Canyon Strive CF 8.0

Strive jest troszkę jak rozleniwiona macierzyństwem Marit Bjoergen. Będzie szedł powolnym i z nonszalanckim luzem, ale jeśli go skłonisz do reakcji do dopier#*oli do pieca.

Pudełkowo

Kolorki kolorki – ciekawe jaki tym razem? Niebiesko-niebieski? Czerwono-czerwony? A może oczojebny? No to otwieram, a tam czarno-czarno. Czarno mat i piano czarno, jedno i drugie przyjmuje nasz dotyk i zostawia na sobie odciski na długo 🙂
Składanie to sama przyjemność – w pudełeczku jest komplet kluczy, w tym dynamometryczny, biblia do poczytania i pompka do pompowania.
Jest nawet pasta montażowa – nie odstawiać na półeczkę obok lubrykanta, pomyłka może boleć ( zarówno w jedną jak i drugą stronę )

Mimo, że wszystko jest dokręcone z fabryki warto przy pierwszej jeździe sprawdzić momenty i nie lecieć na KOM’a. Niedokręcona kierownica albo manetka może sprawić niemałą niespodziankę.

Sprzętowo

Pełna grupa Shimano XT robi robotę – w sumie to żadne zaskoczenie. Hamulce Deore XT M8120 przedstawiane są jako lżejsze Sainty i faktycznie nie można im nic zarzucić. Siła jest bardzo w porządku, do modulacji trzeba się przez pierwsze parę zjazdów przyzwyczaić szczególnie kiedy przesiadamy się z naszych starych Hope.

W napędzie zestawienie tarczy 32T z kasetą 10-51 nie jest niczym dziwnym i w zupełności wystarcza aby wmielić każdy podjazd i dokręcić na zjeździe jeśli jest taka potrzeba. XT po prostu działa, i to jest w nim super. Po przygodach z GX-em jest to miłe zaskoczenie.

Za uginanie się odpowiedzialne są powietrzne Foxy z linii Performance Elite: 36 z przodu i DPX2 z tyłu. Zarówno przód jak i tył ustawiałem wedle tabelek… i to działa. Po 2-3 zjazdach i dostosowaniu o 1-2 clicki wszystko działa jak należy. Ilość pokręteł jest jakby mniejsza niż w ich złotych braciach – to upraszcza sprawę.

Pod siodełkiem siedzi Fox Transfer – i to jest jedna z słabszych części w rowerze. Manetka jest bardzo przyjemnie wykonana, natomiast działanie sztycy jest po prostu kiepskie. Jestem osobą która używa jej w dwóch położeniach: góra albo dół – i już tu jest problem gdyż aby wysunęła się do końca trzeba ostatni centymetr podciągnąć ją ręką. Przy rowerze tej klasy chciało by się nie myśleć o takich dodatkowych czynnościach.

Ameliniowy cockpit jest sygnowany znakami G5 i jest po prostu wizualnie brzydki. Może to wynikać z przyzwyczajenia do jazdy na carbonowym sprzęcie, ale za każdym razem jak się na niego patrzy to na twarzy gości ten sam niesmak. Całości dopełniają cienkie gripy tej samej marki, od nich po prostu na zjazdach łapy bolą – najlepiej od razu wymienić je na ODI/ESI.

Koła to podobnie jak w Spectralu 8.0 to DT Swiss E1700 w rozmiarze… no właśnie – koła 29” w wszystkich rozmiarach ramy. O ile Spectral goni Strive i zbliża się do segmentu Enduro to koło jest pierwszą poważną różnicą (Spectral jeździ na 27,5), a drugą jest Shapeshifter.

Shapeshifter jest wisienką na torcie dzięki której można w big black bike absolutnie się zakochać. Po poprawkach, jazda na wersji 2.0 to bajka. Wciskasz guziczek Click i zmienia się charakterystyka: zawieszenie się usztywnia, skok skraca a kąty główki są nieco bardziej strome. Od razu, bez zbędnego bujania, zastanawiania się, sprawdzania czy już czy jeszcze nie? Wystarczy na chwilę odciążyć tył i ciach. Działa, i jest to miłe.

Przed zjazdem wciskasz Clack i sztywna maszynka do podjeżdżania staje się enduro-potworem. Jeśli zapomnisz o tej czynności – to po pierwszych kamieniach sobie przypomnisz 🙂 Rower powraca do 66′ przy główce ramy a skok zawieszenia do 150mm i bziuuuuuu w dół.

Centrum kontroli (wszechświata) miękkości poddupnej Fot. Łukasz Kopaczynski

Podjazdowo

“Aby zjechać trzeba podjechać” – powtarzam za każdym razem mojemu synkowi… co nie znaczy ze przy 2 podjeździe nie zaczynam klnąć i wściekać się na wszystko wokoło. Przed podjazdem trzeba wcisnąć na manetce przycisk “Click” i odciążyć tył. Pierdolnik przy damperze odskoczy i skok się zmniejszy, nie trzeba już sięgać do blokady w amorze. I bardzo dobrze, bo przy tak zamontowanym damperze jest to prawie stunt. Podjazdy stają się bardzo przyjemne (jak na podjazdy). Przy ostrzejszych sekcjach koła nie myszkują, nie trzeba wstawać ani wbijać siodła pomiędzy pośladki a pozycja nadal jest komfortowa.

 

Uśmiech na podjeździe? Niemożliwe. Fot. Łukasz Kopaczynski

Zjazdowo

Wciskasz “Clack” aby uruchomić Shred mode i wio! Zjazd to wielka frajda – rower naturalnie układa się w zakrętach, nie trzeba koncentrować się na dociążaniu przedniego koła albo pilnować się z utrzymaniem neutralnej pozycji. Wszystko co potrzebne do udanego zjazdu składa się ładnie w całość:

  • Zawieszenie oparte na Foxíe 36 DPX2 Performance Elite z tłumikiem FIT4 i damperze DPX2 Performance Elite
  • Koła 29” obute w Miniony w dwóch wersjach mieszanki: klejąco z przodu i trochę mniej na tyle.
  • Hamulce Shimano Deore XT

Bardzo szybko można osiągnąć pierwszą nadświetlną, drugą i trzecią w sumie też. I tu jest pies pogrzebany – rower daje takie poczucie pewności, że bardzo łatwo przekroczyć granice swoich umiejętności i katapulta gotowa 🙂
Na szczęście heble nie zawodzą, da radę wyhamować emocje i utrzymać jeźdźca na galopującym rumaku.

