Enduro (nie) dla wszystkich

Żółknące liście skłaniają nas do refleksji nad przyszłością naszą, naszej planety, naszego kraju, naszej klasy a także kolejnego sezonu konkursów rowerowych typu enduro. Malejąca frekwencja na zawodach bardzo nas niepokoi, nie jest bowiem tajemnicą, że lubimy tego typu wydarzenia i są one nieodłącznym elementem naszego rowerowego jestestwa. Na arenie organizatorów zostało kilku graczy. Nowi nie przybywają, a istniejącym przestaje się zgadzać tabelka. Światła reflektorów najbardziej skierowane są Enduro MTB Series, którzy kilka lat temu formułą on-sight zdobyli serca rzeszy śmiałków i organizują najwięcej wyścigów w sezonie. Jedna z pierwszych edycji posiadała na liście startowej prawie tyle nazwisk co populacja miasta Opatowiec w powiecie Kazimierskim (czyli ok 300 osób).

Ostatnie zawody tego lata rozegrane w Srebrnej Górze zanotowały 140 zapisanych członków (łącznie z tymi członkami bez członków). Sens organizowania wydarzenia dla takiej małej grupy staje się wątpliwy, zwłaszcza że niezależnie od liczby startujących nakład pracy i środków jest bardzo duży. 

Masz 30 na karku, dzieci i kredyt dlatego boisz się wystartować? Ona też. Do tego ma cohones (hipotetyczne). Fot. Krzysztof Stanik

Ciężko stwierdzić co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, rowery za worek piniędzy już spowszedniały i nikogo nie dziwi Santa w cygańskim złocie, także na pewno nie jest to kwestia dostępności sprzętu. Poziom trudności tras w stosunku do tego co serwowało nam EMTB znacznie nie wzrósł (a za sprawą formuły on-sight raczej stopniał). Świadomość ludzi czym jest enduro jest dużo większa od tej sprzed chociażby 6 lat. 

Na drugim co do popularności (zaraz po Roksie) wśród endurowej braci portalu internetowym 1enduro możemy przeczytać w komentarzach (pod wpisem “HAJLAJTSY: ENDURO MTB SERIES SREBRNA GÓRA 2019”), że tym co odstrasza potencjalnych startujących jest wysoki stopień trudności tras. Można godzinami prowadzić dysputy nad tym czym jest enduro a czym nie jest i o ile swoją wycieczkę z banankiem w plecaku możecie nazywać jak chcecie, tak zawody muszą spełniać pewne standardy. Wystarczy popatrzeć na to jak takie zawody wyglądają za granicą (chociażby u naszych południowych kolegów) i odpowiedź przychodzi sama. Ma być w dół i ma być trudno. Wieczór z sąsiadką wysmarowaną nutellą to nie jest interracial date, a interwał na Twisterze to nie jest enduro choćbyś ubrał na siebie wszystkie POCi świata i namalował na twarzy płomienie.

Już niedługo Enduro w Polsce skrojone na miarę naszych potrzeb i umiejętności. Fot. Nie wiem (z internetu).

Owszem, żeby zachęcić nowych poziom trudności musiałby być niższy, no ale bez jej. Czy w amatorskiej lidze piłki nożnej bramki są większe a mecz trwa krócej? Chcecie enduro to jeździjcie enduro. Panuje też mylne przekonanie, że czołówka to ludzie, którzy trenują 8 razy w tygodniu po 16h dziennie i normalnie pracujący człowiek nie ma szans na rywalizację.  Prawdą jest, że czołówka jeździ więcej, jednak z uwagi na fakt, że jako takich zawodowców w tej dziedzinie kolarstwa górskiego brak, wszyscy na codzień borykają się z podobnym problemem – pracą. Jak wiadomo, każda praca hańbi i uwłacza, a przede wszystkim zabiera czas. Myślę, że spokojnie z pierwszych 20-30 osób 80% osób to normalnie pracujący mężowie, ojcowie, kochankowie i dzieci (ślubne bądź nie). To już jest kwestia poustawiania sobie priorytetów i organizacji czasu. Mówię to z perspektywy osoby pracującej minimum 8h dziennie, przygodę ze ściganiem zacząłem mając 29 lat, bez wcześniejszego backgroundu w DH czy nawet XC.  Czas na rower znajduję raz w tygodniu a jak uda się częściej to chwalę Pana. Czołówka dziewczyn objeżdża ponad połowę facetów, a nawet lepiej. W Srebrnej Górze Kasia Burek była 45 w open co oznacza, że zmieściła się w pierwszych 30% stawki. Kolejne dziewczyny na 49 i 51 miejscu (na 130 osób). I to nie one lamentują na poziom trudności. Mam wrażenie, że nie tylko prawdziwych cyganów już nie ma… No niestety, żeby jeździć to trzeba jeździć, znaleźć swoje słabości i nad nimi pracować. Nie upatrywać winy w krótkim reachu czy mało aktualnym kącie główki. Porzucić mrówkojebcze obczajanie tabelek z gejometrią. Istnieje w mojej głowie przekonanie, że chęć posiadania jest teraz znacznie większa niż chęć samodoskonalenia. Sam fakt posiadania roweru nie czyni nikogo „rajderem”. W sporcie chodzi o przełamywanie swoich słabości i „iśce” do przodu, aby brać przykład z lepszych i dążyć do zwiększania swoich umiejętności a nie oczekiwaniu, że ktoś dopasuje poziom trudności zawodów do naszego skilla, żebyśmy mogli zabłysnąć w kategorii “żabki” czy “muchomorki”.

