Offseason

Jesień to u nas czas gdy na chwilę zwalniamy. Śpimy dłużej, myślimy wolniej…

Jesień to u nas czas gdy na chwilę zwalniamy. Śpimy dłużej, myślimy wolniej, jeździmy mniej. Ten stan trwa ze trzy dni. Później zaczynamy myśleć co zrobić, aby na wiosnę nie wypluć płuc na pierwszym podjeździe oraz zmielić podjazdy niezmielewywalne dotychczas. Wiemy, że są osoby które zawijają się w dywan i przed telewizorem wyjadają łokciami nutellę ze słoika. Niestety, kiedy wychodzi słońce a jesienno zimowa ochujałość znika, przy takim podejściu na wycieczkach pojawia się smutek, którego nie ugasi nutella.

Niektóre ssaki sezon zimowy przesypiają…

Ćwiczymy  nie tylko po to żeby być lepszymi jeźdźcami, ale także dlatego, że potrzebujemy ruchu oraz wysiłku, chociażby ze względu na siedzący tryb pracy. 

Wysiłek jaki spotyka górskiego kolarzystę jest bardzo różnorodny, pedałowanie, noszenie, pchanie, trwała ondulacja, gleby, skoki, tapirowanie, wstrząsy. Żeby być na to wszystko gotowym nasz trening musi z̶o̶s̶t̶a̶ć̶ ̶o̶d̶b̶y̶t̶y być również urozmaicony. Jeśli Twoim kolarskim celem jest odkręcenie słoika musztardy tuż po kiełbasianym deepthroatcie zwieńczającym tripa, takie treningi Ci w tym nie zaszkodzą, a może nawet sprawią że mniej się przy tym spocisz.

Wtedy na wiosnę trzeba ratować się gadżetami. Polecamy aliexpress – znajdziesz tam wszystko, oprócz formy. No chyba, że interesuje Cię forma wielbłądziego kopyta…

Nawet jeśli bycie lepszym jeźdźcem nie jest nadrzędnym celem, miło mieć lepsze ciałko i po prostu być fit. Nie ma się co oszukiwać, bycie fit, przekłada się na: lepszą samoocenę, daje więcej możliwości spędzania wolnego czasu, ogólnie chroni przed staniem się sfrustrowanym życiowo dzbanem. A o to nietrudno. Zwłaszcza jeśli obudziłeś/aś się zimą i widzisz, że sąsiad wyżarł Ci słoninkę z karmnika uwędzoną wszechobecnym smogiem.

Ten tekst jest wstępem do zimowego cyklu artykułów, w którym opiszemy co robimy zimą. Większość z Nas przeszła przez różne rodzaje treningu. Byliśmy w miejscu z precyzyjnymi planami i tabelkami (niektórzy wciąż tam są), ale w znakomitej większości zaczynamy uznawać, że chcemy się ruszać i zależy nam, by to było przyjemne i urozmaicone. To powoduje, że często co zima robimy coś innego. Coś co akurat sprawia nam frajdę.

Acro Balance to ciekawa alternatywa na trening zimowy zwłaszcza, że ćwiczy się w parach. Polecamy pary damsko-męskie.

Jako kupa (ludzi,…. z ang. grupa) przerobiliśmy już sporo różnych treningów. Mniej lub bardziej udanie chcielibyśmy zaprezentować to w naszym nowym cyklu.  

Czego próbowaliśmy?

  • trening domowy 
  • treningi z appką
  • holenderski ster (nie będzie o tym artykułu)
  • old schoolowe siłowniane wyciskania 
  • crossfit 
  • kettle 
  • acro balance
  • joga
  • trening spersonalizowany 
  • trening z trenerem personalnym dotykającym w trakcie 
  • trenażery, indoor cycling 
  • kalistenikę i inne formy dawania sobie ostro w dupę na drągu.
Oczywiście nie przestajemy jeździć na rowerze. Fot. Krzysztof Stanik.

Nie chcemy Wam dawać planów treningowych lub pozycjonować się na guru zimowego nakurwingu. Od tego są trenerzy, celebryty i fitblogi od Lewandowskiej po Danikę Mori (treningi tej drugiej bardziej nam się podobają). Nam bardziej chodzi o pokazanie różnych opcji na aktywność fizyczną i pewnego rodzaju rozgrzeszenie dla skakania z kwiatka na kwiatek i korzystania z tego co Was aktualnie cieszy…. o ile nie jest to wpieprzanie nutelli z Koroną królów.

“Eko” Cycling

Czy zastanawiacie się czasem jadąc na rowerze po lesie lub łące, ile żywych istot ginie od waszych kół, ramy i szyb w okularach? Nie? To dobrze, to znaczy, że jesteście całkiem normalni. Przeczytałem ostatnio kilka ciekawych komentarzy w mediach społecznościowych, po których właściwie powinienem zacząć się bać, zresztą chyba nie tylko ja…

Tak sobie myślę, że sama jazda na rowerze już jest czymś dobrym w kontekście dbania o środowisko – a na pewno w porównaniu do jazdy autem, motorem, quadem czy np. monster truckiem. A wiadomo, że żeby się tym w pełni cieszyć to lepiej pojechać do lasu lub na łąkę niż na ścieżkę rowerową w mieście. Okazuje się, że nie do końca.

ścieżka, po której się jeździ i chodzi nie oznacza od razu zła, spustoszenia i zniszczenia piękna zieleni dookoła.

Wyczytałem bowiem, że szczególnie hamowanie oraz szerokie opony z agresywnym bieżnikiem niszczą ściółkę leśną oraz zabijają miliony żyjątek. Oczywiście mówimy tutaj o jeździe tam, gdzie wolno, nie po rezerwacie, nie po ostróżce tatrzańskiej lub dębiku ośmiopłatkowym czy panterze śnieżnej. Serio? Niszczymy ściółkę oraz ścieramy korzenie? Bardziej niż traktory w trakcie wycinki? Czy może bardziej niż chaotyczny ruch pieszy w specjalistycznych butach górskich z „agresywnym” bieżnikiem? Czy nie dochodzimy, aby do absurdu? Bo z ciekawości wygooglowałem sobie jak bardzo korzeniom może zaszkodzić opona rowerowa i jak szybko odradza się mech oraz trawa zdarta z ziemi oponą lub butem. Okazuje się, że większe szkody robią polskiej naturze siostry Godlewskie, ponieważ musielibyśmy cyklicznie całym naszym rowerem walić o wystający, jeden z dziesiątków korzeni danego drzewa, żeby w ogóle mu zaszkodzić! Dzika trawa oraz mech w terenach zalesionych odradzają się kilka razy w roku, natomiast po wycince, w której uczestniczy ciężki sprzęt raczej dopiero w roku następnym. Jak się okazuje korzeniom nawet nie potrafi zaszkodzić zalanie ich betonem lub asfaltem jak to się często robi w mieście, ponieważ i tak się dalej rozrastają. Podobny temat zresztą toczył się ostatnio we Wrocławiu w kontekście górki zwanej małą Ślężą. Grupa osób o percepcji niektórych organizacji terrorystycznych postanowiła zakazać na niej jazdy na rowerze. Przypomnę, że górka jest sztucznym tworem i od lat korzystają z niej dzieci i dorośli biegając, chodząc z psami, jeżdżąc na rowerach, rolkach, hulajnogach a w zimie na sankach. Z tej grupy postanowiono wyłączyć rowerzystów, pod zarzutem „rozjeżdżania drzewostanu”. Nie znam wielu użytkowników tej górki, którzy potrafią wskoczyć rowerem na drzewo, ale może ostatnio kręci się tam Fabio Wibmer.

jazda na rowerze w takich miejscach wręcz uczy je doceniać i szanować.

Naturalnie pod tym dramatycznym określeniem kryje się jazda po korzeniach drzew – czyli zwykła bzdura. Ale co tam, won na betonowe ścieżki rowerowe! Wyobraźmy sobie, że podpalacze harwesterów wywalczą takie przepisy w większości parków w Polsce, co pozostanie tym, którzy właśnie tam głównie jeździli na rowerze? Ok zgadzam się, że przesadne rozkopywanie może zaszkodzić niektórym miejscom, jednak tu mówimy po prostu o samej jeździe.

To samo możemy przenieść na tereny leśne. Są miejsca, w których jest ścisły zakaz poruszania się na rowerze – np. tereny tatrzańskiego czy bieszczadzkiego parku narodowego. Zgoda, nie ma o czym mówić. Jednak we wszystkich innych zalesionych terenach, nie będących specjalnymi rezerwatami nie możemy wjeżdżać jedynie autem czy motorem. Przepis nie dotyczy roweru. Gdzieniegdzie wprowadzono zakaz wjazdu na szlakach pieszych, aby nie dochodziło do kolizji, co też w niektórych miejscach jest całkiem rozsądnym posunięciem. Jednak poza tym można tam jeździć rowerami, jak i organizować piesze wycieczki, które zazwyczaj i tak są liczniejsze i niekiedy znacznie więcej śmiecą od rowerzystów. Piszę to specjalnie, żeby uzmysłowić niektórym ludziom, że licytując się kto bardziej szkodzi lasom czy łąkom dojdziemy do paradoksu, bo zaraz możemy wyciągnąć argumenty, że psy zabierane do lasu na spacer co jakiś czas rozkopią ściółkę, która będzie się długo odradzała…

tutaj wyjątkowo mamy połączenie wycieczki pieszej z rowerową.

Uwielbiam lasy, lubię po nich jeździć i chodzić i sam w nich zbieram śmieci po innych. I wolałbym, żeby agresywne odłamy ludzi żywiących się błotem oraz podpalających maszyny leśne albo trafiły do więzienia albo zajęły się pożytecznymi działaniami na rzecz ochrony natury, co osobiście popieram. Nie popieram natomiast terroru.

Krzysztof Pałys

 

Ubezpieczenia czyli po-jebłowy sponsoring

Jesteśmy starzy. Nie oznacza to, że mamy problem z porannym drągiem, ciągłym oddawaniem moczu czy przydeptywaniem sobie cycków. Ta starość objawia się w większej lękliwości o następstwa gleb. Walczymy z tym na wiele sposobów. Hodujemy lepszego skilla, ale też budujemy bazę sensownych medyków pomagających w rekonwalescencji i bazę ubezpieczeń które nie ssą.

Jesteśmy starzy. Nie oznacza to, że mamy problem z porannym drągiem, ciągłym oddawaniem moczu czy przydeptywaniem sobie cycków. Ta starość objawia się w większej lękliwości o następstwa gleb. Walczymy z tym na wiele sposobów. Hodujemy lepszego skilla, ale też budujemy bazę sensownych medyków pomagających w rekonwalescencji i bazę ubezpieczeń które nie ssą. W tym konkretnym odcinku podzielimy się naszymi doświadczeniami z ubezpieczalniami i rodzajami ubezpieczeń. Nie będzie to zajebiście profesjonalny ranking  ubezpieczeń i ubezpieczalni. To dlatego, że nie jesteśmy profesjonalni. Spróbujemy językiem prostym, przyjemnym i pożytecznym wyjaśnić jak nie dać się zrobić w wała ubezpieczalniom.

Są momenty kiedy drobna gleba skutecznie psuje radość z sezonu

Jeżdżąc na rowerze uważamy na następujące elementy ubezpieczeniowe:

Grupy ryzyka 

Z grubsza są trzy. Plażing, Sporty extreme, Uczestnictwo w zawodach

Nie kupujcie zwykłych ubezpieczeń plażowo – podróżnych gdy jeździcie na rowerze. Większość firm wrzuca nas w sporty ekstremalne i  kupujcie ubezpieczenie je uwzględniające. Niestety praktycznie wszyscy wyłączają uczestnictwo w zawodach i o tym pamiętajcie i zakupcie dodatkowe ubezpieczenie na dni zawodów. To jest jedyne ryzyko, od którego się nie ubezpieczaliśmy, więc nie wiemy kto to sprzedaje.