Subiektywne porównanie Specrtal vs. Strive

W obu rowerach mocno wkurzają obydwa powyżej opisane komponenty – współdzielony kokpit/gripy G5 oraz sztyca – więc nie ma co pisać ponownie tego samego. Z mojej perspektywy (pokurcz o raczej standardowych wymiarach poniżej 180cm) w ramie wyczuwalne są 2 różnice:

  • rura górna w Strivie jest ok 27 mm dłuższa
  • podsiodłówka w Spectralu jest ok 25 mm wyższa

Dla mnie te różnice są odczuwalne i dość znaczące dla ogólnego feelingu roweru na korzyść Striva. Jazda na Spectralu była dla mnie jak udział w wyścigach konnych… ale na kucyku. Porównując roweru na zjazdach Strive szybciej się napędza, łatwiej przelatuje przez kamienie i jest pewniejszy w zakrętach. Podjazdy na obu maszynach wchodzą porównywalnie choc Spectral lubi je szybsze i to ułatwia – w Strive shapeshifter jest potrzebny i jeszcze stykla by zupełna blokada w Spectralu włączasz blokadę dampera i masz rower XC. Dyskutując o przewagach rowerów z Krolikiem odniosłem wrażenie ze zaczynamy rozmawiać w podobnym tonie jak porównując AMG A35 i Audi S3… za dużą rolę zaczynały tu odgrywać indywidualne preferencje i styl jazdy.. albo jego brak 😀

Pi razy drzwi można powiedzieć, że Spectral jest troszkę bardziej racingowy. Podjeżdza pod górę jak szalony, na zjazdach wymaga pracy ciałkiem i skupienia, lekko wali po łapkach, ale jest skoczny i skrętny. Jednak jeśli posadzisz dupę na siodle w czasie zjazdu to Cie zrzuci. Zdecydowanie dla tych co lubią wyginać śmiało ciało w dół i w górę.

Natomiast Strive jest bardziej kanapowy. Dostojnie wjeżdża pod górę (czyt. boli to bardziej niz w Spectralu) i pozwala się wozić na zjeździe. Jeśli chcesz to wykrzesasz z niego ogień, nie strzepnie Cie z grzbietu jeśli się będziesz wieźć. Jest troszkę jak rozleniwiona macierzyństwem Marit Bjoergen. Będzie szedł powolnym i z nonszalanckim luzem, ale jeśli go skłonisz do reakcji do dopier#*oli do pieca. Za to Spectral jest jak Teresse Johaug: zgrabna, szybka, koścista i nie musi golić jaj.

Podsumowanie

To świetny rower enduro – można nim śmiało jechać w najtrudniejszy teren lub na zawody. Jeśli w Spectralu brakowało kół 29 to to jest kolejny krok.
Shapeshifter faktycznie sprawia, że rower ma dwie twarze – zabawową, i XC. Na spokojnie jesteśmy w stanie robić nim dłuższe wyrypy i nie będziemy czuli się na koniec dnia totalnie wypruci. Oprócz drobnych mankamentów które można szybko zmienić dostajemy maszynę do enduro niemal kompletną.

Jeszcze dodając kolejną parabolę, niesprośną tym razem. Strive jest jak auto 4×4 Spectral jak RWD. Spectral daje więcej odczuć z jazdy, ale trzeba uważać. Strive można się wozić bez konsekwencji. Jeśli jednak się przyłożycie Strive pozwoli na więcej.

Fot. Łukasz Kopaczynski

Canyon Spectral CF 8.0

Początkujący oraz zaawansowani zdecydowanie nie powinny go omijać. To kapitalny rower na tripy i do ścigania się. Na zjazdach nie jest super pluszowo, ale coś za coś bo na podjazdach i sprintach jest efektywnie. Do tego w trudnym terenie skręca i prowadzi się idealnie. Nie zabrałbym go do bikeparku na tydzień, ale chętnie kupił jako rower na weekendowe jazdy i polskie zawody enduro.

Pierdollo

Spectral. Jeździliśmy na tym kilka lat temu. Wtedy ni pies ni wydra. Tzn fajny rower, ale taki troszkę rachityczny (patrz tu: Canyon Spectral CF 9.0 EX ) Fajnie podjeżdżał, zjeżdżał nawet spoko. Za to bardzo spoko zaczął zjeżdżać po wsadzeniu mu Foxa 36. Tylko to niekoszerne było, a to ponieważ skok był o chyba 10 lub 20 mm większy niż regulaminowy. Czyli 160 zamiast 140. Dalej jednak, ze względu na niewielki skok z tyłu, nie było idealnie.

Kolor kawa zbożowa może się podobać, a może nie.

Patrzę na nowego Spectrala i cooo ? 160 i 150 🙂 czyli jakby posłuchali.  Zdecydowanie nabrał muskułów. Nie wydaje się już być rowerem, XC dostosowanym do jazdy enduro. Z resztą sam Canyon przesunął go w kategorie cięższych rowerów.  Problemem tego roweru może być to, że wiele osób kojarzy go z XC na sterydach i posiadanie takiego nie przystoi w czasach skokowego i tłentinajnerowego onanizmu 🙂

Jezu jezu, wsadzili mu całe 160mm i do tego foxa 36

Z pudelka

Nie lubię brązowo – kawowych kolorów. Unikam ich w życiu, jak ognia. No i przychodzi taki canyon, wyciągam go z pudełka, jest brązowo – kawowo -mleczny i ….. wyjebuje mnie z butów 🙂 Bardziej z laczków marki waterexpert no, ale co zrobić.  Na plus oczywiście. Ładny, że hoho. Nazwa koloru nadana przez producenta – Wasteland. Ciekawe czemu nie np Chernobyl czy jakoś tak. 

Kolor kawowy sprzyja drapaniu się po jajkach o górną rurę gdy inni patrzą. Fot. Łukasz Kopaczynski

Składanie przyjemne. Przychodzi wyregulowany z fabryki. W ramach bycia ostrożnym, dobrze po pierwszej jeździe dokrecić newralgiczne punkty jak wahacz, przerzutkę, obejmy, linki. Razem z rowerem przychodzi pompka do amora, klucz dynamometryczny. Do tego dostajemy odblaski i kapitalny talerz za kaseta. Odblaski można przykleić gumą do żucia do psa lub dziecka, a talerz ofiarować żonie / kochance  w ramach zadośćuczynienia, gdy jedziecie na rower. Na pewno będzie wniebowzięta i poda na nim obiad atrakcyjnemu Ryśkowi.

Rychu jadłby chętnie z talerza wstydu (ang. dork disc) po dmuchnięciu żono/kochanki. Dlatego lepiej go nie zdejmować, aby mu nie dała.

W kartonie mamy pompkę do amora, klucz dyno, paste do lubrykacji …. yyyyyy adhezji karbonu i worek dla psa dla obiektów trzyworkowych.

Komponenty

Lubię spójne rozwiązania. Tu nie ma co wybrzydzać. Za napęd odpowiada pełne Shimano XT. Przesiedliśmy się w tym roku na Shimano,  XT działa jak należy. Jest zrobiony dla mniejszych palców niż SRAM więc dla dużych łap wymaga precyzyjniejszego ustawienia na kierownicy. Biegi wchodzą bez zarzutów nawet pod dużym obciążeniem, ale tego byśmy się spodziewali. W końcu to przednajwyższa grupa. Jak urwiecie przerzutkę nie będziecie musieli płakać, ani sprzedawać jądra producentom sałat z jajkiem, bo cena przystępna.

XT zmienia biegi dobrze, co nas nie zaskakuje

Heble są znane i lubiane. Na maxa przypominają stare Sainty i tak też hamują. Mocno, bez jakiejś kosmicznej modulacji, ale akurat mi to odpowiada.

