licznie odwiedzanych portali społecznościowych. Często to działa!

Na koniec dobra rada Matki Polki. Podczas wichury warto puścić pacholęta przodem (zwłaszcza gdy są jeszcze w wieku nieproduktywnym). W razie wypadku nasz domowy budżet nie ucierpi tak bardzo.

Joanna Sobieralska (Mother Biker)

Ibis Ripmo – Pato(l) bike check

Już pierwszy zjazd pozwolił mi stwierdzić, że chcę ten rower. Jechało mi się na nim szybciej i pewniej, a jeszcze nawet dobrze nie zapamiętałem jego imienia.

Niby nic, a tak to się zaczęło.

Po przeszło 3 sezonach na YT Capra w rozmiarze S zapragnąłem zmienić rower na większy. Dylemat był duży, ponieważ mając możliwość jazdy na różnych rowerach odkryłem, że żaden specjalnie mnie nie zachwyca i nie pociąga a zmiana na Capre w rozmiarze większym była trochę bez sensu. Wiedziałem więc, że jeśli zmienię sprzęt to na całkowicie inny, gdyż 0,5 stopnia na główce, 1cm reachu i zawiecha innego brandu nie sprawi, że odkryję kolarstwo górskie na nowo. Wraz z wiekiem, potrzebne są coraz mocniejsze bodźce, a zatem w mojej głowie pojawił się niecny plan żeby przejść na większy rozmiar koła, co przy wzroście 171cm rodziło pewne obawienia. Mniej więcej w tym samym czasie na rynku pojawił się Ibis Ripmo, które też trafiło w nasze łapska do testów. Już pierwsza jazda na za dużym rowerze (bo w rozmiarze L) utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie ma co się bać dużego koła. Pierwszy zjazd pozwolił mi stwierdzić, że chcę ten rower. Jechało mi się na nim szybciej i pewniej, a jeszcze nawet dobrze nie zapamiętałem jego imienia. Zaznaczę jeszcze, że pierwsze zdjęcia Ripmo totalnie mnie do niego nie przekonywały i przywodziły wspomnienia zabaw na trzepaku w wieku szczeniackim, a teraz uwielbiam na niego patrzeć. To już nie zauroczenie, to miłość.

Tyłobok od strony napędu prezentuje się tak.

Szlachetne i niefastfoodowe dodatki.

Blękitny lakier i pomarańczowe wstawki grają ze sobą idealnie.
Zawieszenie

Pod strzechą zagościł set na GX Eagle z upgradem zawieszenia do Fox X2 i Fox 36 Factory. W międzyczasie na rynek wszedł nowy tłumik Foxa Grip2 i właśnie taki dostałem z rowerem.
Po kilkuletniej przygodzie z BOSem Deville oczekiwania w stosunku do pracy widelca były delikatnie mówiąc wysokie. Tłumik Grip2 dwa posiada wszystkie regulacje świata (HSC, LSC, HSR, LSR, ASF, HBO, SLD, HIV). Kilka zmian w stosunku do “książkowych” ustawień i chodził jak złoto. W późniejszej fazie współżycia dołożyłem MRP Ramp Control, który dodatkowo zwiększył możliwość setupu widelca o płynną regulację progresji oraz sprawił, że widelec stał się jeszcze czulszy w początkowej fazie skoku (przez możliwość obniżenia ciśnienia).

Więcej o MRP Ramp Control możesz przeczytać TUTAJ.

Damper X2 zapowietrzył się już w pierwszym miesiącu użytkowania. Później zrobił to jeszcze dwa razy (na przestrzeni półtora roku). Poza tymi kaprysami to bardzo dobry sprzęt, w którym również możemy ustawić wszystko. Regulacja odbywa się za pomocą klucza imbusowego co potrafi być upierdliwe, ale przynajmniej nie ma się ochoty kręcić gałami na każdym postoju, co nie jest zbyt rozsądne. Najlepiej poświęcić czas raz i mieć to z głowy.

Fox 36 Factory z tłumikiem Grip2 ze 160mm skoku pozwala na wiele w każdym terenie.

A z upgrajdem o Ramp Control na jeszcze więcej.

Fox Float X2 posiada również wszystkie możliwe regulacje i jednego tokena.

Pokrętło do zarządzania kompresjanami.
Koła

Kolejnym upgradem były karbonowe koła na piastach sygnowanych logiem Ibisa. Co do piast to nigdy się nad nimi specjalnie nie spuszczam, nie lubię gdy hałasują więc dopłacanie pierdyliarda monet do części, która w rezultacie będzie mnie w*urwiać uznałem za zbyteczne. Przednia piasta to z kolei korpus i dwa łożyska, więc who cares jaki brand za nią stoi. Piasty okazały się trwałe i po 2500km bez zaglądania do nich kręcą się bez żadnych oporów i niepokojących dźwięków.
Szerokie na 35mm (wewnątrz) obręcze powodują, że opona bardzo fajnie się układa i sprawia wrażenie szerszej. Opony wskakują bez problemu. Asymetryczna budowy obręczy pozwala na zastosowanie w całym rowerze jednej długości szprych, co jest mega w przypadku kupowania szprych zapasowych. Jest to nieco mniej fajne przy stosowaniu niektórych wkładek. Do tylnego koła wrzuciłem wkładkę Rockstopa, której kształt lepiej współgra z obręczami symetrycznymi.
Tylną obręcz udało mi się popsuć, pęknięcie było mikro, nie powodowało utraty ciśnienia, jednak koło zostało wymienione na gwarancji bez żadnych problemów. Wkładka została zamontowana po odkryciu pęknięcia w starej obręczy i siłą rzeczy trafiła do nowej, aby wykluczyć w przyszłości tego typu defekty.

Karbonowe obręcze sprawiają, że rower bardzo precyzyjnie się prowadzi.

Opony bardzo dobrze się układa i sprawia wrażenie szerszej.

Koła oczywiście są przystosowane do zamleczenia.

W tylnym kole mieszka wkładka Rockstop.
Hamulce

W komplecie były heble Shimano, już nawet nie pamiętam jakie. Wymieniłem je na Hope Tech 3 e4. Zawsze podobały mi się klamki i zaciski Hope. Zbierały dobre opinie w sieci, przemawiały za nimi także łatwość serwisu (każda część dostępna osobno). Przygoda z nimi była w moim przypadku dość burzliwa praktycznie przez cały okres użytkowania. Modulacja jest super, siła także wystarczająca, jednak problemem była konsekwencja egzekwowania tej siły. Hebel raz działał super a raz nie działał super. Przyczyną okazały się klocki. Fabryczne metaliki Hope zastąpiły jakieś zamienniki – nie wiem jakie, gdyż ofiarował mi je kolega widząc moją krzywdę. Od tej pory problemy się skończyły. Gdy tarcze Shimano dokonały żywota wrzuciłem zestaw Hope na aluminiowym pająku z akcentem kolorystycznym.

Na zaciski Hope przyjemnie się patrzy.
Zarówno od tyłu jak i od przodu.

Pomarańczowe tarcze pasują do nalepek.

Klamka posiada regulację w przód, tył a nawet w bok.
Kokpit

Ponieważ jestem estetą seryjny kokpit wyleciał zanim jeszcze wyszedł z kartonu. Krzywdy jaką producenci wyrządzają swoim rowerom wrzucając mostki i kiery sygnowane ich logiem nie potrafię zrozumieć. Jednym słowem seryjny kokpit wygląda jak paździerz. Prąciowy feeling kiery i mostek bez wyrazu zastąpił minimalistyczny kokpit 77desigz. Mostek o nietypowej konstrukcji na dwie śruby waży tylko 69g. Kierownica bez przaśnych napisów turbo rejs karbon psikuta(s) jest wykończona bezbarwnym lakierem, a jej włókna lśnią jak czupryna Świtezianki w pełni księżyca, który jak wiadomo świeci światłem odbitym.

W chwili gdy przedstawialiśmy markę 77designz na naszym kanale YT ten innowacyjny kokpit jeszcze nie istniał, ale możecie posłuchać o niej tak czy inaczej dokładnie TUTAJ.