Koszty leczenia – KL

Rozwalicie się, Trzeba Was poskładać. Miło jeśli Wasz ubezpieczyciel chętnie za to zapłaci. A jeszcze milej, jeśli zapłaci za serię operacji, jeśli Was to czeka. Najczęściej w OWU są zapisy, że płacą za leczenie na miejscu. Oznacza to, że jeśli rozwalicie się w Hiszpanii to zapłacą za zabiegi u tamtejszych medyków, natomiast jeśli kolejne operacje odbędziecie prywatnie w PL, to już niekoniecznie. Aktualnie składanie na miejscu pokrywa Wam nasze Państwo, jeśli macie kartę EKUZ. Niestety nie pokrywa leczenia prywatnego w PL.

Seba zdecydowanie najlepiej z nas zarządza finansami. Wykopuje kapuchę spod ziemi .. zawsze

Następstwa nieszczęśliwych wypadków – NNW

Po prostu odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu. Dostajecie od ubezpieczyciela wielką tabelkę, w której macie wypisane urazy. Za każdy dostajecie jakąś ilość hajsu. Jest to określone jako procent Waszej sumy ubezpieczenia, która to zależy od składki. Więc …… im większa składka i cenniejszy uraz (spory uszczerbek jest za utratę jąder) tym większe hajsiwo na koncie. Tu zazwyczaj nie ma zbyt wiele tajnych zapisów w OWU. Jeżeli coś nie zagra, to dlatego, że komisja lekarska uzna, że uszczerbek macie mniejszy niż Wam się wydawało. Niestety najczęściej lekarze orzecznicy nie cierpią na nadmiar kompetencji. Kto jest ambitny ten skupia się na leczeniu, nie na orzecznictwie, które jest po prostu nudne.

Ubezpieczenie na życie – UNŻ

To jest chyba najprostsze. Umrzecie, to ktoś wskazany przez Was w polisie, dostaje kasę. Ta kasa ma osłodzić gorycz utraty lub ustawić rodzinę na resztę życia. Dla nas ważniejsze jest ustawienie rodziny of cors. Tu jest wszystko w teorii proste, ale ubezpieczyciel może odmówić wypłaty jeśli: umarliście będąc na bani albo robiąc rzeczy spoza opisanej wcześniej grupy ryzyka. Czyli jeśli rozwaliliście się na zawodach albo na tripie MTB a mieliście ubezpieczenie na plażing to może być problem. W dobrym tonie jest nie umierać/ginąć łamiąc prawo bo wtedy też na 100% odmówią. Co zabawne po okresie karencji samobójstwo jest dopuszczalne.

Warto ubezpieczać sprzęt na podróż. Ryan odda Wam max 500 eur jak coś popsuje.

Koszty poszukiwania – SAR

Nie ma czegoś takiego w produktach ubezp. Zazwyczaj to kryje się w kosztach leczenia i jest z nich wyłączone 🙂 No właśnie. Search and rescue. Jak się rozdupczycie i potrzebne jest śmigło to dobrze wiedzieć, że ubezpieczyciel za nie zapłaci. Zwłaszcza jeśli jesteście w Szwajcarii. Można to olać i potem sprzedawać swoje nerki, ale lepiej wyrzucić te kilka złotych. Pamiętajcie też, że często wyłączona jest działalność pozaszlakowa. Czyli jeśli rozwalisz się jeżdżąc tam, gdzie nie powinieneś jeździć, część ubezpieczalni Cię zleje.

Bagaż

I to jest śmieszne. Większość ubezpieczeń sportowych pokrywa jakąś żałosną część bagażu czyli Waszego sprzętu. Dostaniecie max 1000eur co przy cenach rowerów startujących od 3keur jest smutne. Za to ubezpieczenia podróżne mają te sumy syte. Ha!

Sprzęt

Takie autocaso na rower. Popsujecie to dostaniecie pieniążki na nowy 🙂

W państwowym szpitalu jest gorzej niż w baraku na trilogy. Warto mieć kasę na prywatną służbę zdrowia. Ubezpieczenie skutecznie w tym pomaga.

Dobra to jak się zabezpieczyć żeby czegoś nie złapać. Pokażemy Wam wariant max z cenami. Możecie sobie z niego wybrać co chcecie.

  • Koszty leczenia + koszty poszukiwań – 280 pln / rok – OEAV  – Jest tanie, składka jest za rok i dużo osób je sprawdziło. Akceptuje wszystkie pozaszlakowe działalności.
  • Renta od inwalidztwa – 120 pln / rok – też oferowane przez powyższe OEAV jako dodatek
  • Następstwa nieszczęśliwych wypadków – 25 PLN / dzień wyjazdu – np w elvia – wariant sport. Oprócz NNW zawiera też, koszty leczenia i SAR, jednak to kupujemy głównie na NNW.
  • Bagaż – 45 PLN / dzień – to jest tricky. My robimy tak, że tylko na dni lotu kupujemy ubezpieczenie podróżne od elvia w wariancie VIP. Czyli osobno na dzień dolotu i dzień odlotu. Tu za bagaż jest 3500 euro więc szału nie ma, ale na waciki styknie.
  • Życie – tu produktów jest z miliard w różnych cenach. Ubezpieczenie w Aviva na 1mln za śmierć w wyniku choroby i 2 mln za nieszczęśliwy wypadek to jakieś 200-300 pln za miesiąc. Ubezp podróżne dają 50.000pln-150.000 pln za śmierć więc ta cena za miesiąc ochrony wydaje się duża, ale biorąc pod uwagę że chroni Was 24/7 nie jest aż tak wielka. W tej cenie jest też rozsądna kasa na prywatne leczenie, gdzie Wam się podoba.
  • Sprzęt – PZU Rowerzysta, Casco na 10.000 zł bez ryzyka kradzieży to 800 zł/rok

Jak widać więc, przy założeniu, że chcecie być cały czas chronieni i poza granice wyjeżdżacie powiedzmy dwa razy na tygodniowe tripy w roku, rocznie na full coverage wydacie 850-1000PLN bez ciągłego ubezp na życie, a około 2000pln – 4000pln za opcję full wypas. Wam zostawiamy wybór 🙂

Dobrze mieć ubezpieczenie całoroczne. Zazwyczaj ubezpieczamy się na wyjazdy. Dzwonek może przydarzyć się pod domem, niekoniecznie przy jeździe na rowerze a na przykład przy uklepywaniu babek z dzieckiem.

Co się dzieje jak się zjebie.

Były sobie świnki trzy, Królik, Krzychu i Rudy. Każdy z nich zaliczył już glebę z konsekwencjami (ratunek, operacje, rehabilitacje, ubezpieczalnie)

Rudy:

Złamanie łapy w Koutach

Ubezpieczyciele w rolach głównych: Elvia: Ratunek, NNW

Ratunek: Horska Sluzba, Qaudem na dół, dowóz do szpitala w Superku na SOR i narta. Elvia powiadomiona o akcji.

Szpital: EKUZu brak więc trzeba zapłacić, Elvia zwraca kasę.

Polska: Rudy (choć bez duszy) czasem ma szczęście w życiu. Primo, że zameldowany w Obornikach Śląskich więc jak przyszedł do Trzebnicy do szpitala to nie pogonili w pizdu na dzień dobry. Termin operacji też się udał w miarę szybko, więc operacja poszła w ramach publicznej służby zdrowia.

Dodatkowe konsultacje ortopedyczne to już Medicover, rehabilitacja także.

Po zakończonym leczeniu telefon do Elvii, wizyta u orzecznika, NNW wg tabelki, przelew i kurtyna.

Co można lepiej? 

EKUZ przy sobie, w szpitalach zdecydowanie wygodniejszy niż tłumaczenie się polisami albo płacenie z własnej kieszeni.

Krzychu

Zerwanie mięśnia piersiowego.

Ubezpieczenia: PZU NNW Sport, Planeta Młodych.

Generalnie dobrze zadziałało PZU. Operację, ze względu na ciemnotę i brak kompetencji placówek publicznych, przeszedłem w klinice Reha Sport w Poznaniu.

Po zakończonym leczeniu i rehabilitacji złożyłem wszystkie dokumenty, po tygodniu komisja lekarska mnie wezwała i oceniła to samo co było napisane w papierach ze szpitala. Uznano 6% uszczerbku oraz oddano maksymalne koszty leczenia – 10 tys złotych. To ubezpieczenie można wziąć też z większymi kosztami, maksymalnie do 20 tys złotych. W tamtym przypadku to pokryło koszty operacji (9500 zł).

Planeta Młodych okazało się, że działa w całej Europie z wyłączeniem Polski… Więc dostałem tylko zawrotne 750 zł za uszczerbek na zdrowiu. Wydałem je na dom na Lazurowym Wybrzeżu i Lamborghini Aventadora.

Co można lepiej?

Teraz PZU NNW Sport można kupić już tylko minimalnie na miesiąc. Polcam wziąć maks NNW oraz maks koszty leczenia.

Królik

Malaga – Złamanie kości łódeczkowatej w nadgarstku, rozerwany więzozrost barkowo obojczykowy.

Ubezpieczenie: Aviva Opiekun VIP, Elvia

Na SORze w Maladze absolutna wyjebka na ubezpieczenia komercyjne, zainteresowani karta EKUZ. Zgłoszenie szkody w Elvia, powrót do Polski. W Polsce cięcie w Trzebnicy – to fart że się udało od razu. Było to tuż przed wielkanocą i szpital zrobił sobie wolne sloty na pijanych mężów proletaryatu, którzy uszkodzili sobie kości bijąc żonę białą kiełbasa i żurkiem. Jeden z tych slotów dostał Królik. 

Aviva – przelała zaskakująco sporą kasę 3 dni po info o wypadku i rodzaju kontuzji z NNW i KL.

Elvia poinformowała, że przelewa kapustę po zakończeniu leczenia. Wyliczyłem sobie radośnie że moje koszty leczenia to 10k. Na NNW nie liczyłem. Przelali 5k…. z NNW. Uznali, że koszty leczenia mi się nie należą bo zwracają tylko w miejscu gdzie był dzwon 🙂 – tego nie doczytałem w OWU.

Gdzie z tym rowerem?!

Ostatnio jechałem samochodem po mieście tradycyjnie słuchając za głośno muzyki i nienawidząc wszystkich kierowców dookoła. Na dodatek jeden rowerzysta prawie na mnie wpadł (nie ja na niego, żeby było śmieszniej), drugi zajechał mi drogę na światłach.

Ostatnio jechałem samochodem po mieście tradycyjnie słuchając za głośno muzyki i nienawidząc wszystkich kierowców dookoła. Na dodatek jeden rowerzysta prawie na mnie wpadł (nie ja na niego, żeby było śmieszniej), drugi zajechał mi drogę na światłach. Nie mam super auta, ale i tak szkoda mi go na celową kraskę z rowerzystą, blacha się pognie, będzie sporo tłumaczeń przed policją…

Ale zawsze po takich odruchach zastanawiam się, ile razy kląłem na kierowców, kiedy jechałem rowerem po mieście. Ogólnie tego unikam, bo nie ufam kierowcom a uważam, że śmierć pod kołami auta jest jakaś głupia, to już wolałbym chyba w aucie. Ale też niejednokrotnie, pokazywałem to i owo kierowcom, którzy wyprzedzali mnie na milimetry albo po prostu trąbili tak o – bo jechałem. Idźmy dalej, jeszcze bywamy czasem pieszymi! Wtedy nienawidzimy i kierowców, i rowerzystów rozpychających się na chodnikach. Będąc na rowerze analogicznie wkurzają nas piesi idący jak święte krowy szczególnie po ścieżkach rowerowych. I tak w kółko, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. O ile byłoby prościej znać podstawowe zasady ruchu drogowego, jeśli już korzystamy z jezdni lub ścieżek rowerowych. Ustęp dotyczący rowerzystów nie jest wcale opasły! A można się z niego dowiedzieć, kiedy nasza nienawiść jest uzasadniona, kiedy (w wyobraźni) docisnąć gazu lub (w wyobraźni) zaparkować grupie pieszych zajmującej całą ścieżkę rowerowej w… plecakach.

Tu kolega Królik jedzie ładnie po prawej stronie, jako pełnoprawny uczestnik ruchu.