Koła to DT Swiss M1700. Bardzo przyzwoita waga, 30 mm szerokości wew. Przeżyły moją jazdę na Ślęży a zazwyczaj 90 kg żywca robi delikatnym kołom swoje. Fajną sprawą jest brak mechanizmu zapadkowego i zastosowanie Ratcheta. Do niedawna było to dostępne tylko w najdroższych piastach DT. Rozwiązanie niezawodne i ciche. Pierwsze prowadzenie roweru budzi konsternację, bo jest ciche jak Lech na wawelu.

Ratchet jest cichy, spuszcza po sobie wodę i zamyka klapę.

W uginanie się odpowiada Fox DPX2 Performance elite i analogiczny lis 36 z przodu. Miło, że nie jest to Fox 34 który niby bebechy ma takie same, ale daje feeling gięcia się wszystkiego. Zawiecha działa poprawnie. Nie zabija milionem regulacji. Trzymaliśmy SAG w zakresie 25%-30%. Każde z ustawień miało swoje plusy i minusy, ale o tym później.

Fox 36 jest odpowiednio gruby by było nam przyjemnie.

Za frykcyjne połączenie naszego tyłka (ang. anus) z rowerem odpowiada sztyca Fox Transfer. No i to jest jedyna porażka w tym rowerze. Biorąc pod uwagę cenę tego rozwiązania, jest ona słaba. Dysponuje przyjemną i ergonomiczna manetką, ale już jakość pracy sztycy w tym przedziale cenowym to masakra. Nie działa precyzyjnie. Nie opuścicie jej o np 5mm. Początkowe tarcie jest tak duże, że po naciśnięciu manetki trzeba lekko strzelić z dupy by ją ruszyć.

Sztyca foxa zrobiona jest z lisów i to leniwych i zatartych, z chowu klatkowego.

W efekcie czego jest to mało precyzyjne i sztyca opuszcza się 2-3 cm. W dodatku lubi nie wysunąć się w 100%. Zostaje 1-1,5cm, które trzeba złapać udami i wyciągnąć. Skill przydatny jeśli żyjecie obszarach, gdzie jesteście narażeni na gwałt. Tam należy umieć mocno złapać sprawcę udami i odprowadzać na policje. My tam jesteśmy otwarci, więc ten aspekt treningowy jest nam zbędny. Drugim plusem oprócz manetki jest to, że baryłka linki łapie przy sztycy a śruba blokuje linkę w manetce. Jakie to oczywiste. Linke do sztycy zakłada i napręża się w 5 sek.

Są tylko dwie rzeczy których w Spectralu nie lubimy. Sztyca i kiera z AL.

Kokpit… tak jak stare dobre niemiecki filmy bazowały na Heidi to tu, jak zwykle w Canyonowskich produkcjach, występuje  mostek i kiera  G5. Przyzwyczailiśmy się przez ostatnie lata do kier carbonowych, więc nie lubimy tego feelingu AL. Wydaje się też bardziej wiotki. Nie przeszkadza w sterowaniu a raczej w macaniu w czasie jazdy. Po prostu daje low costowy feel, a to w sumie rower za 18k. Oczywistym minusem są cienkie gripy. Odi Rogue czy Esi Super chunky poprawiają feeling roweru o 200%.

Rama jest podgumowana gdzie trzeba więc jest cicho na zjazdach.

Rama jest wykonana z Carbonium, wahacz jest z alu i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Nie wiemy czy wungiel do ramy wydobyto na Śląsku, ale możemy tak założyć, aby wmówić drugiej połówce / mamie / tacie / sponsorowi / sponsorce, że wspieramy polski przemysł. 

Podjazdy

Podjeżdża ! I to dobrze. Chyba jest to najlepiej podjeżdżający full Trail / Enduro jakiego ujeżdżałem. Zwłaszcza napompowany do 25% SAGu. Wogóle ta kwestia czy 25% czy 30% sagu to jest istotny temat dla tego roweru. Przy 25% wali to to w górę jak maszyna XC. Koszt jaki ponosimy, to że wali po łapach na zjazdach. Rower jest dość krotki, więc na podjazdach wystarczy się pochylić, aby przód się nie odrywał od ziemi. Sprinty na stojąco nie zabijają go i zawiecha nie siada do ziemi.

Skubaniec lubi podjazdy jak Sasin wybory korespondencyjne. Fot. Łukasz Kopaczynski

Bałem się, że stanie się ociężały po tym jak go Canyon nasterydował. Przy 30% SAGu robi się bardzo lekko ociężały. Bez blokady suport siada lekko w dół i zamula podjazd. Nie ma dramatu, ale nie jest już taką kozicą. Oddajmy mu to, nawet zamulający jest jednym z lepiej podjeżdżających fulli enduro.

Generalnie nie czuć zupełnie tego, że to jest rower ze skokiem 160/150. Na feeling podjazdowy dałbym mu 130mm

Zjazdy

Jest szybki. Zaskakuje, zwłaszcza że to 27,5. Tak jak pisałem wcześniej, istotne jest czy ustawimy 25% czy 30% SAGu. W jednym i drugim przypadku jest dobrze. Przy 25% nie jedzie się super pluszowo. Wali po łapach na małych nierównościach, ale jestem mu to w stanie wybaczyć bo zapierdala.

Rower zjeżdża dobrze. Chyba, że akurat nie zjeżda to wtedy nie zjeżdża wogóle. Fot. Łukasz Kopaczynski

Serio ten rower jest szybki. Jest szansa, że to dlatego, że zawiecha nie zamula. Jest skoczny, lubi stawianie na koło, skręca nawet na mega stromym. Na trasach typu Swiniołaj (czyli kręto, mocno stromo i luźno) daje pełną kontrolę. Przy SAGu 30% robi się pluszowo, ale dalej sprężyście. Dobrze czyta się podłoże, rower nie pływa. Jak dla mnie petarda.

Skoczny jest jak Sebix na weselu Angeli i czwartym brudziu. Fot. Łukasz Kopaczynski

Podsumowanie

Ten rower jest jak Danika Mori po treningu do triathlonu. Fit, kształtna, rozciągnięta, dobrze ciągnie pod górę. W dół też zbiega, czasem coś jęknie, że boli ją kostka, ale zbiegnie z gracją i miło będzie na to patrzeć. Nie spoci się zbytnio, nie poobciera i na dole będzie pachnieć truskawkami.

Uważam go za kapitalny rower dla osób które chcą zacząć w enduro a zastanawiają się co kupić. Dla doświadczonych też, ale o tym później.  W sumie zazwyczaj ktoś kto zadaje pytanie jaki rower wybrać:

1 – nie jest przesadnie doświadczony, czyli nie nakurwia piecem na zjazdach a jak mu się wydaje że nakurwia to pewnie i tak nie nakurwia

2 – podjeżdżał mało, więc jest słaby kondycyjnie. Na wycieczkach podjeżdża 500m i płacze jak ma byc 1000.