Dzięki kokpitowi 77designz nie musimy iść do galerii aby podziwiać dzieło sztuki.
Pozostałe apgrejdy

Od razu wymieniłem sztycę na Bike Yoke Revive. Posiadałem taką już w poprzednim rowerze i byłem z niej niesłychanie zadowolony. Ripmo posiada krótką rurę podsiodłową więc wpadła sztyca o długości 185mm. Wygodna manetka i całkowita bezobsługowość pozwala wymazać z pamięci przykre doświadczenia z Reverbem i cieszyć się bezproblemową pracą w każdej temperaturze.

Obszerniej o sztycy przeczytasz TUTAJ.

Rower klasycznie przychodzi bez padałów. Od jakiegoś czasu używam wyłącznie pedałów z tworzywa, gdyż aluminiowe pedzie, które nie ważą tony kosztują jakieś chore pieniądze i całkiem szybko zaczynają się chędożyć. Wybór padł na pedalce TAG Metals. Prosta konstrukcja, całkiem niski profil, akceptowalna waga i żywotność za niespełna 200zł.

O pruduktach TAG Metals trochę nawijaliśmy na naszym kanale YT – sprawdź to sprawdź.

Prowadnica łańcucha również od 77designz waży tyle co nic i dodatkowo zabezpiecza łańcuch przed spadaniem.
Zestaw narzędzi chowany w rurze sterowej wymaga nagwintowania tejże. Oprócz najprzydatniejszych kluczy możemy doń przykręcić nabój lub zestaw do reperacji opony (sznurki+szydło).
Łożyska w sterach CC Forty całkiem szybko zaczęły wydawać dziwne dźwięki więc wrzuciłem kit Hellbedner 70 – łożyska z nierdzewki i nastał spokój.

Sztycę Bike Yoke Revieve możemy odpowietrzyć w 5s w terenie.

Manetka jest bardzo ergonomiczna.

Pedała(ły) TAG Metals wytrzymują sporo strzałów.

Prowadnica łańcucha 77designz waży mniej więcej tyle co nic.

EDC One Up Component umożliwia jazdę bez narzędzi w kieszeni.

Posiada niezbędne imbusy, torx 25, skuwacz do łańcucha i możliwość przykręcenia naboju.
Jazda

To jak rower jeździ pisaliśmy już w pierwszym teście oraz w długodystansowym teście Królika. Nie będę powielał ohów i ahów. Jestem z tego sprzętu absolutnie ukontentowany. Zarówno na stukilometrowe tripy po górach jak sesje w bikeparku. Udało mi się na nim wywalczyć trzecie miejsce na czeskiej etapówce MTB Trilogy (na krótszym dystansie) a także mieścić w top 15 w polskiej serii zawodów Enduro MTB Series.

Ripmo chętnie wchodzi na gumę. Fot. Łukasz Kopaczyński

Dostarcza mnóstwo wrażeń na co dzień i od święta. Fot. Łukasz Kopaczyński

Radzi sobie doskonale na długiej etapówce oraz podczas wypadu do bike parku.

PS. Bardzo bym chciał aby mógł nim się teraz cieszyć ktoś inny dlatego rower wystawiony jest na sprzedaż, a ja już czekam na nowe Ripmo 🙂

Link do ogłoszenia:

RIPMO KUP TERAZ

Siła, masa, pierdolnięcie ep. 05 – Trener personalny

Po zabawach w crossfit, siłkach, ćwiczeniu w domu i przeżyciu prawie 40 lat, niektórzy dochodzą do wniosku, że może warto zainwestować hajsiwo w trenera personalnego. Niektórzy mogą uznać, że stówę za godzinę można lepiej spożytkować, zatrzymując się na poboczu jednej z dróg krajowych. Niestety popularyzacja ekspresówek powoduje, że takie możliwości radykalnie się marginalizują

Po zabawach w crossfit, siłkach, ćwiczeniu w domu i przeżyciu prawie 40 lat, niektórzy dochodzą do wniosku, że może warto zainwestować hajsiwo w trenera personalnego. Niektórzy mogą uznać, że stówę za godzinę można lepiej spożytkować, zatrzymując się na poboczu jednej z dróg krajowych. Niestety popularyzacja ekspresówek powoduje, że takie możliwości radykalnie się marginalizują. Z tego powodu skupimy się na wydawaniu na personal coacha, bo i benefit lepszy i mniejsze ryzyko.

Stówę można wydać na roczny zapas słoninki do karmika albo na trening na którym się dotknie kolegę. Fot. Krzysztof Stanik

W sumie, jeśli umiecie ogarnąć się na siłce, macie pojęcie na treningu, jesteście kurewsko zmotywowani i nigdy nie robicie nic źle, taka forma treningu nie jest Wam potrzebna. Z drugiej strony, jeśli patrząc w to siłowniane lustro pięść zaciska się i sama zmierza do Waszej twarzy, celem zajebania Was samych, może warto pomyśleć o wartości dodanej treningu, bo dostajecie kogoś kto:

  • pomaga wyznaczać cele  
  • układa trening zgodny z preferencjami
  • rozumie Wasze ograniczenia (np. tendencje do kontuzji)
  • zauważa słabości i niweluje je w trakcie

Od kręcenia w miejscu zimą nie uciekniesz. Tu przy okazji ćwiczysz bicka na długie zimowe wieczory Fot. Krzysztof Stanik

Nasze i przyjaciół doświadczenia z trenerami różnej maści można zgrupować w następujące profile:

  • Przaśny Ździchu – dużo żarcików o dziurach i ruchaniu. Za młodu umiłowanie fitnessu i ładnego bicka. Od X lat chłop powtarza to samo i mu to działa, więc i Tobie pokaże. Słabo ze słuchaniem potrzeb.
  • Biggest cock of the gym – szukać w boxach crossfit – Cytaty:  “… dajesz kurwa dajesz, sportowiec na martwy bierze 3x ciężar swojego ciała”. “..Kontuzje….. A kontuzje ….. mi się nie przytrafiają”, “jak to kurwa nie wiesz kto to Mat Fraser ?”  W głowie tylko martwy, clean and jerk. Koniecznie jakiś tatuaż 🙂 
  • Merytoryczny trener pokazowy – Cytat: “Moje zawodniczki są tak zmotywowane, że od pół roku nie miały okresu, .. tak tyrają” Focus na zawodników, bo przecież tylko bycie zawodnikiem ma sens. 
  • Egocentryczny Daenerys Targaryen z kutasem – Cytat: “Haaaalo, taaa jestem trenerem dyscypliny X, Zawodnikiem, redaktorem i pracownikiem akademickim. Jestem tak zajebisty, że nie mieszczę się w ramkę, też nie słucham, bo wiem najlepiej”
  • Przedsiębiorczy Rysiek – niby wszystko spoko, ale przez połowę Twojego treningu przybija piątki z ekipą z boxa albo dealuje z kimś przez tel. 

Odbity w lustrze precel miłości w nowym roku symbolizuje zawsze niesuche mleko w oponach i dobrobyt na podjazdach Fot. Krzysztof Stanik

Pewnie każdy mógłby poszerzać tę listę bez końca. Ważniejsze jest jak uniknąć takiego fakapu? Bo praca z takimi prawdziwkami jest smutna i te 100 za godzinę, jednak lepiej i przyjemniej zostawić u leśnego ssaka, np…Roksany, Iriny lub … Siergieja. Co tam kto lubi.

Po naszych doświadczeniach zebraliśmy garść minimalnych oczekiwań od coacha.

Gibkość pantery przydaje się na podjazdach, gdybyście chcieli dodać sobie animuszu i powąchać swe jaja bez sięgania do nich. Fot. Krzysztof Stanik

Początek 

Fajnie jak trener ma dla Ciebie czas i chce pogadać o oczekiwaniach, celach, potrzebach. W końcu na jakiejś podstawie gość ma zmontować dla Was dedykowany trening. Wielu żongluje sloganem “Indywidualne podejście” jak Rocco Sigfredi cyckami i trochę smutne jest jak osoba wchodząca na trening po Was ma identyczne ćwiczenia. My na początku naszej przygody z naszym coachem – Dawidem zostaliśmy zważeni, pomierzeni i pogadaliśmy dlaczego ważne są dla nas takie cele, a nie inne. Opowiedzieliśmy też o naszej przeszłości sportowej i urazach.