A teraz do rzeczy, kilka zupełnie podstawowych prawd objawionych kodeksu dla każdego z nas, ponieważ jakby to nie brzmiało każdy z nas występuje często w tych trzech osobach…może bardziej rolach. Zacznijmy od dołu łańcucha pokarmowego. Po ścieżce rowerowej mają prawo poruszać się piesi, ale mają obowiązek ustąpić rowerowi pierwszeństwa, a nie obrzucać go mięsem, szczuć psem lub wjeżdżać w niego wózkiem. Rowerzysta z kolei może jechać po chodniku, jeśli nie ma innej drogi oraz wyznaczonej ścieżki rowerowej lub pasa ruchu dla rowerów, jednak w takiej sytuacji zawsze pieszy ma pierwszeństwo. Więc jeśli nie ma ścieżki to z kolei rowerzysta nie powinien kląć na przechodniów, rozjeżdżać ich lub kraść wózki z dziećmi. No i rzecz najbardziej gorąca – ulica! Mamy coraz więcej pasów ruchu dla rowerów, są one wyraźnie oznaczone na jezdni. Po nich mają prawo się poruszać rowerzyści i jeśli jadąc autem przecinamy taki pas, to należy im ustąpić pierwszeństwa. Pojawiło się też sporo miejsc, w których przed skrzyżowaniem jest całe pole na jezdni zamalowane na czerwono. To tzw. śluza dla rowerów. Brzmi kosmicznie a kierowcy i często też rowerzyści nie wiedzą za bardzo jak się na niej zachować – czy trzeba się jej bać, czy za wjechanie na czerwone pole idzie się do kąta? Na śluzie mogą się ustawić rowery, które będą zmieniały kierunek jazdy na skrzyżowaniu. Więc jeśli jadą dalej w tym samym kierunku, to niech nie zastawiają całego skrzyżowania, bo to prędzej czy później źle się skończy, ponieważ kości klei się gorzej niż carbon. I w końcu jedna z rzeczy, o której można znaleźć najwięcej dyskusji w sieci. Jak powinni jeździć rowerzyści po jezdni, jak powinna wyglądać ich kolumna i czy mogą jechać obok siebie? To może niczym Anna Maria Wesołowska zacytuję art. 33 kodeksu drogowego, ustęp 3a:

„Dopuszcza się wyjątkowo jazdę po jezdni kierującego rowerem obok innego roweru lub motoroweru, jeżeli nie utrudnia to poruszania się innym uczestnikom ruchu albo w inny sposób nie zagraża bezpieczeństwu ruchu drogowego.” Jasne? Jeśli nie utrudnia to kluczowe słowo tutaj.

Tu obywatel Słowik zjechał lekko do środka szosy, co też może uczynić widząc że nie blokuje nikomu ruchu.

Warto też wspomnieć, że jak się wyprzedza rower, to odległość auta od jednośladu powinna wynosić minimum metr! A wielu kierowców uważa najwyraźniej, że centymetr więc doczytajcie! Szczególnie, jeśli wyprzedzanie jest z prędkością większą niż 50 km/h na drogach podmiejskich. Każdy to to przeżył wie jak potem ścieka pot między pośladki.

Zapraszam do Włoch, to niezła szkoła tolerancji dla wszystkich. Niby jeżdżą okropnie i mają porozbijane auta a jednak jak mijają Was jadących na szosie, to właściwie zjeżdżają na sąsiedni pas, a poza miastem jeszcze często do Was machają i się uśmiechają. Czy to tylko kwestia cieplejszego klimatu? Nie sądzę…

Krzysztof Pałys

Enduro (nie) dla wszystkich

Malejąca frekwencja na zawodach bardzo nas niepokoi, nie jest bowiem tajemnicą, że lubimy tego typu wydarzenia…

Żółknące liście skłaniają nas do refleksji nad przyszłością naszą, naszej planety, naszego kraju, naszej klasy a także kolejnego sezonu konkursów rowerowych typu enduro. Malejąca frekwencja na zawodach bardzo nas niepokoi, nie jest bowiem tajemnicą, że lubimy tego typu wydarzenia i są one nieodłącznym elementem naszego rowerowego jestestwa. Na arenie organizatorów zostało kilku graczy. Nowi nie przybywają, a istniejącym przestaje się zgadzać tabelka. Światła reflektorów najbardziej skierowane są Enduro MTB Series, którzy kilka lat temu formułą on-sight zdobyli serca rzeszy śmiałków i organizują najwięcej wyścigów w sezonie. Jedna z pierwszych edycji posiadała na liście startowej prawie tyle nazwisk co populacja miasta Opatowiec w powiecie Kazimierskim (czyli ok 300 osób).

Ostatnie zawody tego lata rozegrane w Srebrnej Górze zanotowały 140 zapisanych członków (łącznie z tymi członkami bez członków). Sens organizowania wydarzenia dla takiej małej grupy staje się wątpliwy, zwłaszcza że niezależnie od liczby startujących nakład pracy i środków jest bardzo duży. 

Masz 30 na karku, dzieci i kredyt dlatego boisz się wystartować? Ona też. Do tego ma cohones (hipotetyczne). Fot. Krzysztof Stanik

Ciężko stwierdzić co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, rowery za worek piniędzy już spowszedniały i nikogo nie dziwi Santa w cygańskim złocie, także na pewno nie jest to kwestia dostępności sprzętu. Poziom trudności tras w stosunku do tego co serwowało nam EMTB znacznie nie wzrósł (a za sprawą formuły on-sight raczej stopniał). Świadomość ludzi czym jest enduro jest dużo większa od tej sprzed chociażby 6 lat. 

Na drugim co do popularności (zaraz po Roksie) wśród endurowej braci portalu internetowym 1enduro możemy przeczytać w komentarzach (pod wpisem “HAJLAJTSY: ENDURO MTB SERIES SREBRNA GÓRA 2019”), że tym co odstrasza potencjalnych startujących jest wysoki stopień trudności tras. Można godzinami prowadzić dysputy nad tym czym jest enduro a czym nie jest i o ile swoją wycieczkę z banankiem w plecaku możecie nazywać jak chcecie, tak zawody muszą spełniać pewne standardy. Wystarczy popatrzeć na to jak takie zawody wyglądają za granicą (chociażby u naszych południowych kolegów) i odpowiedź przychodzi sama. Ma być w dół i ma być trudno. Wieczór z sąsiadką wysmarowaną nutellą to nie jest interracial date, a interwał na Twisterze to nie jest enduro choćbyś ubrał na siebie wszystkie POCi świata i namalował na twarzy płomienie.

Już niedługo Enduro w Polsce skrojone na miarę naszych potrzeb i umiejętności. Fot. Nie wiem (z internetu).

Owszem, żeby zachęcić nowych poziom trudności musiałby być niższy, no ale bez jej. Czy w amatorskiej lidze piłki nożnej bramki są większe a mecz trwa krócej? Chcecie enduro to jeździjcie enduro. Panuje też mylne przekonanie, że czołówka to ludzie, którzy trenują 8 razy w tygodniu po 16h dziennie i normalnie pracujący człowiek nie ma szans na rywalizację.  Prawdą jest, że czołówka jeździ więcej, jednak z uwagi na fakt, że jako takich zawodowców w tej dziedzinie kolarstwa górskiego brak, wszyscy na codzień borykają się z podobnym problemem – pracą. Jak wiadomo, każda praca hańbi i uwłacza, a przede wszystkim zabiera czas. Myślę, że spokojnie z pierwszych 20-30 osób 80% osób to normalnie pracujący mężowie, ojcowie, kochankowie i dzieci (ślubne bądź nie). To już jest kwestia poustawiania sobie priorytetów i organizacji czasu. Mówię to z perspektywy osoby pracującej minimum 8h dziennie, przygodę ze ściganiem zacząłem mając 29 lat, bez wcześniejszego backgroundu w DH czy nawet XC.  Czas na rower znajduję raz w tygodniu a jak uda się częściej to chwalę Pana. Czołówka dziewczyn objeżdża ponad połowę facetów, a nawet lepiej. W Srebrnej Górze Kasia Burek była 45 w open co oznacza, że zmieściła się w pierwszych 30% stawki. Kolejne dziewczyny na 49 i 51 miejscu (na 130 osób). I to nie one lamentują na poziom trudności. Mam wrażenie, że nie tylko prawdziwych cyganów już nie ma… No niestety, żeby jeździć to trzeba jeździć, znaleźć swoje słabości i nad nimi pracować. Nie upatrywać winy w krótkim reachu czy mało aktualnym kącie główki. Porzucić mrówkojebcze obczajanie tabelek z gejometrią. Istnieje w mojej głowie przekonanie, że chęć posiadania jest teraz znacznie większa niż chęć samodoskonalenia. Sam fakt posiadania roweru nie czyni nikogo “rajderem”. W sporcie chodzi o przełamywanie swoich słabości i “iśce” do przodu, aby brać przykład z lepszych i dążyć do zwiększania swoich umiejętności a nie oczekiwaniu, że ktoś dopasuje poziom trudności zawodów do naszego skilla, żebyśmy mogli zabłysnąć w kategorii “żabki” czy “muchomorki”.

Niektórzy z nas zabawę zaczęli dopiero po 40. fot. Krzysztof Stanik.

Enduro to sport a nie synonim wycieczki z łapaniem kolegi za pupę. W zeszłym roku nie było końca ohom i ahom po Pucharze Bimbru, nawet tytuł enduro award powędrował do organizatora. Serio? To były zawody Enduro? To był towarzyski event z elementem rywalizacji. Jeśli ludzie tak sobie wyobrażają tę konkurencje to trochę smutne. Zdecydowanie wolę, żeby organizator zapewnił mi kilka sytych odcinków z pomiarem czasu niż pochował w lesie dziurkacze w kształcie kaczuszki. 

Czy obniżenie poziomu trudności na zawodach jest dobrym kierunkiem? Przypuszczam, że wątpię. Już teraz często jest za łatwo. Odsetek ludzi, którzy zrezygnują ze startu może być podobny do świeżego narybku, a sama formuła zostanie wypaczona. Skrócić zawodów już się chyba nie da, 4 oesy to absolutne minimum żeby opłacało się wyjść z domu. Nasza teamowa koleżanka Madka (MotherBiker) już dawno skończyła 18lat a mimo to bierze udział w lokalnych zawodach i kończy je bez uszczerbku na zdrowiu. Nie ujmując nic Asi, poziom trudności jest odpowiednio wyważony. Także z całym brakiem szacunku, jeżeli uważacie, że jest za trudno to może powodem jest co innego (i tu z pomocą przychodzą tutoriale na YT: https://www.youtube.com/watch?v=BD0zrTFRLEw). Grawitacyjne odmiany kolarstwa nigdy nie będą dla mas i chyba też to nas w nich kręci, że są wymagające. Czy w każdej niszy trzeba tworzyć przestrzeń dla Janusza i Grażynki? Czy zawody enduro mają stać się parodią jak biegi survivalowe, gdzie korposzczury stoją w kolejce aby przeskoczyć przez oponę i zamoczyć cycki w błocie, a na koniec zrobić sobie selfie z czarnymi paskami pod oczami i dyplomem “za ukończenie”? 

Problemem jak zwykle jest hajs, bo gdyby się zgadzał to organizatorzy nie zastanawialiby się, czy jest sens organizować kolejną edycję, niezależnie czy startowało by 150 czy 500 osób. A hajs na tego typu wydarzenia zwykle jest od sponsorów. Niestety smutna rabatowo-barterowa rzeczywistość, która spotyka “zawodników” dotyka również organizatorów. Zastanawiające jest to, że duże marki rowerowe potrafią wydać naprawdę sporo kasy na imprezy gdzie wąsaci mogą napić się darmowego szampana i pomacać  ̶s̶t̶e̶w̶a̶r̶d̶e̶s̶y̶  nowe modele, a żaden z nich nie chce objąć patronatu nad serią ogólnopolskich zawodów. Za koszt jednej takiej imprezy możnaby oj**ać cały sezon rejsingowy.   