Też jesteśmy jak Danika i pachniemy i smakujemy truskawkami Fot. Łukasz Kopaczynski

Wobec powyższych, niech se kupi rower na którym nie zdechnie na podjazdach a który spisuje się świetnie na zjazdach. Wiadomo, nie płynie się jak na masełku i nie jest pluszowo i mięciuchno, ale robi robotę na maxa i radzi sobie ze wszystkim. Na pewno nie ogranicza jeźdźca. I nie ma co gonić za skokiem i jarać się 180mm bo taki skok nie jest wykorzystywany jak sie jedzie pooooooowoli, a na podjazdach będziecie płakać. Wobec czego zaryzykowałbym stwierdzenie, że jeśli zadajecie sobie ‘to’ pytanie to Spectral jest rowerem dla Was. A jak urośnie Ci łyda i skill, to se wstawisz większy wideł do przodu i przejeżdżasz sezon – dwa aż uzbierasz hajsiwo na nowy rower.

Nie klei do drzew a klei do gleby 🙂 Fot. Łukasz Kopaczynski

Osoby bardziej zdecydowane też nie powinny go omijać. To kapitalny rower na tripy i do ścigania się. Na zjazdach nie jest super pluszowo, ale coś za coś bo na podjazdach i sprintach jest efektywnie. Do tego w trudnym terenie skręca i prowadzi się idealnie. Nie zabrałbym go do bikeparku na tydzień, ale chętnie kupił jako rower na weekendowe jazdy i polskie zawody enduro.

Jest szansa, że w topowej wersji zawiechy jest już mięciucho i robi nam się rower niemal idealny. Szkoda, że nie 29, ale nie jęczmy.

Antoine Bizet – wywiad

Kolejnym naszym gościem jest Francuz (już drugi po Remym!). To gwiazda sceny freeride (pol. wolna jazda), zawsze uśmiechnięty, pozytywny a jednocześnie mega skupiony na osiąganiu swoich celów na rowerze i skaczący hopy większe od kompleksów niektórych polityków. Tym razem miałem przyjemność pogadać z Antoine Bizetem, ujeżdżającym ostatnio rowery Rose.

Kolejnym naszym gościem jest Francuz (już drugi po Remym!). To gwiazda sceny freeride (pol. wolna jazda), zawsze uśmiechnięty, pozytywny a jednocześnie mega skupiony na osiąganiu swoich celów na rowerze i skaczący hopy większe od kompleksów niektórych polityków. Tym razem miałem przyjemność pogadać z Antoine Bizetem, ujeżdżającym ostatnio rowery Rose.

Krzysztof Pałys

Cześć Antoine! Dzięki za czas, fajnie z Tobą pogadać, nawet wirtualnie.

Po pierwsze, co za skill! Jesteśmy pod mega wrażeniem Twoim wyczynów. Masz tutaj w Polsce wielu fanów.

Antoine Bizet

Cześć, dzięki wielkie za zaproszenie i wywiad. Pozdro i piona dla wszystkich moich fanów w Polsce! Nie wiem zbyt wiele o polskiej scenie rowerowej, ale jestem wielki fanem i kumplem braci Godziek.

Krzysztof Pałys

Byłeś już kiedyś w Polsce? Może znasz tu jakieś miejscówy rowerowe?

Antoine Bizet

Byłem w Polsce tylko raz i to na wieczorze kawalerskim mojego brata w Krakowie (śmiech).

Krzysztof Pałys

Jak wygląda wyglądał początek Twojej przygody z rowerem? Kiedy to się właściwie zaczęło?

Antoine Bizet

Zacząłem jeździć w wieku 12 lat. Wcześniej zajmowałem się gimnastyką akrobacyjną, więc szybko zacząłem robić różne tricki też na rowerze i skakać duże hopy. W sumie dzięki tej mojej gimnastycznej przeszłości uwielbiam wszelkie tricki związane z rotacją, a do tego oczywiście duuuże skoki!

KP

Jesteś w gronie największych gwiazd sceny freeride. Twoje występy i edity rowerowy znane są na całym świecie. Jakie to uczucie?

AB

Uwielbiam to uczucie! To naprawę wspaniałe być częścią międzynarodowej sceny freeride. Staram się chłonąć każdy moment, ale też dzielić tym wszystkim z innymi.

No umi w rower… Fot. wolisphoto

KP

Czy lubisz też bardziej dzikie trasy w stylu enduro, czy głównie skupiasz się głównie na dużych lotach?

AB

Uwielbiam dzikie trasy enduro! Jechałem nawet kilka tras EWS w zeszłym roku i mega mi się podobało. Ale oczywiście najbardziej lubię freeride i freestyle na rowerze. Skoki, tricki itp.

KP

Skaczesz naprawdę duże hopy, robisz skomplikowane ewolucje. Co ze strachem? Boisz się jeszcze czasem w ogóle?

AB

Mam w sobie strach przed dzwonem i kontuzjami. Ale staram się zawsze myśleć pozytywnie. Kiedy wiem, że coś jest możliwe do zrobienia i mam w sobie takie przekonanie to wtedy mija cały strach i po prostu to robię.

KP

Widziałem Twoje dzwony na Redbull Rampage w 2012 i 2015 roku. Kiepsko to wyglądało. Jaki był Twój najpoważniejszy wypadek i czy długo Ci zajęło dojście do siebie po nim?

AB

Wydaje mi się, że mój najpoważniejszy wypadek to właśnie ten na Rampage w 2012. Miałem w sumie wiele szczęścia, że z niego wyszedłem w miarę cało, bo mogło to się skończyć spokojnie wózkiem inwalidzkim… Myślę, że moja gimnastyczna przeszłość bardzo mi pomaga zarówno w minimalizowaniu konsekwencji upadków jak i potem w szybszym wylizywaniu się z kontuzji.

Legendarny Rampage. Antoine tutaj jako pierwszy zrobił double backflipa.

KP

Niestety miałeś też wypadek całkiem niedawno, który wykluczył Cię z kilku konkursów m.in. z Rampage 2019…

AB

Tak, to był dzwon na treningach do Rampage. Wpadłem na drzewo przy dużej prędkości co spowodowało złamanie kości lewego ramienia. Wykluczyło mnie to z Rampage, miałem sporego doła po tym… Ale jestem pewny, że już niebawem znowu będziecie mnie oglądać w Utah!

KP

Na to liczę! Czy udało Ci się ustawić życie tak, że rower to Twoja pasja i praca?

AB

Tak! Mam to szczęście, że żyję z freeride’u od 2012 roku.

KP

Jakie są Twoje plany na kolejne lata? Masz jakieś konkretne rzeczy, które chciałbyś osiągnąć?

AB

No mam kilka ciekawych projektów na najbliższe lata. Nie mogę zdradzić jeszcze zbyt wiele, ale powiem tylko że wiąże się to z powrotem do korzeni dobrego starego freeride’u i z przesuwaniem granic tego co można zrobić na rowerze!

Tutaj o dziwo jedzie w miarę spokojnie.

KP

A jaka byłaby Twoja wiadomość dla wszystkich Riderów, chcących wskoczyć na kolejny poziom sowich umiejętności? Bez względu na dyscyplinę rowerową.