To jest zupelnie inna jakość gdy masz po treningowe rozciąganie dedykowane nie tylko pod ćwiczenia z treningu ale też pod to co akurat Ci się spięło. Fot. Krzysztof Stanik

Profil osobowy

Trener nie musi być najbardziej napompowaną osobą na siłowni (boxie..), ale musi dobrze wyglądać. Przez określenie „dobrze” mamy na myśli proporcjonalne ciało, nie przerośnięte, dobrze odżywione dietą, a nie odżywkami. Skóra zdrowa, a nie pryszczata – co mogłoby wskazywać na żarcie koksu i innych małpich sperm. Miło, gdy nie jest ulaną świnią. Jeśli ma jakieś osiągnięcia w sporcie to dodatkowy plus. Nawet duży. Uważajcie tylko, aby nie czerpał z jednego sportu.

Nie ma ten teges – ławeczka musi być. Dobrze aby trening nie składał się z samych ćwiczeń “siłownianych” Fot. Krzysztof Stanik

Różnorodność i dedykowanie

Zerkajcie na ilość sportów jaką uprawiał. Skąd czerpie pomysły na ćwiczenia?  Wszechstronność gwarantuje Wam wszechstronne ćwiczenia. Weźmiecie gościa z backgroundem tylko ciężarowym to będziecie najpewniej w większości przerzucać żelastwo. Mamy szczęście mieć jako coacha byłego dziesięcioboistę z osiągnięciami. Dziesięciobój to dziedzina wymagająca kurewsko dużej wszechstronności. W dodatku każdą wolną chwilę spędza na rowerze, rolkach i innych sportach. Dzięki temu przez 3 miesiące treningów żadne ćwiczenie nie powtórzyło się dwa razy 🙂 oprócz martwego i przysiadów.  Oczywiście każdy trening dzieli się na 15 min rozgrzewkę, 1h właściwego treningu a potem 15 min stretchingu, ale na tym podobieństwa się kończą. Może jego studio Fitcoach nie jest duże (nie musi być !!) i nie śmierdzi na kilometr testosteronem, ale treningi są zaskakująco wszechstronne i ciekawe.

Pomoc w celu 

Idąc do personalnego mieliśmy 3 cele:

  1. Stabilizacja i wzmocnienie core
  2. Poprawienie wyglądu ciałka
  3. Poprawienie skoczności i zwierzęcości 🙂

Po pierwszym treningu usłyszeliśmy od coacha, że punkt trzeci zaczniemy robić za pół roku, bo jesteśmy tak koślawi, że się porozwalamy przy skokach i mocno dynamicznych ćwiczeniach. 

A jak liczymy na cool ciało szybko,…. to żebyśmy się nie rozczarowali. I to jest czego oczekiwaliśmy. Nie pieprzenie marketingowe, że wszystko się da, tylko obserwacja i jasne określenie i rewalidacja celów. Pamiętam zajęcia crossfit, na które przychodziły grubasy i bezmięśniowi licealiści, każdy dostawał sztangę i akurat rypaliśmy martwe na czas. Trener o zdecydowanie największym kutasie (na 100% wytatuowanym by być bardziej cool) wykrzykiwał, że każdy da radę, bo to piękno crossfitu. Sporo osób dość szybko łapało kontuzje. 

Nauczmy się chodzić lub nawet raczkować, zanim zaczniemy biegać.

Z kettlem na jajach jeszcze nikt nie kłamał. Fot. Krzysztof Stanik

Obserwacja

Często nie zdajemy sobie sprawy z naszej nieprawidłowej postawy czy pozycji podczas wykonywanych ćwiczeń. Lustro nie skoryguje nam tego – musi to zrobić osoba z zewnątrz – najlepiej trener, który wie jak nas skorygować. Fajnie jeśli dodatkowo taka osoba jest wykształcona pod kątem podstaw fizjoterapii i potrafi dobrać dla nas ćwiczenia korygujące. W naszym przypadku często słyszymy uwagi jak: łopatki razem, nogi prosto, głowa wyżej, …. dupa wyżej, aaaa …. nie….. o dupie wyżej słyszymy tylko w pracy 🙂  Jeśli nie jesteśmy tego w stanie skorygować, coachu przerywa ćwiczenie i robimy takie, w którym umiemy panować nad ciałem. Uwagi o łopatkach czy nogach wynikają z jego spostrzeżeń, ale też z informacji, które przynosimy od naszego fizjoterapeuty.

Dobry coach swym przenikliwym wzrokiem zajrzy Ci w każdą dziurę. Fot. Krzysztof Stanik

Słuchanie 

W dzisiejszym świecie kiedy każdy pręży i pucuje pałę by była ładniejsza, ciężko jest o ludzi którzy słuchają i procesują.

Dobry trener dopasuje trening do naszych możliwości, korygując jednocześnie nasze braki, dobierze jego intensywność i charakter do podopiecznego, biorąc pod uwagę również jego stan psychiczny – bo nie każdego dnia czujemy się doskonale. 

Przedtreningowe zapytanie „Jak tam się czujesz dzisiaj? Jak nastrój?” nie oznacza anglosaskiego bullshitu. W zależności od odpowiedzi powinien dopasować ćwiczenia – czasami z pewnych rezygnując, albo dodając np. ćwiczenia oddechowe – które pełniły również funkcję relaksacyjną kiedy dowiadywał się, że Twój dzień jest prąciowy, albo dodając interwały kiedy masz dzień konia. Trening ma być fajnie spędzonym czasem, formą rozrywki, a nie katorgą, męczarnią czy przykrym obowiązkiem.

Spoko jeśli każdy rzeczowo określi sobie, czego potrzebuje. Większość z nas ma słaby core  i w dodatku jesteśmy pokaleczeni koślawościami z przeszłości. Zima i trener personalny plus opinia fizjoterapeuty są dla nas gwarancją w miarę bezbolesnego prostowania tych wszystkich słabostek i niedociągnięć ze skutkiem ubocznym w postaci rzeźbienia sylwetki. W sumie więcej mięsa to lepszy attract na płeć przeciwna i miększe lądowania. A sensowny coach to motywacja, przyjemność i większa gwarancja osiągnięcia celów bez uszkodzenia się.

Kilka słów otuchy się przydaje kiedy chcecie sobie spuścić kettla na ryj. A poważnie to spoko kiedy coach powie Ci – weź idź po mniejszy ciężar bo kaleczysz. Fot. Krzysztof Stanik

Dodatkowa motywacja

Ćwiczenia takie jak wariacje planków, przeskoków na bosu, przysiadów na piłkach są tak zrypane, że sami w domu nie wyciągniecie z siebie tyle co w przypadku, gdy ktoś ustawi Wam timer i karze cisnąć do porzygu. Nie lubimy kasować swoich słabości, bo jest to tak przyjemne jak oglądanie psów szczepionych dupami na wystawie bolidów F1. Z motywacją z boku da się to robić nawet przyjemnie.  Dzięki za pomoc w przygotowaniu art Krzysztof Stanik (Foto)  i Dawid Pyra (nasz coach)

Zbyt mocne parcie może skutkować urodzeniem czegoś. Fot. Krzysztof Stanik

Remy Metailler – wywiad

Remy Metailler – gwiazda freeride’u i urban DH. Twórca epickich editów rowerowych, w specjalnym wywiadzie dla nas!

Krzysiek Pałys

Cześć Remy! Dzięki, że znalazłeś chwilę na rozmowę. Przede wszystkim jesteśmy pod

dużym wrażeniem Twoich skilli. Masz naprawdę sporo fanów w Polsce a Twoje edity są

tu dobrze znane!

 

Remy Metailler

Dzięki stary i dzięki za zaproszenie!

 

Krzysiek Pałys 

Czy byłeś kiedykolwiek w Polsce, może odwiedziłeś któreś z tutejszych miejscówek

rowerowych?

 

Remy Metailler

Nigdy u was nie byłem, ale Polska jest zdecydowanie na mojej liście do odwiedzin!

Słyszałem, że macie tam piękne miejsca i bardzo chciałbym pojeździć po nich na

rowerze.

 

KP

Jak dokładnie zaczęła się Twoja przygoda z rowerem?

 

RM 

Właściwie jak każdy dzieciak zacząłem się bawić rowerem codziennie po szkole. Trochę

bardziej na serio zacząłem jeździć w wieku 16 lat, ale wtedy jeszcze jeździłem

stosunkowo rzadko. Można powiedzieć, że przygoda z rowerem na dobre rozkręciła się

kiedy w wieku 20 lat przeprowadziłem się do Whistler i od tamtego czasu nie ma już dnia

bez roweru!