Paweł Pupiń  (Masko Patol)

Filmy Rowerowe

Każdy z nas lubi ładne obrazki. Ładne panie, ładni panowie, ładne auta i ładne rowery też. Kupujemy oczami, dlatego je lubimy.

Każdy z nas lubi ładne obrazki. Ładne panie, ładni panowie, ładne auta i ładne rowery też. Kupujemy oczami, dlatego je lubimy. Naturalnie każdy ma swoją estetykę, ale jakość niektórych obrazów jest w stanie spowodować, że spojrzą na nie nawet ci, którzy nie do końca są zainteresowani tematem. Weźmy na przykład sukces Top Gear. Oprócz niepowtarzalnego stylu prowadzących, program zdobył publikę dzięki ujęciom. Była cała masa oglądających, którzy wcale nie interesowali się specjalnie motoryzacją, ale lubili oglądać malownicze kadry z nietanimi pojazdami i dobrą muzyką w tle. Tę samą zasadę można przełożyć w sumie na większość dziedzin…może oprócz porno.

Z filmami rowerowymi może być jednak trochę trudniej. Niedawno Paweł napisał tu felieton o tym jak my tłuczki stajemy się Aaronami Gwinami w obiektywach zdolnych fotografów. Z filmem już nie jest tak kolorowo, bo żeby na nim wypaść jak Aaron Gwin to tak z grubsza trzeba nim być…

Naturalnie wszystko zależy od tego co film ma pokazać. Jeśli ma być to relacja z miejscówki rowerowej z piękną scenerią to skupimy się na innych aspektach, ale jeśli ma pokazywać imponującą jazdę, to bez takich umiejętności film może być po prostu nudny lub delikatnie mówiąc rozczarowujący.

kadr z filmu “North of the nightfall” Reż. Jeremy Grant

Rowerowe kino z USA z legendami takimi jak Semenuk, Zink czy Berrecloth postawiło poprzeczkę niezwykle wysoko. Potem pojawili się jeszcze kosmici typu Fabmer, którzy dorównują skillem nawet Pawłowi Jumperowi. To jednak poziom astronomiczny. Mówimy tu o rowerowym Hollywood. O ludziach z umiejętnościami daleko przewyższającymi śmiertelników oraz rozmachem i budżetem Redbulla, również niedostępnym dla przeciętnego pracownika Biedry. Do tego już kilka lat temu zaczęły powstawać długie formy filmowe typu „Life Cycles” czy nowsze „North of the NIghtfall” albo „Reverence”, które przeniosły temat filmów rowerowych na całkiem inny level. To wszystko spowodowało, że prawie każdy kto jeździ chciałby być bohaterem tego rodzaju editów. W dobie coraz tańszych środków rejestrujących jak kamerki i telefony nastąpił wysyp wszelkiej maści obrazów. Od ciekawych i prostych „Raw”, poprzez najróżniejsze „helmet camy” aż do godzinnych filmów z maratonów XC… Niestety w większości doskonale wiemy, jak to wychodzi. Widzimy film pt. „pełnym piecem” na którym ktoś jedzie 20 km/h albo skacze przez metrową hopę. Szukając filmów pokazujących trasy, na których jeszcze np. nie jeździliśmy spodziewamy się zazwyczaj właśnie helmet camów, a często trafiamy na filmy, w których na 20 minut gadania na poboczu jest jakieś 30 sekund jazdy. Najgorszy jednak chyba jest efekt, jeśli ktoś próbuje zrobić edit a’la pros nie będąc prosem… Pewnie znacie takie memy typu jak wydaje mi się, że wyglądam, a jak wyglądam w rzeczywistości… no właśnie. To brutalne, ale prawdziwe. Nie zawsze obrazy, na których nam się wydaje, że wypadami atrakcyjnie (głównie dla siebie) będą ciekawe dla innych. To podobny temat jak z helmet camami, które wrzucają wszyscy. Ile jesteśmy w stanie tego obejrzeć? Minutę? Zaraz obok tego na Facebooku świeci nam się relacja z przejazdu Loica Bruni a okno obok mówi, że załadował się już nowy nie do końca rowerowy edit z Daniką… No więc co wybierzemy?

Mariusz Jarek leci piecem w swoim edicie “Speed and Style”

Niektóre filmy, mają pokazać sprzęt – czyli tzw. bike porn. Takie filmy też są potrzebne, ale zwróćmy uwagę na to jak one zazwyczaj powstają. To powinny być wysmakowane obrazy detali roweru i jego całe ujęcia w dobrym oświetleniu, często w studyjnym lub ciekawym otoczeniu na zewnętrz. Co zazwyczaj dostajemy? Kilka ujęć z telefonu, nie zawsze ostrych, nie skupiających się na istotnych szczegółach roweru wartych podkreślenia. To trochę tak jakbyśmy mieli oglądać na filmie piękną, nagą kobietę (lub faceta oczywiście) robiąc zoom na jej buty i lodówkę.

Jakich filmów jest z kolei najwięcej? Krótkich „editów” z telefonu jak „kumpel skacze” lub bierze zakręt na pełnej albo „lecę piecem”. Każdy kto uczy jazdy na rowerze, powie wam, że to bardzo ważne, aby nagrywać takie elementy i następnie je analizować poprawiając błędy. Ale po co zaraz to publikować? Film jest jak zdjęcie, ma jakąś intencję, którą chcemy przekazać – jakiś pomysł. Warto na to zwrócić uwagę wrzucając „cokolwiek”.

Sławek Łukasik w edicie “Searching for the style in Queenstown”. Realizacja: Kuba Gzela

Żeby było jasne, w Polsce powstaje mnóstwo dobrych filmów rowerowych. Nie chodzi mi też o to, żeby nasz wypad na rower kręciła ekipa Stevena Spielberga a budżet wypadu na Srebrną Górę wzrósł ze 120 zł do 4 milionów złotych netto. Chodzi mi jedynie o to, że jeżeli chcemy się dzielić naszymi poczynaniami rowerowymi z całym internetem, to zastanówmy się co właściwie chcemy pokazać? Nie musimy być Semenukiem, możemy zrobić krótki edit z malowniczej jazdy po Alpach, lub pięknych, polskich lasach, ale nie podkreślajmy wtedy aspektów, które nie są naszą mocną stroną. Wrzucając helmet czy chest camy, pomyślmy, jak je zmontować, żeby nie trwały tyle co wszystkie odcinki Klanu i były od niego ciekawsze pod kątem fabuły. Dzięki dostępności i niższym kosztom narzędzi, każdy z nas teraz może łatwo coś nakręcić i obrobić na darmowym programie – to zresztą dało początek amatorskim filmom, w których małżeństwa z sąsiadami doceniają różne aspekty swoich relacji.

Paweł Jumper w filmie Paweł Jumper. Autor nieznany. Kultowe dzieło będące podwalinami polskiego stuntu.

Nie każdy ma jednak pomysł, żeby pokazać coś co zainteresuje innych. A do tego gorąco namawiam.

Krzysztof Pałys

Artyści od brudnej roboty

Sezon konkursów rowerowego enduro w Polsce dobiegł końca. Tylko nieliczni mogą pochwalić się statuetkami i medalami.

Sezon konkursów rowerowego enduro w Polsce dobiegł końca. Tylko nieliczni mogą pochwalić się statuetkami i medalami. Są też tacy co wzbogacili się o nowe blizny i kawałki szlachetnych metali w ciele. Pozostałej grupie, która stanowi większość tego podwórka pozostają foty z zawodów do strzelania szybkich pamięciówek. A jak się nazywa Pan czy Pani co robi zdjęcia Kochane dzieci? Taaaaaaak, to fotograf 🙂 W nagrodę za dobrą odpowiedź, możecie zlizać bitą śmietanę z kolana Pana prowadzącego… Podobna nagroda przysługuje owym fotografom za ich “dzieło”.

Rywalizacja, skupienie, słońce i kurz. To zdjęcie świetnie sprzedaje “racing day”.  Fot. Krzysztof Stanik

Mówi się, że faceci są wzrokowcami, owszem lubimy zawiesić oko tu i tam. Częściej tam. Ale nie tylko faceci kupują oczami. Zdecydowanie łatwiej jest coś sprzedać gdy zatroszczymy się o dobrą prezentację produktu. Minimalnym minimum jest ostre zdjęcie w dobrym oświetleniu. A jeśli ktoś potrafi zapracować światłem i głębią tak żeby wydobyć detal i skupić wzrok odbiorcy na tym co najistotniejsze to nawet tłuczek do mięsa potrafi na chwilę stać się dziełem sztuki. Do tego potrzebny jest oczywiście dobry sprzęt, ale jeszcze ważniejszy jest warsztat (nie samochodowy), zmysł i oko. Pierwsze można kupić za piniążki, pozostałych już nie.

Po umieszczeniu tej fotografii na Tinderze Peter nie przestaje odbierać telefonów. Już niedługo możemy się spodziewać wysypu przystojnych bombelków. Fot. Krzysztof Stanik

Właśnie takie dzieła sztuki z tłuczków często powstają na naszych lokalnych zawodach. Nie, nie chcę tu nikogo obrażać, sam jestem jak ten wyżej wspomniany tłuczek. Jak na zawody, w których uczestniczą głównie amatorzy, poziom zdjęć jest naprawdę pro. I to bardzo cieszy, bo dzięki temu ten sport staje się bardziej atrakcyjny dla odbiorców. Łatwiej go sprzedać potencjalnym sponsorom, a partnerzy mają później dobry materiał marketingowy – o ile potrafią go wykorzystać. Niestety więcej dżemu na klacie rozsmarowują osoby, które są na tych zdjęciach, niż sami autorzy, którzy skromnie odchodzą w niepamięć. W mojej głowie rodzi się przekonanie, że cały ich trud jest trochę niedoceniony i umniejszany, bo dla większości liczy się tylko to, że są na fotce, a nie całokształt pracy autora. A to właśnie ich zasługa, że te zdjęcia są jakie są a nie nasza. Targają swój ciężki sprzęt za ciężkie pieniądze w ciężki teren tylko po to aby jadący tłuczek do mięsa stał się na chwilę figurą walecznego herosa. Może dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie konkursy “Photo of the day” z każdych zawodów i nagrodzenie fotografów, którzy pracują charytatywnie? Albo “best photo” wykonane stanikiem. Tutaj chyba wiem, kto zostałby niekwestionowanym zwycięzcą 😉 Oczywiście nikt nie zmusza ich do chodzenia po lesie i cykania zdjęć, tak jak zawodników nikt nie zmusza do startów. Ba, my nawet za to płacimy! Ale owoce pracy tych charytatywnie działających fotografów pomagają promować te wydarzenia i stanowią nieocenioną oprawę graficzną całości. Myślę też, że nikt nie pyta autorów, czy może wykorzystać ich zdjęcie do czegoś tam później wychodząc z założenia, że przecież go oznaczyli więc jest luzik.

Mój typ do nagrody Photo of the day z zawodów w Srebrnej. Szacuneczek.  Fot. Enduro Lens
Tym zdjęciem można reklamować sporo. Np. Proktolog prywatnie, Szkolenia rowerowe, aktywny wypoczynek na świeżym powietrzu. Fot. Paweł Pupiń

Osobiście jestem w stanie płacić więcej za zawody na rzecz wynagrodzenia dla większej liczby fotografów. A jeśli ja jestem w stanie płacić więcej nie będąc szejkiem Mudżahedinem to sponsorzy też są w stanie płacić więcej. Bo te zdjęcia im się zwrócą, jeśli tylko będą potrafili je wykorzystać z głową. Na co dzień pracuję z obrazem, z tworzeniem obrazu i jego obróbką. Z kolorem, światłem, kadrem i kompozycją. Może dlatego potrafię docenić jakość tych obrazów, które dostajemy od naszych charytatywnie biegających fotokolegów i koleżanek. Nie jaram się tymi zdjęciami tylko dlatego, że na nich jestem (bo jestem na ułamku procenta). Jaram się nimi bo są dobre.