AB

Moja wiadomość do wszystkich riderów brzmiałaby tak: jeździjcie ile wlezie, zawierajcie nowe znajomości, imprezujcie, róbcie pompki codziennie (śmiech). Oglądajcie mnóstwo filmów i inspirujcie się nimi, miejsce sny i marzenia i zróbcie cokolwiek będzie trzeba, żeby je spełnić. Jeszcze jedno, gimnastyka akrobacyjna dała mi mega świadomość kontroli swojego ciała, co robić będąc w powietrzu itp. To taki mój dodatkowy tip!

KP

Ok, teraz coś głupawego, ale taka nasza natura. Pytamy o to każdego. Cały Twój skill, edity, Redbull Rampage – czy to wszystko działa jak magnes na laski?!

AB

(Śmiech) Oczywiście! Jak masz jakąś szaloną pasję, jesteś w nią mega wkręcony to laski to uwielbiają (śmiech). MTB to niesamowity sport, szczególnie jego grawitacyjne odmiany i ludzie na całym świecie to kochają. Ale wiesz… nigdy nie potrzebowałem roweru, żeby mieć tysiące lasek u moich stóp (śmiech) Żartuję! Jako dzieciak siedziałem całymi godzinami w lesie kopiąc hopy i jeżdżąc z kumplami. Rower to właściwie prawdziwa miłość mojego życia!

Full focus, full commitment, full suspesnion, fullface. Fot. Nicolas Paulmier

KP

Planujesz jakiś trip do Polski? Może chciałbyś wpaść pojeździć po naszych dzikich trasach? Polecamy się na przewodników oczywiście!

AB

Bardzo chciałbym wpaść. Szymon Godziek wspominał mi też o imprezach, które chce u Was organizować, więc mam nadzieję, że to wypali. Póki co jak obecna sytuacja minie to planuję trip do Nowej Zelandii i oczywiście przygotowania do tegorocznego Redbull Rampage.

KP

Dzięki Antoine, super było z Tobą pogadać, trzymamy kciuki za Ciebie, Twoje plany i dalsze szlifowanie tricków! Będziemy Ci kibicować na Rampage Piona!

AB

Dzięki wielkie! Pozdro dla Was i wszystkich moich fanów w Polsce. Pamiętam, że pierwsi ludzie, którzy mnie w ogólne rozpoznali kiedyś, a było to w Whistler w 2010 roku, to była ekipa riderów z Polski! To było w McDonaldzie (śmiech). Więc dla mnie rządzicie, piona dla Was!

 

Rozmawiał: Krzysztof Pałys

Cover Photo: Wolisphoto

Cannondale Habit 4

To akurat pierwszy Cannondale jakiego mieliśmy w naszych knurzych racicach. Nie jest to też typowa dla nas endurówka, ponieważ Habit (nie taki na księdzu, to bardziej jak nałóg, nawyk) klasyfikowany jest jako ścieżkowiec.

Historia

To akurat pierwszy Cannondale jakiego mieliśmy w naszych knurzych racicach. Nie jest to też typowa dla nas endurówka, ponieważ Habit (nie taki na księdzu, to bardziej jak nałóg, nawyk) klasyfikowany jest jako ścieżkowiec – czyt. rower do jazdy po ścieżkach. My dla przekory jeździliśmy też poza nimi. To młodszy brat znanego już dosyć dobrze Jekylla, który swoją drogą czeka na odświeżoną konstrukcję.

U nas znalazł się już aluminiowy model Habita na 2020.

(Nie) z pudełka

Rower dostaliśmy pięknie złożony przez Thirty Three Bicycle Studio, które od dawna ma w swojej gamie rowery Cannondale. Jednak, gdyby Wam przyszło składać ten rower samemu, to elementy, które otrzymujecie kartonie są proste do złożenia jak puzzle zawierające 32 kawałki. Kół zaplatać nie trzeba. Kupując z kolei Cannondale’a w 33 rower będziecie mieli profesjonalnie złożony przez nich. Więc ten punkt można pominąć.

Komponenty

Odmian Habitów jest naprawdę sporo, 6 rodzajów na ramach amelinowych (pomalowanych!), 6 na carbonowych, jeszcze modele kobiece. Warto wspomnieć, że topowy model tego ścieżkowca kosztuje 38 tys złotych! A wcale nie ma kryształków svarovskiego w lakierze. Nasz był takim „reasonable price car” (ok 12 600 zł). Habit 4 to amelinowa rama amortyzowana! Za co z przodu odpowiada Fox Float 34 Rythm o skoku 140mm a z tyłu Fox Float Performance DPS Evol ze skokiem 130mm. Napędza go 12-rzędowy NX „orzeł” a za hamowanie (teoretycznie) odpowiadają Guide’y T(ragiczne). Reszta to standardy Cannondale, w tym warto wspomnieć ich sztycę, która bardzo przyzwoicie działa nawet w niskich temperaturach. Habit ma podstawowe obręcze 29” WTB STi 25, które okryte są Minionem DHF oraz Highrollerem z tyłu, co bardzo szanujemy, albowiem te opony robią robotę w terenie. To set będący kompromisem przy niezbyt wygórowanej cenie roweru. Wszystkie te komponenty w zupełności wystarczają. No może oprócz hamulców, które dają wrażenie, że zamiast płynu mają w przewodach gumę od chińskich majtek. Nawet po dotarciu nie można na nich jakoś specjalnie polegać. Do reszty nie ma co się przyczepiać. Pamiętajmy też tutaj o zastosowaniu roweru. To nie jest maszyna downhillowa, a i tak przy naszych testach radził sobie dobrze w terenie trudniejszym niż ten, do którego został przeznaczony przez producenta i stwórcę.

Podjazdy

To co tygryski lubią najbardziej. Wprawdzie nie było tu KOMów uphillowych na Stravie, ale habit naprawdę dobrze podjeżdża. Zawieszenie nie pompuje, nie trzeba go zamykać (mimo, że Fox ma tu aż 3 pozycje pracy!). Środek ciężkości jest w takim miejscu, że na stromych podjazdach odpowiednio dociążony przód nie staje dęba a jednocześnie tylne koło nie gubi przyczepności. Również pozycja jest całkiem wygodna. Rower nie wymaga pozycji embrionalnej albo na zgarbionego i zniszczonego życiem człowieka. Plecy są raczej proste i w moim przypadku (180cm) rozmiar L był idealny do nieodczuwania jakichś większych dolegliwości po całym dniu jazdy. W kontekście szybkich podjazdów na trasie, gdzie trzeba dynamicznie stanąć na pedałach, musiałem utwardzać wcześniej widelec. Fox mocno pompował mimo ustawienia odpowiedniego sagu. W tym przypadku pokrętło na prawej ladze bardziej w stronę pozycji „Firm” rozwiązywało sprawę.