Naturalne środowisko dla Remy’iego… zabójcze dla większości z nas…

 

KP

Też bym jeździł codziennie mieszkając Whistler!

 

RM

(Śmiech)To wpadaj!

 

KP

Wiem, że trenowałeś też motocross?

 

RM

Tak, miałem motor przez parę lat i kochałem tę zabawę. Ale teraz skupiłem się na

jeździe rowerem ścieżkowym/enduro zamiast motoru. To jest mega frajda, szczególnie w 

rejonie, w którym mieszkam. Tam jest cała masa możliwości.

 

KP

Funkcjonujesz wśród największych międzynarodowych gwiazd freeride’u! Jakie to

uczucie? Mówimy o ludziach, włączając Ciebie, którzy są znani na całym świecie z

filmów czy udziału w  zawodach.

 

RM

To jest bez wątpienia wspaniałe uczucie, ale największą nagrodą jest dla mnie widzieć

to, że ludziom podoba się to co robię. Zarówno dzieciaki jak i dorośli są wkręceni w

content, który robię, oglądają go, podoba im się i to się dla mnie liczy najbardziej! To 

w sumie dla mnie taka nagroda za to robię.

 

KP

Jesteś znany z naprawdę dużych lotów na rowerze. Jak to jest z Twoimi granicami

strachu? Jak sobie w ogóle radzisz ze strachem?

 

RM

Największy strach jest zawsze przed pierwszą próbą. Zwykle to jest dla mnie po prostu kalkulacja.

Naprawdę daję sobie czas przed każdym dużym skokiem i przygotowuję się do niego,

sprawdzam wszystko i skaczę, kiedy jestem w pełni gotowy. Jak już zrobię to pierwszy

raz to potem już mogę się tym bawić. Strach mija wraz z dobrym przygotowaniem i

pewnością siebie. Ćwicz i będziesz coraz lepszy w radzeniu sobie z tym, z

poznawaniem swoich granic i ocenianiem na co możesz sobie pozwolić. Ale pamiętaj,

że strach jest też tym co zapewnia ci bezpieczeństwo.

 

KP

A co z Twoimi dzwonami? Widziałem kilka z nich na zawodach typu urban downhill,

wyglądały dosyć paskudnie. Jaki był Twój najpoważniejszy wypadek?

Utah i treningi w stylu Rampage.

RM

Tak… raz przekręciłem za mocno whipa na skoku (na wspomnianych zawodach urban

DH Taxco) i złamałem kręgosłup. To była masakra. Już jest wszystko dawno ze mną 

ok, ale to było dosyć przerażające…

 

KP 

Kręgosłup to poważna sprawa, cieszę się że wszystko już z tego wyszedłeś!

Ostatnio wrzucasz sporo filmów z bardzo trudnych technicznie, śliskich i stromych

ścieżek – obstawiam, że głównie z Kanady? Czy to jakiś rodzaj treningu? Bardzo mi się

to podoba, wygląda jak szukanie optymalnej linii w mega trudnym terenie.

 

RM

Tak! To jak szukanie czegoś całkiem nowego na znanych ścieżkach. To niesamowita

zabawa i bardzo satysfakcjonująca! No i to też szlifowanie umiejętności.

 

KP

Czy udało Ci się tak ułożyć życie, żeby rower był Twoją pracą?

 

RM

 Tak, rower to moja w pełnoetatowa praca!

 

KP

A jak wyglądają Twoje plany na następne lata? Czy masz jakieś konkretne cele lub

wyzwania? Może jakaś wysoka lokata na Rampage?

 

RM

 Tak jak zwykle i co roku, planuję: edity rowerowe, starty w zawodach serii Urban DH no i będę

starał się powrócić na Redbull Ramapge. Ale przede wszystkim planuję masę dobrej,

rowerowej zabawy!

 

KP

Jaka byłaby Twoja wiadomość dla wszystkich jeżdżących osób, które starają się

wskoczyć ze swoim skillem na kolejny poziom?

Remy wywodzi się z freeride’u, ostatnio dodatkowo zapałał miłością do jazdy po ścieżkach typu enduro.

RM

Miejcie przede wszystkim z tego zabawę i jeździjcie mądrze!

 

KP

No dobra, to teraz nieco głupkowate pytanie, które zadajemy każdemu rozmówcy. Czy

uważasz, że te wszystkie imponujące sztuczki, Rampage i Twój skill jest magnesem na

laski?

 

RM

(Śmiech) Nie, nie za bardzo (Śmiech) Większość dziewczyn, z którymi się bujałem nie

miało nic wspólnego z rowerami ani się nimi nawet nie interesowały!

 

KP

Chciałbyś wpaść do Polski któregoś dnia i zwiedzić nasze miejscówki rowerowe?

Bardzo chętnie zostaniemy Twoimi przewodnikami!

 

RM

Zdecydowanie! Bardzo bym chciał i myślę o tym, może uda mi się w przyszłym roku, zobaczymy jak

się ułożą moje plany.

 

KP

Dzięki Remy, trzymamy za Ciebie kciuki, działaj dalej, bo odwalasz kawał dobrej,

rowerowej roboty!

 

RM

Dzięki wielkie za rozmowę, i za to że się do mnie odezwaliście!

 

Rozmawiał: Krzysiek Pałys

Zdjęcia: Remy Metailler

Siła, masa, pierdolnięcie ep. 04 – Crossfit

“Wstawaj, spóźnimy się na na crossfit”. Ile razy Twój partner szeptał Ci do ucha te słowa czule merdając starannie wyczesanym kucykiem paleo?

“Wstawaj, spóźnimy się na na crossfit”. Ile razy Twój partner szeptał Ci do ucha te słowa czule merdając starannie wyczesanym kucykiem paleo? Moda na crossfit zapanowała w Polsce około 6 lat temu. Popularne stało się wtedy stwierdzenie, że najważniejsze w chodzeniu na crossfit jest mówienie o tym, że chodzimy na crossfit. I tak faktycznie było. W zasadzie pod kątem epatowania wykonywaniem tej aktywności można tu dostrzec sporo podobieństw do rowerowego enduro. Niedługo trzeba czekać aby dokładnie naprzeciw pojawiła się druga grupa osób, która zacznie z tego szydzić. To w pewien sposób wypacza obraz tej dyscypliny i potrafi zniechęcić nowych adeptów. Zaleca się przyjąć zasadę, która w każdej innej dziedzinie życia znajduje zastosowanie, a mianowicie “miej wyjebane, a będzie Ci dane”. W szczególności miej wyjebane na opinie tych co nigdy nie próbowali.

Stereotypowy wygląd faceta trenującego crossfit przyozdobionego kucykiem paleo.

Crossfit wciągnął mnie od pierwszych treningów, nie dlatego że był popularny ale przez mnogość ćwiczeń, intensywność, zróżnicowanie treningu, element rywalizacji na zajęciach, połączenie gimnastyki z ciężarami itd.

Właśnie to zróżnicowanie wymaga od ćwiczącego sporego zaangażowania, gdyż wiele wzorców ruchowych wykorzystywanych podczas ćwiczeń zaczyna nas przerastać co prowadzi do koślawego wykonywania ćwiczeń, byle jak najszybciej, byle jak najwięcej, bez uważności i rozwagi. A to jest bardzo szybka droga do kontuzji. Możliwe, że kinesiotaping w korpo jest lepszym pussymagnetem niż zapach voltarenu (znak czasu) ale jednak w dalszym ciągu jest objawem kontuzji, a mam wrażenie że gdy pojawił się crossfit kolorowe taśmy przeżyły złotą epokę.

Popularny dress code wśród miłośników crossfitu.

Często stosowanym zabiegiem w boxach crossfitowych są zajęcia Intro, na które warto się wybrać jeśli wcześniej nie mieliście styczności z tego typu wysiłkiem. Dowiecie się mniej więcej z czym to się je i dlaczego Wasz przysiad nie jest przysiadem. Z czasem nauczycie się również całej nomenklatury (DL, CL&JRK, Snatch, DU, MU, BJ) dzięki czemu patrząc na tablicę treningową wyraz Waszej twarzy zmieni się z “WTF?” na “WTF?!!?!#%#^{!!!! :O, idę do domu, bolimjenoga”.