Pomyślcie jak smutno by było, gdyby na zawodach był tylko jeden fotograf opłacony przez organizatora. I każdy miałby jedno foto z jednego miejsca (np. jak dłubie w nosie pod namiotem w biurze zawodów). Albo jak smutno by było, gdyby nas fotografowali Czesi. Serio, oglądając zdjęcia z MTB Trilogy rwałem kłaki z dupy, krzycząc “How can be?!?!”.

Zdjęcie przedstawia tłuczek za drzewem.  Autor nieznany (może i dobrze…)
Planowość kadru, a tak, coś słyszałem…  Autor nieznany.
Ten moment, gdy odkryjesz głębię ostrości i nie zawahasz się jej użyć.  Autor nieznany.

Jak widzicie po wyżej zamieszczonych przykładach na kiepskim zdjęciu tłuczek pozostaje tłuczkiem. Albo tucznikiem, jeśli to ciężki tłuczek. Dlatego nie zapominajmy dzięki komu nasze cover image są takie wspaniałe i nie przypisujmy sobie chwały i blasku za to, bo to nie jest zasługa tego, że założyliśmy wyprasowane skarpety pasujące kolorystycznie do jerseya. To zasługa talentu naszych kolegów i koleżanek.

Płacenie za sesję fotograficzną jest powszechnym zjawiskiem. Czasem z konieczności do dowodu czy paszportu, czasem dla zabawy zamawiamy fotobudkę na imprezę. Czasem robimy dedykowaną sesję do CV, żeby się lepiej sprzedać przyszłemu pracodawcy. Za każdym razem za to płacimy. Tak samo powinno być na zawodach. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby opłacanie większej liczby fotografów na tego typu imprezach, dla większości zawodników te zdjęcia są większą nagrodą niż próbka smaru w pakiecie startowym czy kołczan prawilności z logiem producenta koparek. Może gdyby wszyscy “sponsorzy” którzy widnieją na prześcieradle rozwieszonym za podium rozliczali by się pieniężnie zamiast poprzez fanty, których nikt nie chce i nie potrzebuje starczyłoby na wynagrodzenia dla kilku dodatkowych fotografów?

Paweł Pupiń  (Masko Patol)

Jebło to jebło – i co dalej?

Czyli o dochodzeniu do siebie po poważnych urazach. Złamanie, zerwanie, naderwanie, pęknięcie! Ile razy na co dzień myślicie o urazach?

Czyli o dochodzeniu do siebie po poważnych urazach.

Złamanie, zerwanie, naderwanie, pęknięcie! Ile razy na co dzień myślicie o urazach? Ile razy myślicie o nich w trakcie jazdy na rowerze? Oczywiście lepiej o nich nie myśleć, bo to je lubi przyciągać podobnie jak „ostatni zjazd” czy „ostatni skok”. Poza tym należy się skupiać na płynnym przejechaniu danej przeszkody a nie na zastanawianiu się co jeśli się nie uda.

A jednak czasem się nie udaje…

Mi się nie udało w zeszłym roku, kiedy po skoku z dosyć sporego dropa (większego niż 2 czy 5 metrów) przerzutka zawinęła mi się na lądowaniu i wkręciła w koło. Poleciałem jak z katapulty i pech chciał, że wprawdzie nic nie złamałem, ale zerwałem sobie całkiem mięsień piersiowy. Jak usłyszałem diagnozę, to czułem się co najmniej jak Leo Dicaprio bez Oskara a chyba bardziej jak Armstrong z odebranymi medalami. Generalnie brzydko mówiąc obsrany. Co dalej? Poważna operacja, miesiące absencji od ruchu, ćwiczeń i roweru, od których jestem uzależniony. Szczerze mówiąc ryczeć mi się chciało.

podobnie się czuł Królik rozwalając bark i nadgarstek pod koniec wyjazdu do Malagi.

Próbował mnie pocieszać jeden z najlepszych fizjoterapeutów, z jakim przyszło mi pracować – Rafał Rogowski. Mówił „Krzychu to szybko minie, a potem zrobimy tak, żebyś był w lepszej formie niż przed dzwonem”. Wtedy brzmiało to dla mnie jak mówienie skazańcowi, że nawet nie poczuje kuli w łeb.

No ale do rzeczy.

Najważniejszą sprawą jest LEKARZ. Zorientowany na postawienie was na nogi i mający świadomość, że uprawiacie sport częściej niż w trakcie spaceru do sklepu i ćwiczycie bajceps częściej niż przy tapirowaniu mudżahedina. Niestety z tym jest duży problem. Mój uraz został zignorowany w publicznym szpitalu przy Weigla. „Nic poważnego panu nie jest, niech pan nosi rękę na temblaku przez cztery tygodnie” usłyszałem od jakiegoś na pozór sympatycznego bulbaska. No więc, gdybym go posłuchał, to obecnie siedziałbym już w więzieniu za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, ponieważ byłbym kaleką i musiałbym się za to zemścić. Mój uraz, jak się potem okazało albo zostałby zoperowany w terminie maksymalnie czterech tygodni albo mógłbym się przestawić na tryb życia po sześćdziesiątce. Jest to skandal, ale zostawmy to na razie. Trafiłem z polecenia do prywatnego szpitala, który reperuje od lat wielu znanych sportowców – co może być pewnym gwarantem sukcesu. W tym miejscu po raz pierwszy rozwiano wszystkie moje wątpliwości i odpowiedziano na nabrzmiałą już listę pytań. Szczerze mówiąc uspokojono mnie. Mimo, że uraz był poważny, to lekarz, który miał mnie operować robił 3-4 takie zabiegi w tygodniu. Powiedział, że nie widzi nawet jednego procenta szans na niepowodzenie. Warto wspomnieć, że wizyty w innych miejscach przyniosły mi całą tonę niepokoju, mówiąc że jest np. 30 procent szans na niepowodzenie operacji. Mało tego, tak naprawdę miałem być unieruchomiony na cztery tygodnie po zabiegu, następnie miałem zacząć intensywną rehabilitację. Lekarz powiedział mi jasno, że cel jest taki żebym jak najszybciej stanął na nogi. Po 4 miesiącach miałem wrócić do pełnej sprawności, po 6 miesiącach miałem nie odczuwać żadnych deficytów i skutków urazu. Tak też się podziało. Pierwsze tygodnie były najgorsze, był ból, unieruchomienie i problemy z podcieraniem tyłka. Czekałem z utęsknieniem do momentu zrzucenia ortezy i rozpoczęcia rehabilitacji. Od razu usłyszałem, że większość jest w mojej głowie i żeby szybko dojść do siebie muszę się zaprzeć i poświęcać czas na ćwiczenia.

Rudy po złamaniu ręki musiał być eskortowany przez czeskie służby szybkiego reagowania bajkparkowego.

Do fizjoterapeuty chodziłem 3 razy w tygodniu, poza tym ćwiczyłem zakres ruchu ręki codziennie, po kilka razy dziennie. Na początku było to ciężkie i bolesne, ale jak tylko widziałem pierwsze efekty to dawało mi większego kopa. Całością sterował oczywiście prowadzący ortopeda, który badając stan gojącego się cycka, określał co mi wolno dalej robić. Po pierwszym etapie rehabilitacji pojawiła się możliwość podnoszenia niewielkich ciężarów – ok 2kg na rękę. Następnie w końcu mogłem usiąść na rower… spinningowy. Nie mogłem się cały czas za mocno opierać na tej ręce, więc normalny rower odpadał, ale dzięki spinningowi zacząłem odbudowywać formę, która jak się domyślacie była na poziomie starca (i nie mówię tu o kategorii masters).

Każdy etap rehabilitacji zaczynał się też badaniami siłowymi w szpitalu, w którym byłem operowany. Dzięki temu mogłem śledzić progres w dochodzeniu do siebie.

Kolejne etapy to ćwiczenia na siłowni, pod okiem fizjoterapeuty i comiesięczne kontrole ortopedy łącznie z usg i badaniami motoryki.

czuły dotyk Rafała Rogowskiego

Schemat leczenia wyglądał dokładnie tak jak obiecał lekarz: 4 tygodnie zupełnego wyłączenia, następnie budowanie ruchliwości kończyny przez ok. miesiąc, po dwóch miesiącach od operacji ćwiczenia, po kolejnym miesiącu ćwiczenia z obciążeniem. Po 4 miesiącach oficjalne leczenie zostało zakończone. Oczywiście w dalszym ciągu ćwiczyłem. Pełną sprawność bez żadnych deficytów odzyskałem po pół roku, a zaangażowanie w ćwiczenia i determinacja zbudowały lepszą formę niż miałem wcześniej.

Każdy uraz jest inny, jednak kluczem będzie odpowiednia diagnoza – nie poprzestawajcie na jednej! Lekarze też się mylą, niestety nie należy im ślepo wierzyć. Nie dajcie się wpakować w gipsy przy złamaniach i tym podobne, nie żyjemy w średniowieczu! Lepiej wydać czasem 200 zł na prywatną wizytę, ale wiedzieć, że ktoś się wami zajął porządnie a nie jak tucznikiem w rzeźni. Kolejna sprawa czasem wiąże się z decyzją operować czy nie – bo to nie zawsze jest oczywiste. Zbierzcie 3-4 opinie lekarzy i decydujcie. Nie rzucajcie monetą i nie dzwońcie do wróża Janusza. Przedostatnią rzeczą jest fizjoterapia. Dobry fizjoterapeuta, który układa program leczenia pod was to skarb! Ostatnia składowa sukcesu to głowa. Nigdy nie wolno się poddawać, jęczeć i mówić, że teraz pójdziecie łkać do kącika w samotności. Wszystko w waszych rękach, mózg w tym metaforycznym kontekście naprawdę uzdrawia (wiem, niektórzy go ponoć nie mają). Jeśli będziecie zdeterminowani to pójdzie szybciej niż myślicie. Zajmijcie zdrowe kończyny innymi czynnościami, które wolno wam robić…przy innych. Macie problem z rękami, ćwiczcie nogi i na odwrót. To też pomaga. Nie możecie jeździć po wertepach to idźcie na spinning albo szosę.

Wencel miał więcej szczęścia, ponieważ od razu po złamaniu kości łódeczkowatej został profesjonalnie zaopatrzony przez kolegów.

Teraz żeby było jasne, za zabieg zapłaciłem 9 500 polskich cebulionów, które udało mi się pokryć z mojego ubezpieczenia, bez którego nie ruszam się nigdzie na rower. Gdybym był zdany na publiczną służbę zdrowia to wszystko mogłoby się nie powieźć. Podobnie by było gdybym uwierzył Panu doktorowi habilitowanemu „idź pan w cholerę z takim urazem, bo jem teraz bułkę” na SORze. Co jest przykrym wnioskiem, ale prawdziwym ku przestrodze.

Krzysztof Pałys

Bożek Progresjan

Odkąd na rynku pojawiły się rowery o tzw. geometrii progresywnej, czyli krótko z tyłu, długo z przodu i suport na glebie…

Odkąd na rynku pojawiły się rowery o tzw. geometrii progresywnej, czyli krótko z tyłu, długo z przodu i suport na glebie, konstrukcje o klasycznych wymiarach często dostają łatkę przestarzałych. O ile nazywanie ich “nie na czasie” nie jest niczym złym, tak zarzucanie im braku stabilności jest conajmniej dziwne, bo te same rowery kilka lat temu były uznawane za ultra stabilne. Zresztą, niektóre marki nie podjęły tego trendu od razu (np. Yeti, YT, Ibis, Trek). Czy więc zatem sam fakt istnienia ram o geometrii progresywnej może być powodem do określania klasycznych konstrukcji jako tych “niestabilnych” i nie pomagających podczas zjeżdżania?

No tak średnio bym powiedział.