Niektórzy z nas zabawę zaczęli dopiero po 40. fot. Krzysztof Stanik.

Enduro to sport a nie synonim wycieczki z łapaniem kolegi za pupę. W zeszłym roku nie było końca ohom i ahom po Pucharze Bimbru, nawet tytuł enduro award powędrował do organizatora. Serio? To były zawody Enduro? To był towarzyski event z elementem rywalizacji. Jeśli ludzie tak sobie wyobrażają tę konkurencje to trochę smutne. Zdecydowanie wolę, żeby organizator zapewnił mi kilka sytych odcinków z pomiarem czasu niż pochował w lesie dziurkacze w kształcie kaczuszki. 

Czy obniżenie poziomu trudności na zawodach jest dobrym kierunkiem? Przypuszczam, że wątpię. Już teraz często jest za łatwo. Odsetek ludzi, którzy zrezygnują ze startu może być podobny do świeżego narybku, a sama formuła zostanie wypaczona. Skrócić zawodów już się chyba nie da, 4 oesy to absolutne minimum żeby opłacało się wyjść z domu. Nasza teamowa koleżanka Madka (MotherBiker) już dawno skończyła 18lat a mimo to bierze udział w lokalnych zawodach i kończy je bez uszczerbku na zdrowiu. Nie ujmując nic Asi, poziom trudności jest odpowiednio wyważony. Także z całym brakiem szacunku, jeżeli uważacie, że jest za trudno to może powodem jest co innego (i tu z pomocą przychodzą tutoriale na YT: https://www.youtube.com/watch?v=BD0zrTFRLEw). Grawitacyjne odmiany kolarstwa nigdy nie będą dla mas i chyba też to nas w nich kręci, że są wymagające. Czy w każdej niszy trzeba tworzyć przestrzeń dla Janusza i Grażynki? Czy zawody enduro mają stać się parodią jak biegi survivalowe, gdzie korposzczury stoją w kolejce aby przeskoczyć przez oponę i zamoczyć cycki w błocie, a na koniec zrobić sobie selfie z czarnymi paskami pod oczami i dyplomem “za ukończenie”? 

Problemem jak zwykle jest hajs, bo gdyby się zgadzał to organizatorzy nie zastanawialiby się, czy jest sens organizować kolejną edycję, niezależnie czy startowało by 150 czy 500 osób. A hajs na tego typu wydarzenia zwykle jest od sponsorów. Niestety smutna rabatowo-barterowa rzeczywistość, która spotyka „zawodników” dotyka również organizatorów. Zastanawiające jest to, że duże marki rowerowe potrafią wydać naprawdę sporo kasy na imprezy gdzie wąsaci mogą napić się darmowego szampana i pomacać  ̶s̶t̶e̶w̶a̶r̶d̶e̶s̶y̶  nowe modele, a żaden z nich nie chce objąć patronatu nad serią ogólnopolskich zawodów. Za koszt jednej takiej imprezy możnaby oj**ać cały sezon rejsingowy.   

Paweł Pupiń  (Masko Patol)

Facebook Comments

No Comments

Reply