Paradoksalnie na początku wydaje się dobrym pomysłem chodzić częściej (3-5 razy w tygodniu) jednak unikając dużych ciężarów. W ten sposób nauczycie się w miarę poprawnie wykonywać większość ćwiczeń wykorzystywanych podczas WODów zanim stopnieje lodowiec, na ziemi znowu pojawią się dinozaury a do łask wrócą Fatbajki.

Bardzo chętnie bym to wszystko wykonał ale dzisiaj akurat nie mogę.

Zróżnicowane ćwiczenia powodują wykorzystywanie wielu partii mięśniowych, oprócz tego trening często nosi znamiona interwału więc przyzwyczaja nas do dużego wysiłku w krótkim odcinku czasu. To kolejne podobieństwo do naszego kochanego enduro. Te obserwacje sprawiły, że gdy po mocno przepracowanej zimie wróciłem w lutym na rower spodziewałem się nadludzkiej siły i wytrzymałości. Nic bardziej mylnego. Zacząłem sezon jako kondycyjny placek  jednak od tamtej pory nigdy nie miałem problemów z puchnącymi łapami oraz “górą” ciała. Wniosek jest taki, że sam crossfit nie wystarczy aby być w sezonie zwierzęciem.

Podczas zajęć trener rozpisuje plan więc nie macie za bardzo wyboru, trzeba robić wszystko. To jest po części dobre, gdyż nie musicie się zastanawiać “co by tu dzisiaj” z drugiej strony może się zdarzyć, że podczas treningu będziecie wykonywać ćwiczenia, z którymi macie problem m.in z powodu kontuzji lub po prostu nie umiecie ruchu. Wtedy warto wykonywać ćwiczenia skalowane, czyli takie, które angażują te same mięśnie jednak są nieco łatwiejsze. Na ten przykład zamiast muscle up można robić zwykłe push upy, zamiast double unders, pojedyncze unders ale dwa razy więcej. Przy ćwiczeniach ze sztangą wystarczy zmniejszyć ciężar lub wykonywać kijem od szczotki przy zupełnym braku mięśni.

Wykonująć Clean and Jerk off czyli zarzut z samogwałtem możemy niespodziewanie dojść lub zejść.

W boxach panuje zazwyczaj fajna atmosfera sprzyjająca robieniu progresu, ludzie wzajemnie się nakręcają. To podobne uczucie jak jazda na zawodach gdy są kibice. Głowa się przestawia w inny tryb i możliwe jest wykonanie bardziej intensywnego treningu. Wykonując “swój” plan treningowy  nigdy nie udało mi się tak spucować jak podczas grupowego nakurwingu. Zdarzają się WODy teamowe, gdzie pracuje się w grupie, wtedy w ogóle jest ogień z dupy. No przecież nie możesz być pizdeczką jak kolega patrzy i czeka. To nic, że prawie wymiotuje i wolałby żebyś robił swoje jak najdłużej, musisz mu to uniemożliwić.

Takie ćwiczenia jak deadlift (martwy ciąg), clean and jerk (zarzut), snach (rwanie) czy thruster (ster strumieniowy) pomagają w zbudowaniu siły ogólnej, angażują plecy, nogi, oraz ręce, a czasem czerwona robi się nawet głowa. Sporo ćwiczy się również na drągu. Charakterystyczny dla crossfitu jest bujanie na drążku niczym małpa. Można dywagować czy tzw. kipping przy podciąganiu ma sens, zdania na ten temat są podzielone. Na pewno stricty są mniej urazowe i w większym stopniu budują siłę jednak na rowerze nasze ruchy nie zawsze są tak statyczne. Technika podciągania zwana butterfly pull ups jest dla mnie dość podobnym ruchem jaki wykonuje się podczas ciągnięcia kiery do manuala i później do bunny hopa. Poza tym wbrew pozorom w trakcie wykonywania butterfly nie można być wiszącym miękkim fifolem falującym jak luźny naplet na wietrze. Podczas fazy koncentrycznej wykorzystujemy dynamikę ruchu, jednak przy fazie ekscentrycznej wyhamowujemy ten ruch aby nie wyrwało nam rąk. Także pracę wykonujemy w obie strony. W tak zwanym międzyczasie wzmacniamy też chwyt oraz pozbywamy się starego naskórka z dłoni. Poznanie tych technik nam nie zaszkodzi, a w pewnych obszarach na pewno wzmocni. No i fajnie jest uczyć się czegoś nowego. To ten element, który sprawia, że próbujemy różnego rodzaju aktywności zimą. Gdy już zacznie nam wychodzić jakieś ćwiczenie, które wcześniej wydawało się kosmosem na naszej twarzy zagości triumfalny uśmieszek.

Po pierwszym udanym muscle upie…

Oprócz ćwiczeń siłowych pojawiają się też takie skupione na balansie czy wytrzymałości. Nauka stania i chodzenia na rękach, piston squaty, wchodzenie po linie, muscle upy na kółkach i drążku, biegi z ciężarami. Ilość różnych ćwiczeń jest ogromna. W zasadzie wydaje się, że z trenowania crossfitu płyną same pozytywy (pod warunkiem, że robimy to z głową), kontuzje jak to kontuzję, pojawiają się zawsze gdy wykonujemy jakąś aktywność. Minusem może być to, że przy dużej intensywności w tygodniu na weekend zostajemy z brakiem sił, skóry na dłoniach i nogami z waty, a z kolei jeden czy dwa treningi w tygodniu to za mało. Chcąc mieć dobre efekty trzeba się mocno zaangażować i poświęcić sporo czasu, a to sprawia, że ciężko  pogodzić go z drugim wymagającym sportem. W dzień nietreningowy warto byłoby pójść na mobility żeby nauczyć się w szpagat. Niektóre zajęcia poświęcone są tylko na ćwiczenie techniki jednego ruchu, a inne na budowanie siły. Łatwo też dość szybko obrosnąć mięchem. Niezupełnie jest to potrzebne podczas jazdy na rowerze. Z uwagi na specyfikę aktywności ciężko wykonać trening na mniejszej intensywności czy tylko wybiórcze ćwiczenia. Mimo wszystko warto spróbować gdyż treningi same w sobie są bardzo wkręcające. Przed wyborem boxu lepiej popytać znajomych o jakieś rekomendowane miejscówki, a przede wszystkim unikać szerokim łukiem zajęcia a’la crossfit w dużych siłowniach, bo te zazwyczaj wyglądają komicznie i nie można na nich rzucać sztangami, bo pospadały by lustra.

Paweł Pupiń (Masko)

Siła, masa, pierdolnięcie ep. 03 – Drąg

Trening w domu może być przyjemny. Można wskoczyć wieczorem lub rano na drąga i dać sobie ostro w dupę.

Trening w domu może być przyjemny. Można wskoczyć wieczorem lub rano na drąga i dać sobie ostro w dupę. 

Taaa,.. bylo troche o siłce, o core, to i będzię o drągu. O ćwiczeniach na drąga…….. Yyyyyyyyy drągu czyli inaczej drążku. 

Osobiście nie lubię siłki, freeletics po dwóch latach ćwiczeń mi się się znudził, a kiedy dotykamy kettla (StrongFirst)  to wiemy, że gdzieś na świecie umiera z nudy sześć małych puchatych tygrysków. 

Wszyscy widzieliśmy filkmiki z Frankiem Medrano, który jest zwierzęciem, pomimo tego, że żre tylko rośliny, czyli wyjada żarcie naszemu żarciu.  No ale mu wybaczamy, bo stał się inspiracją do tego, że na drągu można robić rzeczy nieludzkie. Z resztą Danika też tę tezę potwierdza 🙂

No dobra, ale zapominając o Danice (trudne to). 

W ćwiczeniach na drążku zajebiste jest to, że większość ludzi nie potrafi tego robić, więc kiedy się już czegoś naumicie, wygląda to dość nieludzko. Troche jak z Enduro 20 lat temu. 

Polecamy film z Frankiem w celu zasmucenia się.

To co dla nas w off-seasonowym treningu jest ważne, to aby po prostu sprawiał przyjemność a nie był smutnym odhaczaniem dni w tabelce. No wiadomo, że jeszcze powinien przygotowywać do sezonu albo łatać obszary które w sezonie zaniedbaliście. W tym sezonie części z nas drąg i elementy kalisteniki tę przyjemność sprawiają, więc co nieco o tym napiszemy.

