Filmy Rowerowe

Każdy z nas lubi ładne obrazki. Ładne panie, ładni panowie, ładne auta i ładne rowery też. Kupujemy oczami, dlatego je lubimy. Naturalnie każdy ma swoją estetykę, ale jakość niektórych obrazów jest w stanie spowodować, że spojrzą na nie nawet ci, którzy nie do końca są zainteresowani tematem. Weźmy na przykład sukces Top Gear. Oprócz niepowtarzalnego stylu prowadzących, program zdobył publikę dzięki ujęciom. Była cała masa oglądających, którzy wcale nie interesowali się specjalnie motoryzacją, ale lubili oglądać malownicze kadry z nietanimi pojazdami i dobrą muzyką w tle. Tę samą zasadę można przełożyć w sumie na większość dziedzin…może oprócz porno.

Z filmami rowerowymi może być jednak trochę trudniej. Niedawno Paweł napisał tu felieton o tym jak my tłuczki stajemy się Aaronami Gwinami w obiektywach zdolnych fotografów. Z filmem już nie jest tak kolorowo, bo żeby na nim wypaść jak Aaron Gwin to tak z grubsza trzeba nim być…

Naturalnie wszystko zależy od tego co film ma pokazać. Jeśli ma być to relacja z miejscówki rowerowej z piękną scenerią to skupimy się na innych aspektach, ale jeśli ma pokazywać imponującą jazdę, to bez takich umiejętności film może być po prostu nudny lub delikatnie mówiąc rozczarowujący.

kadr z filmu „North of the nightfall” Reż. Jeremy Grant

Rowerowe kino z USA z legendami takimi jak Semenuk, Zink czy Berrecloth postawiło poprzeczkę niezwykle wysoko. Potem pojawili się jeszcze kosmici typu Fabmer, którzy dorównują skillem nawet Pawłowi Jumperowi. To jednak poziom astronomiczny. Mówimy tu o rowerowym Hollywood. O ludziach z umiejętnościami daleko przewyższającymi śmiertelników oraz rozmachem i budżetem Redbulla, również niedostępnym dla przeciętnego pracownika Biedry. Do tego już kilka lat temu zaczęły powstawać długie formy filmowe typu „Life Cycles” czy nowsze „North of the NIghtfall” albo „Reverence”, które przeniosły temat filmów rowerowych na całkiem inny level. To wszystko spowodowało, że prawie każdy kto jeździ chciałby być bohaterem tego rodzaju editów. W dobie coraz tańszych środków rejestrujących jak kamerki i telefony nastąpił wysyp wszelkiej maści obrazów. Od ciekawych i prostych „Raw”, poprzez najróżniejsze „helmet camy” aż do godzinnych filmów z maratonów XC… Niestety w większości doskonale wiemy, jak to wychodzi. Widzimy film pt. „pełnym piecem” na którym ktoś jedzie 20 km/h albo skacze przez metrową hopę. Szukając filmów pokazujących trasy, na których jeszcze np. nie jeździliśmy spodziewamy się zazwyczaj właśnie helmet camów, a często trafiamy na filmy, w których na 20 minut gadania na poboczu jest jakieś 30 sekund jazdy. Najgorszy jednak chyba jest efekt, jeśli ktoś próbuje zrobić edit a’la pros nie będąc prosem… Pewnie znacie takie memy typu jak wydaje mi się, że wyglądam, a jak wyglądam w rzeczywistości… no właśnie. To brutalne, ale prawdziwe. Nie zawsze obrazy, na których nam się wydaje, że wypadami atrakcyjnie (głównie dla siebie) będą ciekawe dla innych. To podobny temat jak z helmet camami, które wrzucają wszyscy. Ile jesteśmy w stanie tego obejrzeć? Minutę? Zaraz obok tego na Facebooku świeci nam się relacja z przejazdu Loica Bruni a okno obok mówi, że załadował się już nowy nie do końca rowerowy edit z Daniką… No więc co wybierzemy?

Mariusz Jarek leci piecem w swoim edicie „Speed and Style”

Niektóre filmy, mają pokazać sprzęt – czyli tzw. bike porn. Takie filmy też są potrzebne, ale zwróćmy uwagę na to jak one zazwyczaj powstają. To powinny być wysmakowane obrazy detali roweru i jego całe ujęcia w dobrym oświetleniu, często w studyjnym lub ciekawym otoczeniu na zewnętrz. Co zazwyczaj dostajemy? Kilka ujęć z telefonu, nie zawsze ostrych, nie skupiających się na istotnych szczegółach roweru wartych podkreślenia. To trochę tak jakbyśmy mieli oglądać na filmie piękną, nagą kobietę (lub faceta oczywiście) robiąc zoom na jej buty i lodówkę.

Jakich filmów jest z kolei najwięcej? Krótkich „editów” z telefonu jak „kumpel skacze” lub bierze zakręt na pełnej albo „lecę piecem”. Każdy kto uczy jazdy na rowerze, powie wam, że to bardzo ważne, aby nagrywać takie elementy i następnie je analizować poprawiając błędy. Ale po co zaraz to publikować? Film jest jak zdjęcie, ma jakąś intencję, którą chcemy przekazać – jakiś pomysł. Warto na to zwrócić uwagę wrzucając „cokolwiek”.

Sławek Łukasik w edicie „Searching for the style in Queenstown”. Realizacja: Kuba Gzela

Żeby było jasne, w Polsce powstaje mnóstwo dobrych filmów rowerowych. Nie chodzi mi też o to, żeby nasz wypad na rower kręciła ekipa Stevena Spielberga a budżet wypadu na Srebrną Górę wzrósł ze 120 zł do 4 milionów złotych netto. Chodzi mi jedynie o to, że jeżeli chcemy się dzielić naszymi poczynaniami rowerowymi z całym internetem, to zastanówmy się co właściwie chcemy pokazać? Nie musimy być Semenukiem, możemy zrobić krótki edit z malowniczej jazdy po Alpach, lub pięknych, polskich lasach, ale nie podkreślajmy wtedy aspektów, które nie są naszą mocną stroną. Wrzucając helmet czy chest camy, pomyślmy, jak je zmontować, żeby nie trwały tyle co wszystkie odcinki Klanu i były od niego ciekawsze pod kątem fabuły. Dzięki dostępności i niższym kosztom narzędzi, każdy z nas teraz może łatwo coś nakręcić i obrobić na darmowym programie – to zresztą dało początek amatorskim filmom, w których małżeństwa z sąsiadami doceniają różne aspekty swoich relacji.

Paweł Jumper w filmie Paweł Jumper. Autor nieznany. Kultowe dzieło będące podwalinami polskiego stuntu.

Nie każdy ma jednak pomysł, żeby pokazać coś co zainteresuje innych. A do tego gorąco namawiam.

Krzysztof Pałys