Zasadniczo dobrze jest mieć wybór, dobrze jest też umieć określić swoje preferencje zamiast ślepo gonić za trendami. W uproszczeniu można uznać, że nie ma idealnych rozwiązań i wszystkie mają swoje wady i zalety. Nie inaczej jest z rowerami progresywnymi, dłuższa baza kół działa trochę jak systemy trakcji w nowoczesnych autach, trudno wyprowadzić je z właściwego toru jazdy, pomagają nam na każdym kroku. W takim aucie każdy jest mistrzem kierownicy, zwłaszcza na prostej. A co jeśli chcemy trochę bardziej pomiąchać dupką? Albo wkleić się z pivotem? Tu już trzeba się bardziej napocić. Oczywiście dalej wszystko jest możliwe, ale wymaga też od jeźdźca więcej zaangażowania.

Karkołomna próba jazdy na rowerze o nieprogresywnej geometrii podczas konkursu rowerowego.

Warto też zrobić rachunek sumienia z tego po jakich trasach jeździmy najczęściej. Rowery o dużym rozstawie osi plusują dopiero przy większych prędkościach w trudnym terenie i nie mam tu na myśli 35km/h we wąwozie w Srebrnej Górze. Takich tras na terytorium jest jak na lekarstwo. O tym czym są trudne trasy przekonali się nasi kamraci próbując swoich sił na zawodach z cyklu EWS. O podjazdach nawet nie wspomnę, bo wciąż mam wrażenie, że najulubieńszym uphillowym przełożeniem w naszym nowym bicyklu jest drugi bieg w tarpanie, a pytania o to jak rower podjeżdża należą do tych z gatunku “frequently asked question”. Jeśli w większości przypadków są to wycieczki w koło komina, trudność ścieżek na poziomie Twistera a intensywność jazdy nie pozwala, żeby w okolicy tarczki ryjowej pojawiły się słone krople to zalet płynących z tego typu konstrukcji praktycznie nie odczujemy. Albo odczujemy mniej więcej taką różnicę jak pomiędzy autem o mocy 300KM z napędem na cztery koła a Fiatem Pandą wykonując manewr parkowania równoległego przed osiedlowym warzywniakiem.

Yeti SB5.5 jest tak krótki i niestabilny, że wymaga asekuracji podczas zjazdu.

Coraz częściej słyszy się, że rowery z klasyczną geometrią nie pomagają na zjeździe. Ta klasyka to zaledwie 3-5lat. Trochę to niedorzeczne i w sumie zabawne, bo gdy 4 lata temu po raz pierwszy wsiadłem na swoją nową Caprę w rozmiarze S z rozstawem osi 1150mm byłem zachwycony jak to idzie po wszystkim. Dziś taki rower byłby prawdopodobnie określony jako niebezpieczny dla użytkownika, a jego właściwości zjazdowe przyrównane co najwyżej do dziecięcego pushbajka. Dobrze, że w kwestii długości męskich przyrodzeń trendy się tak szybko nie zmieniają, bo biała rasa dość szybko by wymarła.

Trendy istnieją w każdej dziedzinie i nie ma w tym nic ani złego ani dziwnego. Branża rowerowa rozwija się bardzo szybko, nie zdążymy się przyzwyczaić do jednego standardu a już pojawia się nowy. Progresywne rowery pojawiają się w arsenale praktycznie każdego producenta, jedne są bardziej ortodoksyjne, inne mniej. Czy są lepsze? W niektórych płaszczyznach na pewno, ale dobrze by było jakbyśmy sami robili progres wprost proporcjonalny do wydłużania się bazy kół, bo niestety na rynku możemy znaleźć pompki do penisa, ale pompek do skilla wciąż brak. Dużo lepiej dla nas jeśli zrobimy progres na “regresywnym” rowerze niż jak zaliczymy regres na progresywnym (bo same jeżdżą).

Carbony za miliony

Ostatnio u znajomego fotografa oglądałem statyw i mówię do niego, że widzę, że carbonowy, lekki i ładny splot.

Ostatnio u znajomego fotografa oglądałem statyw i mówię do niego, że widzę, że carbonowy, lekki i ładny splot. A on na to, że tak i skąd wiem, że to carbon, czy się tym interesuję itp. Innym razem oglądałem produkty jakiejś designerskiej firmy z Francji i widzę, że mają w ofercie carbonowy portfel, to wszedłem z ciekawości, mimo że kosztował miliony monet. Tam był opis o projekcie, technologii jego produkcji i o tym, że to idealny gadżet dla fanów zaawansowanej motoryzacji…czy aby na pewno? Przecież teraz carbony mają również swój czas w rowerówce! Od tego zaczynają się wszystkie wybory, rama carbonowa czy alu, koła carbonowe czy alu, kierownica, mostek, sztyca, większość części! Niektórzy robią to dla prestiżu inni mają pełną świadomość tego materiału, niektórzy mówią, że ten materiał jest bez sensu i przecież pęka – np. od mojej żony ciągle to słyszę. Można znaleźć w sieci mnóstwo komentarzy o tym, że płacimy masę pieniędzy za ramy i koła, które pękają przy dzwonach czy dobiciach o kamienie.

Karbonowa rurka w połączeniu z bardzo lekkim aluminiowym mostkiem.

Zdradzę Wam tajemnicę: każdy materiał może pęknąć, stal, aluminium, tytan, carbon czy kryptonit. A jednak na testach wytrzymałościowych carbon wychodzi lepiej od aluminium. Naturalnie pod uwagę jest branych kilka parametrów, waga, sztywność i właśnie wytrzymałość i suma tych parametrów wychodzi zdecydowanie lepiej w carbonowej ramie niż nawet w wydziwionej ramie rowerów Pole. W przypadku samej wagi różnice może nie są zbyt wielkie, ale reszta parametrów? Nie bez powodu carbon to topowy materiał w motoryzacji. Robione są do niego części do bolidów F1. Np. McLaren robi z niego całą klatkę do swoich aut. Czyli najpierw powstaje carbonowy monolit, który dopiero potem jest obudowany karoserią. Testy zderzeniowe McLarena pokazały, że tym co pozostaje po zderzeniach cywilnych aut tego producenta, to właśnie carbonowa konstrukcja wewnętrzna.

Czy wygląda to choć trochę rachitycznie?

No ale oczywiście jak nadziejecie się z dużą prędkością na ostry kamień ramą, to jasne że pęknie, podobnie z kołem, na dużym dobiciu też może strzelić. Ale – zawsze musi być jakieś ale. Ramę i koła z carbonu można naprawić! Nie chcę tu słyszeć, że ramę alu można przecież spawać… jest kilka firm w Polsce, które naprawiają elementy z carbonu. Naprawa koła to koszt poniżej 200 zł, koło jest jak nowe, nie traci swojej sztywności. A co z kołem z alu? No nic, kubeł. Wgnioty? Nic również z tym nie zrobimy, prędzej czy później kubeł. Koleżanka z teamu rozwaliła niedawno tylny trójkąt w YT Capra, czy tam sam się rozwalił, żeby nie było że psuja. Nowy trójkąt w YT – 400 Euro, naprawa 600 zł. Trójkąt jest jak nowy. Technologia polega na wycięciu uszkodzonego fragmentu i warstwowego położenia nowych powłok carbonu, czyli nie do końca jest to klejenie jak niektórzy sobie wyobrażają, to dodanie nowego materiału i związanie go z resztą. Rama oczywiście jest następnie malowana na ten sam kolor. Można? Można!

Ibis Ripmo nie poległ nawet po zjeździe z wulkanu.

Żeby było jasne, nie chcę być tutaj carbonowym onanizantem, sam mam rower z tego materiału i była to świadoma decyzja a nie kwestia „prestiżu”. Jednak chciałem rzucić kilka argumentów do niekończących się dyskusji o przewadze alu nad carbonem i na odwrót. Wiemy doskonale, że rowery na carbonowych ramach są wyraźnie droższe tak jak i same ramy, więc decyzja o zakupie takiego roweru jest podyktowana również finansami. Niektórzy zwracają też uwagę na walor estetyczny, czyli kwestię braku spawów. To już kwestia gustu, choć przyznam, że też wolę ich nie mieć. Natomiast odpowiadając na pytania czy warto dołożyć do carbonowej ramy albo czy carbon jest lepszy itp. Z jakiegoś powodu światowa czołówka zawodników w każdej dyscyplinie rowerowej jeździ na ramach z tego materiału. Więc chyba nie chodzi tu o czysty marketing? Natomiast nie jestem Wam w stanie odpowiedzieć po co Wam carbonowy portfel, więc musze się zastanowić nad argumentami, bo wygląda naprawdę, jak to się teraz mówi, „masno”.

Krzysztof Pałys

Gdzie na rower?

Na szczęście powstaje coraz więcej nowych miejsc na rowerowej mapie Polski…

Kiedyś mając sporą zajawkę na motoryzację, wylądowałem dzięki znajomościom na torze wyścigowym z autem o mocy ponad 600 KM, w towarzystwie podobnych aut, z tą różnicą, że ich kierowcy mieli ode mnie tak lekko ponad 15 lat więcej doświadczenia…Było ciekawie, lecz niezbyt komfortowo, a na pewno trochę za wcześnie na moje umiejętności. Myślę, że właściciel auta może mieć do dziś problemy z plamą na fotelu.

Kojarzy mi się to czasem trochę z doborem naszego skilla do miejsc rowerowych i tego czego od nich oczekujemy versus nasz styl jazdy, preferencje co do terenu, podjeżdżania itp.

Na szczęście powstaje coraz więcej nowych miejsc na rowerowej mapie Polski, dostosowanych do naprawdę przeróżnych umiejętności. Cały czas powiększa się projekt Singletrack Glacensis, powstało Pasmo Rowerowe Olbrzymy, mamy rewitalizację Czarnej Góry i nowe trasy Szczyrku! Patrzycie na moją twarz a ona jest uśmiechnięta! Są też kolejne plany rozwoju wielu istniejących miejsc i tras. Z przybywaniem miejsc przybywa też komentarzy w sieci, mniej więcej z częstotliwością przybywania marszów i protestów w naszym kraju. Jak to zwykle bywa, częściej ludziom chce się krytykować niż okazywać zadowolenie. To już stała zasada większości miejsc i portali, gdzie można się wypowiadać – jak ktoś jest zadowolony to siedzi cicho, a jak coś mu nie leży to chętnie wyleje wiadro jadu. Tu od razu wspomnę, że bardzo dobre reakcje przywitały nowe trasy w Szczyrku, co jest bardzo budujące!

Krzychu, kadetem tera.

Jednak to rzadkość. Pamiętam doskonale liczne komentarze o tym jakie to Pasmo Rowerowe Olbrzymy jest nudne, bo dużo pedałowania a mało flow i ogólnie jest za łatwo. Dla środowiska enduro z pewnością tak, ale jak poczytać komentarze osób bardziej ukierunkowanych na XC to wygląda to już zupełnie inaczej. Podobne komentarze pojawiły się pod różnymi etapami Glacensisa: prosty, nudny nic tam się nie dzieje itp. Ale chyba nikt nie spodziewał się 20 metrowych hop na zrównoważonych trasach rowerowych typu singletrack? Czy może jednak? A jak już o tym mowa to pamiętacie pewną burzę związaną z jedną niemałą hopką w bike parku Kasina? Naturalnie każdy ma prawo mieć swoje zdanie na temat przygotowania tras (o tym zaraz) czy jakości obsługi. Ale jednak trochę mnie zdziwiły głosy o tym, że jest kilkunastometrowa hopa na najbardziej wymagającej pod kątem lotów trasie w Kasinie. Hmm, to rzeczywiście dziwne. A może tam właśnie spodziewaliście się pump tracku? Dążę do tego, że każdy znając swojego skilla wybiera sobie trasy pod siebie. Ja nie umiem być trzecim bratem Godźkiem więc zadowolę się hopami z liści i patyków, ale nie będę raczej narzekał na to, że ktoś takie buduje w bike parku, bo są tam też inne trasy i tej akurat nie muszę jechać. Swoją drogą w alpejskich bike parkach też są takie hopy a nie słyszałem narzekań na nie, że są za duże i że ktoś nie potrafi ich skakać.

EWS Srebrna Góra.