Do tego, jak by nie patrzeć, jazda na rowerze to też trzymanie drąga. A czasem trzeba się go kurewsko mocno trzymać. Zwłaszcza gdy przednie koło postanowi się zatrzymać, kiedy Wy nie postanowiliście 🙂 i w dodatku rozpoznaliście ten niecny zamiar koła zbyt późno.

Mocna obręcz barkowa, przedramiona, bicek, do tego core…. Przydaje się w jeździe, i to wszystko można wyćwiczyć na drążku. Plusem tego treningu, jest to, że w jednym ćwiczeniu często macie zaszyte sześć tradycyjnych. Minus jest taki, że uczucia jakie towarzyszą, nie są tożsame z tym co czujecie machając hantelkami, czy ściskając ściskacz. Ćwicząc zazwyczaj robicie kilka powtórzeń i czujecie się jak ktoś tuż przed wylewem krwi do mózgu. A jak zapomnicie oddychać to jak ktoś po wylewie, w dodatku wykorzystany przez pielęgniarza niczym Uma Thurman w Kill Billu. Ale to się da polubić 🙂

Do tego gdy zerkniecie na gości od kalisteniki, to wyglądają oni serio nieźle. O ile nie zapomnieli robić nóg. No ale my robimy – na rowerze i pewnie jeszcze gdzieś tam.

Czasem przy podciągnięciach ma się wrażenie, że kiedy góra trzyma to dół za chwile puści. Wtedy dobrze mieć nogawki w skarpetach.

Mega spoko dodatkiem do drąga są poręcze. Możecie na nich robić pompki o poszerzonym zakresie i dipy na triceps. Ciekawe też jest zajechanie się do odpadnięcia. Dlatego dobrze mieć fullface.

No dobra, ale jak zacząć co robić. No najlepiej zapisać się gdzieś na zajęcia z kalisteniki. Ogarnięty coach zaserwuje Wam odpowiednią progresję, plan treningowy i zadba by było przyjemnie. My to pominęliśmy, ponieważ jesteśmy leniwi i mamy w domu drążki. Postanowiliśmy bawić się sami.

Aha i cel był taki, że robimy masę, więc wszystko ma się dziać statycznie. Wszystkie crossfitowe metody podciągania typu Kipping czy Butterfly poszły w odstawkę. Co ważne! Żadni z nas coache i po prostu tu dzielimy się naszymi doświadczeniami i naszą krótką drogą w tym temacie. Pewnie pierwszy lepszy trener kalisteniki da Wam milion razy więcej wskazówek. W każdym razie nam to co opisujemy zadziałało i nas bawi.

No, ale first things first. Na samym początku pojawiły się oczywiście symptomy kontuzji. No jak się ruszasz, są kontuzje. Już dawno doszliśmy do wniosku, że chyba lepiej jako hobby, byłoby uskuteczniać dyskotekowe pukanie małolat, a nie te głupie sporty. Lekarze dużo lepiej diagnozują choroby wenerycznie niż kontuzje.

Na szczęście są na tym świecie fizjoterapeuci. Konsultacja z Rafał Rogowski i okazało się, że trzeba przy zabawach na drążku:

1 – odpowiednio pracować łopatkami

2 – unikać przeprostów kręgosłupa w skorpiona.

3 – za duży biceps może boleć

Ad 1 – Jeśli zaczynacie się podciągać, polecamy pilnować łopatek i nie robić więcej podciągnięć w momencie kiedy zaczynacie odciągać łopatki od kręgosłupa. Wasza wyjściowa pozycja powinna być aktywnym wiszeniem nie wiszeniem jak fifol. Jeśli macie z tym problemy – wspomagajcie się gumą/taśmą.

Ad2 – Nie wyginajcie nóg i pleców w tył. Nogi proste, lub ugięte w kolanach, raczej z przodu niż z tyłu.

Ad3 – Jeśli nie do końca aktywujecie plecy (Ad 1) to ostro ładujecie na biceps, mało na triceps. Po jakimś czasie może Was boleć łokieć (przyczepy tricepsa) alb bicek. Dzieje się to dlatego że triceps jest za słaby by rozciągnąć bicka. Z tego powodu mogą boleć właśnie przyczepy tricepsa albo bicek który się za mocno przykurczył i boli. Warto wtedy zwiększyć ilość dipów i pompek z łokciami przy korpusie i na chwile odpuscic ładowanie na ilość na drągu, aby wzmocnić triceps.

Nie wiś jak fifol. Góra fifol, czyli luźny zwis na scięgnach i torebkach stawowych, dół – zwis aktywny, sciągnięte łopatki w dół i do kręgosłupa.

Jeśli radzicie sobie z tym, to można zacząć rypać powtórzenia. Jeśli nie, warto zacząc od podstaw:

https://www.youtube.com/watch?v=kIVxdIWy7Eo

Do tego taśma – w progresji i ćwiczeniu techniki (łopatki) pomagają taśmy gumowe.

W każdym ćwiczeniu można jakoś ją użyć. A jak jest przyjemnie gdy pęknie i strzeli w jaja.

Natomiast jeśli jesteś się w stanie podciągnąć w 5 seriach po 5 razy można już zacząć kombinować z innymi pozycjami. I jechać troszkę inny workout:

https://www.youtube.com/watch?v=kIVxdIWy7Eo

Jeśli dochodzicie do bariery w ilości powtórzeń, warto zacząć się dociążać. I przez jakiś czas ćwiczyć podciągnięcia z dociążeniem. Można kupić kamizelkę, wrzucić ciężar do plecaka, powiesić kettle na nodze, powiesić ciężar na pasie, użyć ciężkiego anal pluga. Metody są różne. Jedno jest pewne – nie kombinujcie z powtórzeniami za wszelką cenę, kalecząc technikę, wyciągając szyję:

https://www.youtube.com/watch?v=Ww-gNf0ys8M

No od tego momentu można kombinować z różnymi ćwiczeniami i śledzić progress. Jest to trochę jak z jogą. W miarę postępu można wymyślać i ćwiczyć różne pozycje. Nas najbardziej jarają właśnie podciągnięcia na drągu i wariacje podnoszenia nóg – mocne core. Do tej pory umiłowaliśmy.

Dipy – dobre na triceps, często łapaliśmy się na tym, że po całym dniu właśnie to tricepsy siadają. A połączone z L-sit robi core.

Unoszenie kolan, nóg, ładnie robi brzuch, a jeśli przytrzymacie nogi w górze, a na dole wyhamowujcie, uruchamia się całe core bardzo mocno. To ćwiczenie można robić na poręczach i w zwisie. Na poręczach łatwiej trzymać równowagę.

Podciągnięcia – no to wiadomo, tylko technika jest ważna. Po zabawach z brodą powyżej drąga, można zacząć się bawić w klatę do drąga.

Podciągnięcia L – sit – spoko. Robimy i podciąganie i ćwiczymy cały core, który musi utrzymać nogi z przodu.
Wycieraczki – fajne ćwiczenie na skośne i urozmaicenie w unoszeniu nóg. Przy okazji przygotowuje do robienia Lever.

A tak w przyspieszeniu wygląda nasz trening. Robimy go w cyklach dwa dni pod rząd i dzień – dwa przerwy. Zależy od samopoczucia i zmęczenia. Nic na siłę.

 

Geoff Gulevich – wywiad

Naszym kolejnym gościem jest legenda Freeride’u, zawodnik i sędzia Redbull Rampage, podróżnik i twórca epickich editów ze ścieżek na całym świecie! Gość wymieniany jednym tchem z takimi nazwiskami jak Semenuk czy Berrecloth, prosto z zagramanicy i to dalekiej – Geoff Gulevich!

Krzysiek Pałys

Cześć Geoff, super że udało się pogadać. Jesteśmy pod mega wrażeniem Twojej historii i osiągnięć w świecie rowerowym. Śledzimy i bardzo nam się podobają Twoje filmy z podróży z rowerem, właściwie po całym świecie. No właśnie, to brzmi dla mnie jak praca marzeń?

Geoff Gulevich

Dzięki wielkie stary, że się do mnie odezwaliście i że jesteście tak wkręceni w temat! To jest zdecydowanie praca marzeń. Totalnie nie umiem sobie wyobrazić siebie pracującego w biurze (Śmiech).