Zjazdy

Habit radził sobie dobrze nawet w bardziej wymagającym terenie i nie mówię tu o trasach typu Superflow na Rychlebach. Przy dobrym ustawieniu zawieszenia połykał też większe kamienie (tak, patyki i liście też!) Tutaj jedna uwaga – obręcze nie są z kryptonitu, więc jadąc 40 km/h albo i więcej po kamienistych ścieżkach nie dziwcie się jak, że pojawią się na nich prędzej czy później… uśmiechy. Habit nie ma też idealnej sztywności bocznej, ale nie jest to coś co Wam zburzy jazdę, chyba że wchodzie w zakręty na pełnej jak Richie Rude. Tak naprawdę przy zjazdach mam do niego tylko jedno większe zastrzeżenie. Habit przelatuje przez skok jak Kamil Stoch na wielkiej krokwi. Przy większych prędkościach i wybiciach dobijanie dampera jest jak wiatry po spożyciu roślin strączkowych – raczej występuje i raczej wkurza. To czasem nawet dzieje się na jakichś głębszych dołach na trasie. Temu da się oczywiście zaradzić, ale wiąże się to z tym, że nawet po odpowiednim ustawieniu dampera będziecie go co jakiś czas dopompowywali. Taki urok tej konstrukcji. Koniec końców jeździłem na środkowej pozycji dampera – czyli półotwartej oraz ze znacznie większą ilością powietrza niż zalecano. Poza tym nie mam do niego innych zastrzeżeń. Jest idealny na trasy typu flow, jest zwrotny i nie boi się większych przeszkód, co robi go dosyć uniwersalnym rowerem. To chyba zresztą taka cecha dzisiejszych ścieżkowców. To co wyprowadzało ten rower ze stabilnej jazdy to prędkości pod 50 km/h na nierównym i kamienistym podłożu, wtedy nie czułem się na nim zbyt pewnie. Ale to nie jest rower do tego! Poza tym w zabudowanym i tak można tylko 50! Natomiast bardzo wygodnie się nim pompuje na zjazdach ziemiste muldy, wybija na korzeniach i balansuje środkiem ciężkości.

Reasunmacja

Mój główny wniosek po około miesięcznym romansie z Habitem 4, mówi, że to przede wszystkim bardzo wdzięczny rower wycieczkowy! Możecie nim spokojnie przejechać 40-50 km w różnym terenie i nie będziecie chcieli zobaczyć co się dzieje po wrzuceniu go pod pociąg. Wasz tyłek, zęby i kręgosłup będą na miejscu. Na podjazdach będzie Wam w większości wygodniej niż na enduro z dużymi skokami. Nie jest to dobry rower do bike parków, ale poradzi sobie w naturalnym terenie, nawet na bardziej wyboistych i kamienistych ścieżkach. Nie jest to maszyna do katowania na schodach i skakania po krawędziach kamieni wielkości samochodów, chyba że macie przyczepę zapasowych obręczy, ale dostarczy Wam banana na twarzy na trasach typu flow i ścieżkach jakie oferują miejsca pokroju Ślęży, Srebrnej Góry czy Rychleb. W samej specyfikacji zmieniłbym tylko hamulce – wrzucacie do niego Shimano XT albo nawet SLX i tyle. Nic więcej nie trzeba. No dobrze trzeba – poświęcić uwagę ustawieniu zawieszenia. Żeby było jasne – to bardzo bazowy sprzęt, nie ma ustawień rodem z wahadłowców NASA, ale zadbajcie o odpowiednią twardość z przodu i z tyły, a zazwyczaj będzie to oznaczało sag mniejszy niż tradycyjne 30%. To oszczędzi Wam nerwów na rzucaniu wymyślnych wyzwisk w stronę amorów jak będą Wam przelatywać przez skok na szybkich zjazdach. Ale to jest do ogarnięcia, po prostu miejcie ze sobą pompkę. Reszta nie sprawi Wam większych problemów. Konstrukcja ramy jest prosta, zawias łatwo się demontuje do czyszczenia. Sram NX też wystarczy, tu jak zwykle kwestia regulacji i unikania rzucania w niego kamieniami, bo po tym robi się kapryśny. A poza tym niczego więcej Wam nie trzeba. No może tylko spokojniejszych czasów na jazdę…

Plusy

  • bardzo wygodny na podjazdach
  • radzi sobie z większością przeszkód, nawet tych wykraczających poza jego „ścieżkowatość”,
  • cena

Minusy

  • słabe hamulce – Sram Guide T (ylko nie to!)
  • tył lubi przelatywać przez skok

zdjęcia: Krzysztof Stanik

Testy roweru przeprowadzone dla Thirty Three Bicycles Studio

Canyon Strive CF 6.0

Szczęśliwie testowaliśmy zarówno ścieżkowce Canyona (Spectral), jak i również bardziej freeride’owe zabawki jak Torque w różnych konfiguracjach. Strive idealnie uzupełnia gamę tych rowerów, będąc jednocześnie tym, który najmocniej reprezentuje kategorię „całego tego enduro”.

Historia

To nie pierwszy Canyon, którego przyszło nam ujeżdżać! Nawet nie drugi! W sumie to nawet nie…ok, nieważne.

Szczęśliwie testowaliśmy zarówno ścieżkowce Canyona (Spectral), jak i również bardziej freeride’owe zabawki jak Torque w różnych konfiguracjach. Strive idealnie uzupełnia gamę tych rowerów, będąc jednocześnie tym, który najmocniej reprezentuje kategorię „całego tego enduro”. Tym razem odświeżony jak pacha po rannej kąpieli, wraca do nas w nowym wydaniu, na prawilnym, dużym kole! Czyli nastawiamy się na rejsing… (nie chodzi o żeglowanie).

Z pudełka

Pudełka nie było, ponieważ rower testowaliśmy dla redakcji Bike, więc rower był już poskręcany. Jednak zdarzyło nam się dostawać Canyony w formie przesyłki i nie było najmniejszego problemu z ich sprawnym złożeniem, tak aby nie zostało zbyt wiele „zbędnych” części w pudełku. Czyli jak z meblami z IKEI.

Normalnie w komplecie z rowerem dostajemy także instrukcję, klucz dynamometryczny z bitami, pompkę do amortyzatora, pastę montażową i lizaka. OK, lizaka nie dostajemy, poza tym nie wolno brać od obcych!

Koło dobrze zbiera ziemię, kurz oraz pył.

Komponenty

Nowy Canyon Strive ma aż sześć wersji wyposażenia, z czego każda bazuje na ramie z carbonium! Czyli tak jakby nie było takiej całkiem bieda wersji.

Nasza testówka to model CF 6.0 w wydaniu całkowicie czarnym, jak to co wam wyskoczy w Google po wpisaniu czarny kogut po angielsku.

Do dyspozycji mamy zawieszenie RockShox, z przodu Lyric RC o skoku 160mm a z tyłu Super Deluxe RCT o skoku 150mm. Oba przyrządy łatwo było wyregulować pod moją wagę i styl jazdy. Właściwie już na drugim wyjeździe dogadywałem się z zawieszeniem jak Sasha Grey z pytonami.

Trzeba przyznać, że detale ramy, w tym obudowa zawiechy, prezentują się całkiem dobrze.