Teraz jeszcze naturalnie trzeba włożyć do tego wiadra bitej śmietany łyżkę dziegciu i wspomnieć o tym, że negatywne komentarze pojawiają się też w kontekście jakości tras. I tutaj niestety czasem komentujący mają racje. Każdy z nas natknął się na hopy z lądowaniem na płasko, kwadratowe bandy, w które nijak nie da się wkleić czy stojącą wodę na ścieżkach. Jesteśmy na dobrej drodze, ale powinniśmy się jeszcze trochę nauczyć choćby od sąsiadów z Czech.

Co do „grzecznych” singli, to z kolei słyszałem o nich mnóstwo pozytywnych opinii od osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z MTB, albo które zabierają tam ze sobą dzieci, aby oswoić je z rowerem i mieć za chwilę kupę denerwujących, dodatkowych wydatków. Podobnie znalazły się osoby, które pozytywnie komentowały Arkowe hopy. Były to po prostu osoby, które je potrafią przeskoczyć.

Whistler. Kanada.

Patrząc na mapę Polski każdy znajdzie coś dla siebie. Są bike parki z wyciągami, jeśli ktoś nie lubi podjeżdżać. Tam są zazwyczaj łatwiejsze trasy typu „family”, ale mamy też trasy DH i te do lotów. Mamy takie skupiska tras jak Bielsko, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie, od gładkich singli po niezbyt łatwe, naturalne trasy enduro. Mamy Srebrną Górę, która jest bardzo różnorodna i oferuje podwózkę na górę, i mamy w końcu całą masę dzikich tras, z których sporo jest na Trail Forksie. Tam z kolei polecamy czytać opisy i charakterystykę tras, bo nieraz na Ślęży spotykaliśmy niczego nieświadomych rowerzystów, na rowerach ze skokiem 80 mm na największych wyrypach. Czasem nawet nie mieli kasku, bo myśleli, że to przecież zwykła leśna ścieżka, kto by tam się wywracał.

Stożek, Wisła.

Dążę do tego, że po pierwsze primo – szanujmy pracę innych, ponieważ budowa tras jest trudniejsza niż jeżdżenie po nich i nawet trudniejsza niż zjedzenie pączka bez oblizywania się. Po drugie primo ultimo, dobierajmy trasy pod siebie, swoje preferencje i umiejętności, czytajmy o nich, żeby potem nie być rozczarowanym. A wierzcie mi, że wszystkie z tych wspaniałych inicjatyw mają swoje grono fanów, do których są dostosowane poziomem. Zakładam, że za jakiś czas sam poziom wykonania tras też będzie przynajmniej o czeskim standardzie.

I na koniec wyświechtany banał – nie śmiećmy na tych trasach, bo jest z tym nadal bardzo duży problem! Jak będziecie śmiecić to będziecie u Pani, wyrosną Wam włosy między palcami (tak jak przy masturbacji) i bagiety przyjado.

Krzysztof Pałys

Rowerowa nasza brać/mać

Mijamy się na drodze do pracy, na szosie, w górach, na zjeździe, podjeździe, parkingu pod bike parkiem itp.

Mijamy się na drodze do pracy, na szosie, w górach, na zjeździe, podjeździe, parkingu pod bike parkiem itp. Mówimy sobie: „cześć”, „siema” „elo” czy „szalom”. Pytamy, dokąd jedziecie, co tam słychać, czy coś pomóc.A co sobie myślimy? „co za graty”, „ale przypałowo wyglądali ci kolesie w lajkrze”, „Dżisus jak można jeździć na rowerze z dekacza”, „ciekawe czy ten grubas ma 870 psi w damperze”, „taaa pewnie kupa sprzętu i zero talentu” itp… Prawda? Czy nie?

jeden ze zlotów na jednej z dolnośląskich górek

Co roku w Polsce sprzedaje się około miliona rowerów. Naturalnie przodują w tym zestawieniu rowery miejskie, turystyczne, rośnie segment półprofesjonalnych i profesjonalnych rowerów mtb, spadła nieco sprzedaż rowerów DH, rośnie segment elektryków. Tak czy siak jak odsiać od tego tych, którzy używają roweru tylko jako środka transportu, kolarzy szosowych, których raczej w terenie nie spotkamy czy rodziny z dziećmi jeżdżące po parku, to wierzcie mi że zostaje z tego mniej niż w polskim budżecie rządowym. Nie ma co ukrywać, że Enduro czy DH to w Polsce nadal nisza. Środowisko aktywnie jeżdżących w góry, w miejscówki rowerowe, nawet tylko od czasu do czasu, czy też startujących w zawodach jest naprawdę garstka. Popatrzcie na zloty, zawody i festiwale rowerowe, w najlepszym przypadku jest tam jakieś 400 osób, może nieco więcej. Czyli byle festyn wiejski nas jest wstanie zabić masą. Jaki z tego wniosek? To nisza.

Integracje międzyteamowe

Nie jest to w Polsce sport, na który sponsorzy wykładają pieniądze, bo i po co, skoro nikt tego nie emituje i lepiej wydać kasę na piłkę nożną, mimo że tylko kopiemy ją bez większego celu i efektu.

Więc skoro to taka nisza to zawsze się zastanawiałem skąd w niej takie podziały? Skąd zazdrość, zawiść, wyśmiewanie tych co mniej umieją, tych z gorszym sprzętem, kąśliwe uwagi pod kątem tych którzy mają lepszy sprzęt – przecież pewnie go ukradli a tak w ogóle to on im jest niepotrzebny, bo i tak zabili by się skacząc przez krawężnik.

W sumie powinniśmy się cieszyć, że coraz więcej ludzi wydaje pieniądze na dobry sprzęt, bo dzięki temu firmy rowerowe będą lepiej przędły i w końcu będą miały pieniądze na dobrych zawodników z naszego kraju i zaproponują im więcej niż stolicę Maroka. Co za różnica czy rower za 30 tysięcy kupi Aron Gwin czy bananowy Janusz, bo mu się podoba i sprzedawca powiedział, że jest dobry. Niech mu koło nieprzebitym będzie i może załapie bakcyla na poważnie i wkręci się w rower, a jak nie to też co nam do tego.

Jedna ze świątecznych inicjatyw dla dzieciaków “Knurska Paka”

A jeśli kogoś nie stać na rower za 30 tysięcy i jeździ na takim za 8 to co? Czy to znaczy, że jest gorszy lub że mniej potrafi?

I w końcu kwestia umiejętności. Nigdy nie zrozumiem komentowania i wyśmiewania tych co mniej potrafią. A jak zrozumiem to proszę o przeprowadzenie mi lobotomii mózgu. Każdy jeździ w miarę swoich możliwości. Nie każdy staruje w zawodach albo nawet hobbistycznie skacze hopy. Niektórzy po prostu lubią sobie od czasu do czasu pojeździć i jakimś niezbadanym cudem ich umiejętności odbiegają od umiejętności tych co jeżdżą codziennie. A już najbardziej mnie rozbraja jak Ci co pół życia spędzili na rowerze komentują „weekendowych riderów”, że czegoś nie potrafią. Serio? A może ten weekendowy rowerzysta, gdyby miał więcej czasu na rower objechał by Cie na każdym Osie? A może jest mistrzem szachistą i miałby z Ciebie nie lada polewkę grając z Tobą w szachy?

Łatwo oceniać innych lub mierzyć ich miarą swoich umiejętności. Cieszy mnie fakt, że mam szczęście obracać się wśród tych koleżanek i kolegów na dwóch kółkach, którzy stronią od takiego zachowania, mimo że niektórzy z nich mają niejeden tytuł mistrza w kieszeni.

zima – nie zima, bez towarzycha rowerowego życia ni ma

Przecież w tym co robimy, koniec końców chodzi o jazdę na rowerze i czerpanie z niej przyjemności! Nieważne czy na rowerze czarnym, różowym, oldschoolowym, nowym, na kole 26 czy 29 w lajkrze czy szortach czy nago.

Pamiętajmy o tym i po prostu chodźmy na rower, a jak nas po tym boli tyłek to zastosujmy maść.

Krzysztof Pałys

 

Sponsoring.pl

No to coś czuję podskórnie, że to będzie kij w mrowisko. Choć cel jest wprost przeciwny…

No to coś czuję podskórnie, że to będzie kij w mrowisko.

Choć cel jest wprost przeciwny.

Żyć z kolarstwa, brzmi pięknie prawda? Jak wielu szczęśliwców w Polsce poza tymi z komercyjnych dyscyplin kolarskich, którzy robią to na najwyższym poziomie, może powiedzieć, że kolarstwo to ich praca?

Polecam książkę Mai Włoszczowskiej, w której nieco uchyla kulis życia profesjonalnego kolarza, można poczytać o Majce, Kwiatkowskim czy Godźkach. Czyli top level różnych dyscyplin kolarskich, a co za tym idzie kontrakty z goła inne od tych za „rabat”.

Jakieś dziewczyny robią sobie zdjęcie z Kasią Burek na treningach w jednej z edycji EWS.

I tu się teraz zacznie. Każdy kto trochę chociaż zaczął funkcjonować w tym środowisku wie doskonale, że enduro czy downhill są dla polskiej sceny sportowej równie ważne co gra w bierki. Weźmy taką piłkę, są tam miliony złotych, mimo że umie w nią w Polsce grać kilku a w kolarstwie to proporce są zupełnie odwrotne! Jest mnóstwo zdolnych, młodych zawodniczek i zawodników, którzy ze względu na często ograniczone środki finansowe nie mogą trenować i rywalizować choćby na europejskim, nie mówiąc już o światowym poziomie. W tym sporcie nie ma na to takich pieniędzy, nie ma takich sponsorów. Widzieliście kiedyś kogoś w enduro lub dh sponsorowanego przez Orlen? Co ciekawe doskonale wiemy, że są to dyscypliny absolutnie widowiskowe, a mimo wszystko raczej znajdziecie w TV 10 emisji rozgrywek szachowych niż jedną z zawodów w tych kategoriach.

Robert Piekara atakujący trasę na EWS – Les Orres fot. Pawlikowski Media.

To wszystko powoduje, że ci którzy nieco poważniej myślą o tym sporcie a nie mają na kontach grubych zaskórniaków lub sponsorujących rodziców muszą sobie „jakoś” radzić.

To „jakoś” jest tu oczywiście kluczem. Co kto sobie wychodzi to ma. Rower, rabat, części a może i w końcu coś na waciki lub chociaż finanse na starty w zawodach. To jest naturalnie możliwe, nie zawsze łatwe, ale do zrobienia. Sprawa jest absolutnie zrozumiała i każdy dostosowuje się do warunków i możliwości. Możemy płakać nad tym stanem rzeczy, obrażać się na rzeczywistość lub w niej funkcjonować i próbować swoją pracą ją nieco polepszyć. I w tym miejscu pozwolę sobie popełnić drobny apel. Ponieważ to co naprawdę mną kierowało pisząc ten tekst, to nie fakt jak wygląda sponsoringowa rzeczywistość enduro czy dh w Polsce, tylko to jak jest to komentowane w sieci. Ponieważ nagle okazuje się, że mamy mnóstwo specjalistów i doradców, którzy mówią co powinni robić zawodnicy i żywo komentują ich warunki współpracy jakby byli co najmniej ich agentami. To chyba podobne zjawisko jak z piłką nożną, na której wszyscy się sezonowo znają. Po pierwsze dokładne warunki swojej współpracy znają sami zawodnicy i ich partnerzy czy sponsorzy, więc nie zgadujmy publicznie czy jeżdżą „za rabat” czy za bidony, bo nasza wiedza na ten temat jest równa wiedzy na temat życia intymnego królowej Anglii. Po drugie bardzo często pojawiają się publicznie zarzuty, że jacyś zawodnicy „sprzedają się” za ciuchy czy akcesoria rowerowe i że sami tym niszczą rynek polskiego sponsoringu. Naprawdę? W porządku, to jak jesteście takimi dobrymi negocjatorami to załatwcie tym zawodnikom godziwe według was warunki. Może macie predyspozycje do stania się czyimś menadżerem, kto wie.