Krzysiek Pałys

Czy byłeś kiedykolwiek w Polsce albo słyszałeś o jakichś naszych miejscówkach rowerowych?

Geoff Gulevich

Niestety jeszcze nie byłem. Tzn. wiesz, byłem raz szmuglowany nielegalnie razem z bagażem w vanie Gaspa (członek ekipy Geoffa), bo nie byliśmy pewni czy potrzebujemy wizy czy nie, więc był przypał a musieliśmy przejechać przez Polskę. Czyli można powiedzieć, że byłem tak bliski zobaczenia Polski! (Śmiech)

jak przystało na gościa wywodzącego się z Freeride’u, jego tripy okraszone są soczystymi trikami!

KP

Jak zacząłeś swoją przygodę z rowerem? I jak długo już w ogóle jeździsz?

GG

Pierwszy raz posadziłem tyłek na siodełku roweru MTB w wieku 12 lat, to było na północnym wybrzeżu Vancouver. Byłem tym młodszym, wkurzającym bratem, który chciał się bujać na rowerze ze starszakami, a ci woleli swoich kumpli a nie smarka. To była dobra bania, bo robili ze mnie królika doświadczalnego na wszystkich przeszkodach niczym jechali je sami! (Śmiech)

KP

No to coś Ci z tego zostało!

Jesteś teraz ważną postacią wśród światowej czołówki gwiazd Freeride’u! Jakie to uczucie? Jesteś wśród gości, o których my gadamy z kumplami, i których filmy oglądamy na You Tube. To duża rzecz!

GG

Szczerze, to gruba bania dla mnie! To taki mindfuck! Ale robiąc tyle lat to co robimy, nie myślimy o tym na co dzień i przestajemy to dostrzegać. Będąc w tym punkcie, jestem bardziej zajarany faktem, że mogę jeździć z wszystkimi tymi ziomami po całym świecie, po wszystkich najbardziej chorych miejscówach. A jak wbiją do mnie na podwórko to mogę im pokazać najbardziej popieprzone miejsce na pobliskiej górze i nie martwić się, że się obsrają ze strachu (Śmiech).

KP

Tylko zrobić razem pociąg na 20 metrowej hopie?

GG

O tym mówię bracie!

KP

W którym momencie zdecydowałeś się zrezygnować ze stratowania w zawodach, np. w Rampage? Czy to był jakiś szczególny punkt w Twoim życiu? Coś konkretnego na to wpłynęło?

GG

To był Rampage 2013 lub 2014. Miałem za sobą świetny tydzień budowania mojej linii przejazdu na zawodach. Robiłem stepdowna z flipem w pierwszej części góry i potem był mega duży drop z obrotem 360. Nikt jeszcze wtedy przede mną nie leciał tego dropa Oakley’a. Byłem znowu królikiem doświadczalnym i widziałem, że mój lot jest za krótki, nie dolecę. Musiałem puścić rower na pewnej wysokości i spadłem już bez roweru z 13 metrów na ziemię. Jakimś cudem nic poważnego mi się nie stało, ale wtedy powiedziałem pas stary. Jakoś ten dzwon odebrał mi chęć rywalizacji…

KP

Legendarny Redbull Rampage, to taki trochę Święty Graal dla Freeride’owców? Tak to sobie wyobrażam.

GG

Nooo powiedziałbym, że to porównanie jest bardzo fair. Jednodniowe zawody, które gromadzą najlepszych riderów z całego świata w jednym z najtrudniejszych miejsc do jazdy na świecie.

Projekt Geoff’a zakłada odwiedzenie nawet tych miejsc na krańcach świata, po których nam się nawet nie śniło żeby jeździć.

KP

Rampage, esktremalne trasy, naprawdę duże loty i grube sztuczki na rowerze. Co ze strachem? Jakie są granice twojego strachu?

GG

Nigdy nie odczuwałem strachu w trakcie samej jazdy. Jeżeli odczuwasz strach lub brak pewności siebie przed daną przeszkodą lub trasą to prawdopodobnie nie powinieneś tego jechać. To wymaga odpowiedniej bani i psychiki, żeby zupełnie odsunąć strach i w pełni poświęcić się pokonaniu tego co masz do przejechania. Odkryłem też, że z wiekiem strach nieco rośnie. Masz po prostu więcej do stracenia, więcej bliskich ludzi, odpowiedzialności za nich itp. Jestem mega szczęśliwy, że ukończyłem takie zawody jak Rampage i pokonałem większość barier jakie miałem.

KP

A jaki był Twój najpoważniejszy dzwon i ile po nim dochodziłeś do siebie?

GG

Hmmm… powiedziałbym że najpoważniejszy był ten wspomniany upadek z 13 metrów na Rampage, ale jakimś cudem wyszedłem z niego cało. Z kolei najpoważniejszy w konsekwencjach był dla mnie z pozoru łagodny dzwon w bike parku w Whistler. Złamałem wtedy rzepkę w kolanie w wieku 18 lat. Dojście potem do siebie trwało ponad 8 miesięcy. Niestety zostaje potem też bariera psychiczna, że kolejny raz się rozwalisz i znowu zrobisz sobie poważną krzywdę. To chore stary! A potem nagle któregoś dnia ten strach po prostu znika…

Takie tam… na rowerze.

KP

A co na to wszystko Twoja żona? Martwi się o Ciebie i stresuje tym wszystkim co robisz? Przecież właściwie co chwilę jesteś daleko poza domem.

GG

Jesteśmy razem od ponad 14 lat. Czyli właściwie zaczęliśmy być ze sobą tuż przed tym jak rower stał się moim sposobem na życie i rozpoczęła się cała ta kariera rowerowa. Nigdy nie oglądała Rampage na żywo! (Śmiech) Wiem, że bardzo się martwi jak jestem na wyjazdach, ale nie okazuje tego w danym momencie. Właściwie mówi o tym zawsze kilka tygodni później. Wtedy to wszystko z niej wychodzi. Ona daje mi bezwarunkowe wsparcie w dążeniu do moich celów i spełniania moich marzeń.

KP

To jest chyba najcenniejsze, gratuluję!

Wspomniałeś o wyjazdach. Podróżujesz po całym świecie z rowerem. Tworzysz cały cykl niesamowitych wypraw i filmów z nich. Masz jakieś swoje ulubione miejsca, ścieżki? Takie do których wracasz w snach?

GG

O Tak! (Śmiech) Kocham Kanadę, Północną Amerykę, Europę, Islandię… lista jest długa. Często łapię się na tym, że śnię o ścieżkach, po których jeździłem, ale też o tych, które istnieją tylko w snach…To jest nieodłączną częścią mnie i kocham to bardziej niż większość rzeczy na tym całym świecie.

KP

A wolisz naturalne, dzikie ścieżki czy te zbudowane przez ludzi? Bike Parki czy single?

GG

Nie umiałbym powiedzieć nawet ze spluwą przy łbie! Kocham jazdę i każdy teren ma totalnie niesamowite rzeczy do zaoferowania.

KP

A jakie miejsca są na Twojej liście do odwiedzenia w przyszłości? Lista pewnie jest długa?

GG

Ta lista jest dłuuuuga… Na pewno jest na niej wysoko m.in. Polska, Bośnia, Gruzja, Ekwador… mógłbym jeszcze dalej wymieniać!

Mówiąc o tych miejscach, o których nam się nie śniło, miałem na myśli np. nieczynne tory bobslejowe…

KP

No dobrze a teraz bardziej filozoficzne pytanie, czym jest dla Ciebie rower?

GG

W dosłownym sensie, rower jest jednym z najlepszych wynalazków na ziemi, w kontekście przemieszczania się, skuteczności i wydajności. To może być narzędzie albo zabawka w zależności od pomysłu i umiejętności. Dla mnie rower jest pasją, która stała się moim życiem. Będę używał go jako środka transportu i do zabawy tak długo jak będę żył. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, gdzie bym teraz był gdybym nie odkrył roweru…

KP

Jakie są Twoje kolejne plany rowerowe? Czy masz jakieś konkretne cele, czy po prostu chcesz kontynuować jazdę i swoje tripy po świecie?

GG

Czuję się ostatnio bardzo pewnie na rowerze. Chciałbym kontynuować mój projekt z podróżami rowerowymi, ale chciałbym to wzbogacić o jakieś grube triki!