Napęd to najpopularniejszy ostatnio, dwunastkowy GX z korbą Truvativ Descendant 6K. Ta grupa w pełni wystarcza, jedynych problemów może dostarczyć przerzutka, która lubi czasem kaprysić nawet po zderzeniu z motylem a co dopiero po zderzeniu z kamieniem… Za hamowanie, którego należy oczywiście unikać, odpowiadały SRAMy Guide R. Muszę przyznać, że nie są to wprawdzie moje ulubione hamulce, ale działały, jak należy. Nie grzały się jakoś szczególnie, nie zapowietrzyły ani razu i spokojnie dawały radę na szybszych trasach jak w Srebrnej czy Czarnej Górze. W sumie na przód można by było tylko wrzucić większą tarczę. Nowością tutaj jest też sprawie działający system zmiany geometrii roweru – Shape Shifter. Ten system był już wcześniej, tyle że nie był zbyt precyzyjny i przydatny w trakcie jazdy. Obecnie możemy zmienić geometrię z podjazdowej na zjazdową i na odwrót, przestawiając manetkę na kierownicy i wciskając nieco mocniej zawias. Dzięki temu zmian można dokonywać dynamiczne nawet na szybkich odcinkach. Manetka jest zintegrowana z manetką do sztycy a pozycje Shape Shifterowej kamasutry nazwano Click i Clack.

Napinacz e13 razem z taco naprawdę robią robotę!

Podjazdy

To ulubione słowo wszystkich enudrowców – uphill. Ja Strivem podjeżdżałem dużo, dzięki czemu udało mi się w miarę realnie przetestować jego właściwości jezdne w „złą” stronę górki. Tutaj też przychodzi z pomocą wspomniany wyżej Shape Shifter, który w pozycji podjazdowej skraca skok do 125mm i zmienia wysokość środka suportu. Prawda jest taka, że Strive pnie się do góry jak młoda kozica górska. Przód i tył są dobrze dociążone, koła nie myszkują za bardzo nawet na stromych fragmentach. Daje radę zarówno na długich podjazdach nie męcząc pozycją, jak i na szybkich, ostrych dopedałowaniach przy wzniesieniach na odcinkach zjazdowych, gdzie trzeba podjeżdżać na stojąco.

Zjazdy

Tutaj to w zasadzie oczywista oczywistość. Mamy rower z kołem 29 cali, z geometrią nastawioną raczej na zjazd. Nie ma tu wprawdzie jakichś rewolucyjnych kątów czy rozstawów kół – kąt główki to 66 stopni (shape shiter zmienia go na 67,5), baza kół przy testowanej emce to 1196 mm. Prawda jest taka, że nie wszyscy jesteśmy w stanie odczuć jakieś magiczne zabiegi w geometrii. Potrafią to zazwyczaj Ci co spędzają w siodle więcej niż 5 godzin w tygodniu i jeżdżący nieco szybciej niż 20 km/h. Strive’owi niczego nie brakuje na zjeździe. Jedzie pewnie w dół, ale bardzo łatwo poddaje się kładzeniu, szybkim zwrotom i skidom. Jest skoczny i chętny do zabawy jak młody labrador. W testowanym modelu mieliśmy amelinowe koła DT Swiss E1900. Na co dzień jeżdżę na carbonowych obręczach, ale tu nie odczułem jakichś poważnych deficytów związanych z brakiem sztywności. Koła były zamleczone, jeździłem na ciśnieniu ok 1.4 bara przy wadze 72kg. Wgniotów nie stwierdzono. Bardzo mi się podobała płynna praca zawieszenia po dostosowaniu ciśnienia do mojej wagi. Rower nie odbijał się po korzeniach jak dziecko wrzucone do parku trampolin, a jednocześnie nie było problemu z przeskakiwaniem przez różne przeszkody po szybkiej kompresji zawiechy. W sumie nie ma się tu do czego doczepić. Na dodatek dzięki temu, że rower nie jest siłę udziwniony to bardzo szybko się w niego „wjeżdża” i po dwóch dniach jazdy czujemy się jak we własnym siodle.

Strive bardzo łatwo się układa pod jeźdźcem – jest z tych uległych.

Podsumowanie

Jak dla mnie spokojnie można na tym rowerze zarówno wziąć udział w tzw. konkursie rowerowym jak i pojechać na dłuższą wycieczkę. Duże koło i skok w zupełności wystarczają na szybką (szybszą niż 20 km/h) jazdę po dziurach, kamieniach, korzeniach i ogólnie zaśmieconej nawierzchni. Rower jest bardzo zwrotny i poddaje się różnym ewolucjom jak niedoświadczona kochanka w rękach 20 lat starszego faceta. Geometria w połączeniu z dopracowanym Shape Shifterem pozwoli wam na całodzienny trip, w którym znajdą się (o zgrozo!) podjazdy. Rower w wyżej opisanej konfiguracji kosztuje 15 999 zł (brutto bez faktury i rabatu). To całkiem niezła cena jak na config i carbonium. W razie czego jest też tańsza wersja CF5.0 za 13 699 zł! Osobiście zmieniłbym w nim tylko kokpit i może na dłuższą metę hamulce. Kokpit jest po prostu brzydki, wiem że to kwestia gustu ale Strive mi się bardzo podoba a mostek G5 wygląda w nim jak ropiejąca krosta na twarzy Keiry Knighltey… mamy tu kierę 78 cm co jest dobrym pomysłem, sam zastanawiam się czy nie przyciąć swojej osiemdziesiątki, bo drzewa rosną ostatnio jakoś coraz gęściej. Co do hamulców, to nie miałem z nimi problemów, tak na gorąco wrzuciłbym tylko większą tarczę do przodu. Chodzi mi bardziej o późniejsze przelewanie Sramów i części zamienne. Warto też wspomnieć, że jeśli macie trochę większe wymagania sprzętowe to można sięgnąć po jedną z kilku wyższych wersji wyposażenia, które również są przystępne cenowo w porównaniu do innych rowerów z tej kategorii. Na rowerze jeździłem przez ok. miesiąc i się polubiliśmy. Nie dałem mu wprawdzie imienia, ale mógłbym mieć spokojnie Strive’a. Uważam, że to uniwersalny rower z potencjałem do ścigania. Nie jest to butik, nie jest to kobieta, na widok której będzie ślinił się każdy samiec na ulicy a potem leciał na pamięciówie. Ale jest to kobieta, na której zawsze będziecie mogli polegać, a akcje z nią w terenie dostarczą wam wystarczających wypieków. Naturalnie, to samo porównanie możemy zmienić i porównać rower do czarnego faceta z dużym kołem. Ale to już sobie dopowiedzcie, bo czuję się nieswojo.

Plusy

– carbonowa rama,

– dobrze działający Shape Shifter,

– dobrze działające, łatwe w ustawieniu zawieszenie,

– cena.

Minusy

– niezmiennie brzydki kokpit G5 – policja modowa zwracała już na to uwagę.

– bardzo mała odległość od końca koszyka na bidon do górnej obudowy dampera. Przy dłuższych koszykach może lekko obcierać.

Tekst: Krzysztof Pałys

Zdjęcia: Łukasz Kopaczyński, Magazyn Bike

Oklejanie roweru

Jeśli nie chcemy złapać syfa, a często udajemy się w nieznany, niebezpieczny teren to warto się zabezpieczyć.

Po co?