Przystojny nawet w kasku Mateusz Baliński na starcie Mountain Of Hell, fot. Przemo Kita

Dążę do tego, że bardzo łatwo jest krytykować i wyśmiewać, a ciężej wziąć i zrobić. Każdy z nas ma nadzieję, że sytuacja się będzie zmieniała na lepsze, może będziemy mieli możliwość uzyskać dobre wyniki na EWSach (Enduro World Series), w tym roku będzie nas tam reprezentować wiele wspaniałych zawodniczek i zawodników, więc może ich wyniki pomogą im zdobyć ciekawe kontakty czy wynegocjować lepsze warunki współpracy. Jednak póki co, zamiast krytykować może zaczniecie jakoś pomagać? Jeśli macie czas na napisanie opasłych opinii na temat tego jak ktoś ma słaby układ partnerski czy sponsorki, to może w tym samym czasie można napisać mail do znajomej firmy o jakiejś formie wsparcia danego zawodnika? Albo jeśli macie ciekawe pomysły na to jak dany zawodnik może budować swój wizerunek, żeby mu było łatwiej z partnerami, to mu to napiszcie w dobrej wierze, zamiast krytykować. Ja jestem za takim rozwiązaniem. Sam pracuję w marketingu od lat i jeśli ktoś z polskich zawodników potrzebuje zasięgnąć jakiejś opinii na temat działań w sieci i tego jak się zaprezentować to zawsze chętnie pomogę za darmo. Jednak będę ostatni do krytykowania tego jak wygląda ich układ sponsorski czy partnerski (nie mówię o relacji intymnej), bo nie mam na ten temat absolutnie żadnej wiedzy, podobnie jak na temat wspomnianej królowej Eli.

Krzysztof Pałys

Zawody bez spiny

Różne dyscypliny rowerowe w Polsce stają się coraz popularniejsze, rośnie sprzedaż rowerów…

Różne dyscypliny rowerowe w Polsce stają się coraz popularniejsze, rośnie sprzedaż rowerów, drogich akcesoriów itp. To powoduje, że coraz więcej ludzi zaczyna się interesować rywalizacją. W każdej z dyscyplin znajdziemy coś dla siebie: są maratony, są zawody enduro, są zawody downhillowe, zawody w ściganiu się po sklepie na rowerze (downmall). Naturalnie te bardziej niszowe zawody nie mają odpowiednio dużego finansowania i sponsorów rodem z piłki nożnej, więc są to zawody o tzw. marchewkę – pieniędzy się w nich nie wygrywa.

Druga sprawa to startujący w nich zawodnicy. Wszyscy wiemy, że jest czołówka licząca na pudło, zbierająca medale, próbująca dostać się na zawody EWS i rywalizować na światowym poziomie. Cała reszta, podobnie jak ja, to pasjonaci, amatorzy, którzy kochają rower, nie mają co liczyć na pierwszą dziesiątkę wyników, ale lubią dreszczyk rywalizacji i „wykręcania czasów”. I tu pojawia się coś co niektórzy tak uwielbiają piętnować w internetach – spina. Czym właściwie jest ta spina? Mogę jedynie powiedzieć z mojego doświadczenia, ale domyślam się, że w wielu przypadkach wygląda to podobnie.

Z tego całego roztargnienia można zapomnieć o tym, że sznurówki nie pasują do reszty zestawu.

Jak jedziecie na wyjazd rowerowy w weekend, to szykujecie sobie rower, ciuchy, jakieś narzędzia. Zdążycie to fajnie, nie to trudno, zrobicie coś przed samą jazdą. Nie pozbędziecie się trzasków w sterach? Trudno, zrobicie to po jeździe. Nie macie czystych jerseyów? Trudno weźmiecie prześcieradło.

A przed zawodami? Czemu za każdym razem trzeba się pozbyć każdego trzasku w rowerze i to dokładnie, nawet nie dzień, a noc przed startem? Niby wszystko jest gotowe, ale zawsze znajdzie się coś do zrobienia przy rowerze co nie pozwala się Wam położyć jak człowiekowi wcześnie spać. Bo przecież jak sprzęt zawiedzie na zawodach to będziecie pluli na lustro za każdym razem jak się w nim przejrzycie. Ciuchy? Muszą być czyste, do kompletu, teamowe, lepiej przygotowane niż na własne wesele! Koniec końców śpicie pięć godzin, ale wszystko (chyba) gotowe.

O tym czy na pewno gotowe, myślicie w drodze na zawody, chyba że nocujecie w miejscu zawodów, wtedy niestety często przydarza się kilka piwek wieczorem, co nie pomaga wstać na drugi dzień.

Prawie wszystko ogarnięte, ale Rudy zapomniał pójść na solarium i musiał jechać z bladymi łydkami.

No ale mamy dzień startu, emocje, rozgrzewka, zastanawianie się jak będzie wyglądała trasa itp. Ale najgorsze jest to co się dzieje w głowie później. Start, od razu wkręcacie się na wysokie tętno i staracie się jechać tak szybko jak potraficie, bo to przecież konkurs na czas! To powoduje, że zaczynacie popełniać dużo więcej błędów niż na co dzień, kiedy jeździcie wyluzowani i uśmiechnięci. Ponadto występuje zjawisko nadrabiania błędów. Coś nie poszło na danym fragmencie? O nie! Zaraz to nadrobię! I zaczynacie cisnąć jeszcze bardziej ponad swoje możliwości, co w prostej linii może się przyczynić do jeszcze gorszych konsekwencji. Ale w tym momencie macie to gdzieś. Macie też gdzieś to, że od tych zawodów nic nie zależy, że i tak nie objedziecie Motyki czy Luśka (chyba, że jesteście Markiem Konwą) i że jak się poważnie uszkodzicie to będziecie mieli problem w pracy, bo jednak rower to nie Wasza praca. Ale co jest w tym najważniejsze, potrafi to przysłonić przyjemność jaka ma przede wszystkim płynąć z jazdy. Po to przecież to robimy, choć często tym zapominamy. Bawmy się zawodami, bo rywalizacja jest naprawdę pożyteczna, pod warunkiem, że każdy z nas wie po co tam jest. Żeby udowodnić coś sobie? Może innym? Może sprawdzić, czy zrobiło się progres w jeździe, a może pokazać, że potrafi się objechać większość Elity, bo takie deklaracje się składa w internecie. Każdy ma swoje powody a część z nas jedzie tam też po prostu po wynik.  Jednak najciekawsze jest to, że często wspomniana spina występuje na długo przed zawodami i jest dziwnym spiętrzeniem komentarzy, odgrażania się, porównań – takie stroszenie piórek. Co to nie ja, jakiego to ja nie będę miał wyniku itp. Co ciekawe nie robi tak raczej czołówka, która miałaby do tego prawo. Często też występują deklaracje kto coś robi na luzie czy właśnie bez spiny, co samo w sobie jest już pewnego rodzaju absurdem. Bo gdybym cały czas pisał, że naprawdę nie przeszkadza mi krótkie przyrodzenie i jest ono bardzo ok, to chyba raczej świadczyłoby to coś zupełnie odwrotnego i na dodatek sam zwracałbym na to uwagę…

 

Kończąc więc myślą do Was i do samego siebie, bawmy się sportem, znajmy w nim swoje miejsce, rozwijajmy się, ale może róbmy to z mniejszą spiną a nie tylko z deklaracją jej braku.

Krzysztof Pałys

Krzychu z całego zamieszania wystartował na Ripmo zamiast jak to zwykle miał w zwyczaju Kadetem.

 

 

 

Kiedyś to było…

Czy siadacie czasem przy kominku z kubeczkiem kakao w ręce ubrani w sweter upstrzony tureckim wzorem?

Czy siadacie czasem przy kominku z kubeczkiem kakao w ręce ubrani w sweter upstrzony tureckim wzorem i wspominacie z rozrzewnieniem dawne czasy? Kiedyś to było, nie było telefonów komórkowych, nikt nie mógł się nikim skontaktować, można było wysłać telegram, nie było komputerów ani internetu (serio wiem, że do niektórych to nie dociera), a jeszcze wcześniej mało kto miał nawet telefon stacjonarny. Fajnie było?

A może przeszkadza Wam klimatyzacja w nowych samochodach lub czujniki parkowania? Przecież kiedyś ich nie było i było dobrze!
Zastanawia mnie zjawisko zrzędzenia na nowości występujące u coraz młodszych (30+) ludzi.

To samo mamy w rowerówce. Jak wszyscy doskonale wiemy branża jest dynamiczna i co roku serwuje nam nowe standardy rozwiązania, ulepszenia. Jak w każdej branży część jest po to by było nam lepiej a część, żeby lepiej było producentom. Lepiej w portfelu oczywiście. Czy kogoś to dziwi?

sztyca Bike Yoke revive. Dziś nikt nie wyobraża sobie jazdy bez “windy”.

Czy wiecie, że część zaawansowanych aparatów fotograficznych niektóre funkcje ma po prostu komputerowo odblokowywane w kolejnych modelach, a w gruncie rzeczy są takie same? Co sezon mamy nowe Go Pro, nowego Iphona, Samsunga czy broszkę Pani ex premier. Możemy się oczywiście na to obrazić i nie kupować nowych rzeczy, każdy ma do tego święte prawo. Ale zastanawiam się nad tym siedzeniem i zrzędzeniem właśnie. A po co dwunasta zębatka z tyłu! Przecież to głupie i bez sensu, kiedyś starczał napęd 3×6, boost to głupota i marketingowy wymysł! Koło 29 w enduro! Kyrje Elejson! A w DH?! Panie zlituj się nad nami! To jasne, że nie wszystkie innowacje są nam niezbędne do życia, ale chcemy się kłócić z tym, że powstają? Przecież nikt nikomu nie broni jeździć na kole 26, bez automatycznej sztycy, z przednią przerzutką czy haftowaną serwetką w koszyczku na kierownicy. Kwestia gustu i upodobań. Sam zresztą znam takich którzy dalej jeżdżą na małym kole z dwoma blatami z przodu i są szybsi niż ja z wszelkimi udogodnieniami i kołem 29.

Ibis Ripmo – koło 29? kiedyś to było nie do pomyślenia!

Więc po co narzekać? Każdy nowy standard niesie za sobą falę marudzenia, jakby coś to miało zmienić. Może zamiast tracić energię powstanie jakaś specjalna petycja do marek rowerowych podpisana przez 79 osób z Polski – „Prosimy nie wprowadzać na rynek rowerowy nic nowego przez najbliższe 3 lata, bo i tak tego nie kupimy!” A oni pomyślą, o kurcze niedobrze, kilka osób z jednego z kluczowych dla nas rynków nie kupi nowego standardu piast i elektronicznych przerzutek… a co to jest właściwie ta Polska?

Podobnie było z wprowadzeniem rowerów elektrycznych. Ale to był hejt! Że jak to, to przecież kastracja tego sportu, itp., a potem nagle bardzo dużo krzykaczy można było zobaczyć na elektrykach z uśmieszkami i komentarzami, „nie no tak tylko próbowałem, nawet spoko”. Narzekać mogą producenci rowerów, że muszą dostosowywać je do nowych standardów albo uzbrajać je w coraz to nowszy osprzęt, albo nawet bardziej mechanicy, którzy muszą się co chwilę dokształcać. A my? My powinniśmy z uśmiechem z tego korzystać. Sprawdzać co nam się przyda a co nie, próbować, testować, oceniać, ale nie od razu mówić, że to głupie, bo nowe, bo nawymyślane i 10 lat temu to było.

Przecież i tak koniec końców, każdy kto może sobie na to pozwolić bardzo chętnie co sezon wymieni sprzęt, a ci którzy nie mogą (np. ja), gdybym mógł to bym tak bez wahania robił.

Sram AXS? Super, nie stać mnie, ale chętnie bym spróbował. A gdyby było mnie stać to bym sobie kupił.

napęd SRAM AXS – fot. SRAM

Więc następnym razem siadając przy kominku z kubkiem kakao lub kawy inki, pomyślmy, że gdyby nie postęp technologiczny w rowerówce to dalej jeździlibyśmy na rachitycznych hardtailach, bez amortyzatora z przodu, próbujących nas zamordować przy każdej możliwej okazji.

Krzysztof Pałys