Dodanie takiego elementu do podróży rowerowych będzie w pełni oddawało to czym jest w istocie freeride i wzbogaci cały content video. Kilka planów też się jeszcze wykrystalizuje w najbliższych tygodniach…

KP

OK, każdemu z kim rozmawiamy zadajemy takie głupie pytanie, więc i Tobie musimy je zadać. Czy uważasz, że to co robisz i Twoje umiejętności na rowerze są magnesem na laski? (eng. pussy magnet) Wywiad będzie po Polsku, więc nie martw się o żonę!

GG

(Śmiech) Szczerze nigdy nie wykorzystywałem tego do wyrywania lasek! (Śmiech) Zawsze bazowałem na rozmowie i rozśmieszaniu ludzi. Jeśli jesteś w stanie ich rozśmieszać, ludzie cie lubią i lgną do Ciebie, to przyciąga też laski. Ja jestem certyfikowanym skrzydłowym dla wszystkich moich kumpli w domu i w podróży! Jestem gościem co otwiera konwój, tworzy dobry nastrój, buduje atmosferę, sprawia że ludzie się śmieją i wtedy wypycham moich kumpli po zgarnięcie tortu! (Śmiech)

KP

Chciałbyś kiedyś wpaść do nas do Polski? Pokręcić się z nami po dzikich ścieżkach, odwiedzić najbardziej znane polskie miejscówki rowerowe? Słyszałeś w ogóle o jakichś miejscach na rower w Polsce?

GG

Ta jest! Zdecydowanie chciałbym odwiedzić Polskę! Kojarzę różne fajne filmy z Waszych ścieżek enduro, bike parków i singli. Polska jest na wysokim miejscu na mojej liście krajów do odwiedzenia!

Jak się pewnie domyślacie, obecność tak barwnej postaci ściąga ciekawskich w każdym wieku.

KP

Dzięki wielkie Geoff! To była prawdziwa przyjemność móc z Tobą pogadać. Trzymaj się i powodzenia w kolejnych mega tripach, robisz naprawdę genialną robotę!

GG

Dzięki bracie! Bardzo doceniam to, że do mnie uderzyliście, mam nadzieję, że do zobaczenia w Polsce!

rozmawiał: Krzysiek Pałys

zdjęcia: Geoff Gulevich

Testy rowerów

Ile powinien trwać taki test roweru, żeby miał sens? Jak porównać jeden rower do drugiego? Jak go zrecenzować i do kogo jest kierowana recenzja? Do początkującego, do kogoś kto posiada już skill rowerowy?

Co zazwyczaj myślicie, gdy zwraca się do was ktoś z pytaniem czy chcecie przetestować jakiś produkt? Standardowo kojarzy się to z próbkami garnków ze sprzedaży wysyłkowej, testowaniem kosmetyków, czasem karmy dla zwierząt i jeśli wasz pupil nie zdechł i jest zadowolony to może daną karmę kupicie.

Dziś żyjemy w dobie tzw. marketingu influencerskiego (eng. influence – wpływ), kiedy to firmy dostrzegły, że największą wartością jest polecenie produktu przez znajomego – zwykłego Kowalskiego, ew. przez trochę mniej zwykłego Kowalskiego, który prowadzi blog, interesuje się tematem i jest czytywany – np. Kowalski on car (lub in car). Czyli dajmy produkt ludziom, niech się wypowiedzą, bo to będzie bardziej wiarygodne niż wmawianie, że daną kawę pija George Clooney.

Podobnie jest w naszym światku rowerowym, w którym marki otworzyły się na testowanie zarówno przez dziennikarzy, blogerów, teamy rowerowe jak i przez potencjalnych kupców (np. demo days).

W trakcie testów dla Canyona.

To bardzo pozytywne zjawisko! Nic tak nie sprzedaje roweru jak złapanie zajawki na dany model po jeździe na nim!

Teraz tylko pozostaje odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Ile powinien trwać taki test roweru, żeby miał sens? Jak porównać jeden rower do drugiego? Jak go zrecenzować i do kogo jest kierowana recenzja? Do początkującego, do kogoś kto posiada już skill rowerowy? Może do kogoś kto co roku zmienia rower i jest bardzo świadomy sprzętu?

My jako team mieliśmy i mamy czasem okazję testować różne modele, więc spróbuję odpowiedzieć w skrócie na te pytania. Po pierwsze, przy naszym codziennym funkcjonowaniu – praca (jeśli nie żyjemy ze sportu), rodzina (jeśli jeszcze jest), mąż lub żona (jeśli jeszcze nie odeszli), nie wspominając o dzieciach (jeśli w ogóle był na nie czas), to w tygodniu mamy czas zazwyczaj w weekend. Czyli mając rower do testów na tydzień damy radę pojeździć na nim przy czarnym scenariuszu raz a przy pomyślnych wiatrach kilka razy. Czyli akurat mniej więcej ustawimy go pod siebie. Czy coś zatem wiemy po takim „teście”? I tak i nie, wszystko zależy, ile razy udało nam się na niego wsiąść. Raczej tyle, że „ogólnie rower jest spoko” Jak to się ma do godzinnej jazdy na demo days to możecie sobie odpowiedzieć sami. To nawet nie jest jak porównanie masturbacji z seksem, tylko bardziej jak porównanie myśli o masturbacji z seksem.

W trakcie testów dla Whyte.

Żyjemy w dobie, kiedy rowery danego segmentu bardzo się do siebie zbliżyły geometrią, wyposażeniem itp. Żeby zatem porównać jeden rower do drugiego warto nim chociaż kilka razy przejechać dobrze nam znane trasy, najlepiej nieco zróżnicowane, po to żeby widzieć w jaki sposób jazda nim różni się od tego poprzedniego. Czyli nie dość, że dość dobrze trzeba znać trasę to jeszcze porównywane ze sobą rowery. Ilu z was jest w stanie zwrócić uwagę na różnicę działania zawieszenia dwóch różnych producentów, ale z tej samej półki? Albo czy lepiej działa X01, XX1 czy XTR? Jak różnica 0,5 stopnia kąta główki wpływa na jazdę? Ile razy danym rowerem trzeba przejechać daną ścieżkę, żeby to wyczuć? Biorąc pod uwagę, że rower jest pod was dobrze ustawiony. Te wszystkie niuanse sprawiają, że jeśli macie przetestować rower, a jeszcze w dodatku go zrecenzować to tydzień w niektórych przypadkach może być za krótkim czasem. Chyba, że jesteście rozwiedzionymi bezrobotnymi – wtedy zgoda. W innym wypadku nic nie wiecie o tym rowerze i równie dobrze możecie wygłaszać opinie na jego temat jedynie na podstawie jego zdjęcia. Chyba, że oczywiście macie więcej czasu i zdążycie na nim pojeździć przynajmniej kilka razy, to zmienia postać rzeczy. Dlatego jak słyszymy hasło „rower do testów na tydzień” to czasem nie podejmujemy takiego tematu, bo to zwyczajnie nic nie wniesie. Naturalnie rozumiem niektóre ograniczenia firm, ale mimo wszystko będąc uczciwym, to czasem nie będzie miało sensu.

A tutej testy dla Rose.

Pamiętam, że testując Canyona Torque, zrozumiałem ten rower mniej więcej w trzecim tygodniu jazdy na nim i byłem w stanie powiedzieć w jakim terenie i zastosowaniu sprawdza się najlepiej. Kolejna rzecz, to warto mieć na uwadze do kogo piszemy. Pisząc, jak zachowuje się rower w danym terenie, o jego aspektach technicznych – to wszystko ok. Ale jak np. piszemy jak się na tym rowerze „leci piecem”, to zastanówmy się co to znaczy np. dla Roberta Piekary, bo pewnie nasz piec przy jego jest raczej skromną farelką. Analogicznie można pomyśleć o tym jak rower skacze, a testować go będziemy lecąc niebotyczne 2 metry itp. Dlatego lepiej testować swoją miarą i nie pozorować tutaj wizerunku pro wymiatacza, bo może wyjść to raczej karykaturalnie.

A ponad wszystko zarówno testując rower po to żeby rozważyć jego zakup czy po to, żeby spłodzić jego recenzję pomyślmy, czy jesteśmy w stanie ocenić po podaniu komuś kilka razy ręki jaki będzie w łóżku.

Krzysztof Pałys