Czy warto się zabezpieczać? Jeśli nie chcemy złapać syfa, a często udajemy się w nieznany, niebezpieczny teren to warto. Syfy nie są fajne i nie są ładne. Potrafią popsuć humor. Skoro istnieją środki ochronne to warto z nich skorzystać aby się przed tym ustrzec. Tym bardziej, że nie jest to strasznie trudne ani strasznie pracochłonne. Oklejanie gotowcami zajmuje ok 1-2h a wycinanie własnych szablonów z arkuszy to ok 3-40h. Skupimy się na drugim wariancie, w którym oprócz samego klejenia dochodzi zabawa w wycinanki.

Ładne rzeczy są ładne gdy o nie dbamy. Jeśli je zaniedbany to staną się brzydkie. Z ludźmi jest podobnie.
Do oklejenia całej ramy zużyłem 20 wykrojów.

Folia zabezpiecza lakier roweru przed rysami i obiciami. Gruba (ok 350um) folia potrafi uchronić przed całkiem mocnymi strzałami kamieni. Rower nie traci tak na wartości, a przede wszystkim cieszy oko nawet po dwóch latach użytkowania. Łatwiej zmienić kawałek zużytej folii niż przemalować rower lub jego element. A zatem rower oklejamy gdyż:

  • Chcemy
  • Możemy
  • Aby dłużej zachował świeżość

Natomiast nie oklejamy go bo:

  • Kupiliśmy rower, na który nas nie stać i będziemy na niego chuchać i dmuchać
  • Rower jest do jeżdżenia, a nie do oklejania
  • Się złamie
  • Diesel musi dymić

Użytkownicy rowerów dzielą się na dwie grupy (tak naprawdę to na więcej), na tych co oklejają i na tych co nie oklejają i głoszą tezy o bezsensie tej czynności. Z reguły im mniejsze kompetencje intelektualne posiada osoba wygłaszająca daną tezę tym ta teza jest bardziej skrajna i mocniej uderza w grupę przeciwną.

Jeśli nic nie popsujemy, oklejony rower będzie wyglądał tak samo atrakcyjnie jak nieoklejony.

Czym?

Na rynku możemy znaleźć dedykowane naklejki do oklejania rowerów. Wśród nich są takie, które są rzeczywiście dedykowane pod konkretną ramę i kosztują krocie (np. Invisiframe, HighFive Styling) oraz takie, które zawierają zestaw “uniwersalnych” wykrojów pozwalających zabezpieczyć newralgiczne miejsca (np. The Trail). 

Możemy też kupić arkusz specjalnej folii do oklejania samochodów i samemu pobawić się w wycinanki. Specjalność owej folii polega na tym, że nie wchodzi w żadne reakcje z lakierem, nie odbarwi go ani nie zostanie z nim na dobre i na złe, a próba rozdzielenia go nie skończy się tragicznie dla lakieru i naszego zdrowia psychicznego. W ten sposób oklejam już trzeci rower z coraz lepszym skutkiem i właśnie tą metodę bliżej przedstawię. Używam folii 3M Scotchgard o grubości 350um oraz 200um, nie jest wcale taniej niż przy użyciu gotowców (chyba, że porównamy koszt do Invisiframe) i jest dużo więcej zabawy. Inni mantenbajkerzy polecają też Orafol Oraguard, jeszcze inni jakąkolwiek folię do oklejania samochodów w dodatku o mniejszej grubości – tylko aby zabezpieczyć lakier przed drobnymi zarysowaniami. W takim wariancie możemy się zamknąć w ok 50zł.

3M Scotchgard 350um

3m Scotchgard 200um

Tak wygląda rolka folii. Zdjęcie ukradłem z allegro. Proszę mnie skuć.

Co potrzebujemy:

  • Folia (serio)
  • Odtłuszczacz (np. benzyna ekstrakcyjna)
  • Spryskiwacz (nie będzie wstydu jeśli będzie do kwiatów)
  • Rakla (opcjonalnie)
  • Nożyczki (dobre)
  • Miarka (dłuższa niż średnie europejskie przyrodzenie)
  • Ołówek (najlepiej miękki, aby łatwiej naszkicować coś na lewitującej folii)
  • Stojak (rowerowy)
  • Suszarka (do włosów lub brody)
  • Oświetlenie (żeby widzieć)
  • Dom (mieszkanie, garaż, strych, piwnica)
  • Czas (lub pieniądze)
  • Spokój (za pozostałe rzeczy możesz zapłacić kartą MasterCard, za spokój nie)
Rama, folia, ołówek, spryskiwacz i inne.

Jak?

Najlepszym scenariuszem jest gdy mamy kompletnie gołą ramę. Z gołą materią lepiej się pracuje, jednak nie jest niemożliwe oklejenie poskładanego roweru. W pierwszej kolejności należy odtłuścić oklejane powierzchnie przy pomocy benzyny ekstrakcyjnej lub innego odtłuszczacza. Warto sprawdzić, czy nie jest agresywny dla lakieru. 

Wygodniej jest jak rower jest zamontowany stabilnie na stojaku jednak zdarzało mi się oklejać rower siedząc na podłodze. Lumbago w gratisie.

Kolejnym krokiem są wstępne pomiary. Mierzymy maksymalną długość elementu, który chcemy okleić oraz szerokość. Wycinamy prostokąt i przykładamy go do ramy aby mniej więcej zobaczyć jak się rozłoży. 

Najsampier wycinamy prosty kształt, który później sobie nieco skomplikujemy.

Trasujemy (od strony papieru) krzywizny i miejsca, których lepiej nie oklejać, gdyż najprawdopodobniej będzie to trudne miejsce i folia zacznie się od niego odklejać (np. wpusty przewodów, krzywizny, spawy, przelotki). Wycinamy, a jeśli czegoś nie jesteśmy pewni zostawiamy mały margines na ewentualne poprawki. Gotowy (prawie) szablon przykładamy raz jeszcze na sucho i sprawdzamy czy rzeczywiście pasuje. Warto też zaokrąglić wszystkie ostre kanty, gdyż one odkleją się jako pierwsze. Zazwyczaj stosuję promień 2-5mm ale robię to “na oko”. 

Należy pamiętać, że elementy symetryczne możemy odrysowywać od razu po stronie papieru. Natomiast wszystkie elementy “lustrzane” musimy rysować w odbiciu lustrzanym. Tzn. jeżeli oklejamy bok rury przedniego trójkąta, a wykrój nie jest zwykłym prostokątem tylko odzwierciedla charakterystyczne krzywizny ramy, przykładając szablon folią do prawego boku i rysując na nim wykrój po stronie papieru będzie ona pasował na lewy bok ramy. Czego nie rozumiesz?

Lustrzane elementy możemy odrysować od siebie metodą ctrl+c – ctrl+v w wersji analogowej.

Zdarzą się też wykroje, które nie będą lustrzane ani symetryczne i wówczas trzeba uruchomić wyobraźnię przestrzenną i widzenie w więcej niż jednym wymiarze.

Jeśli pasuje to spryskujemy ramę wodą (można też użyć specjalnych środków, różnica jest taka jak pomiędzy śliną a żelem durex play, specjalnego środka zazwyczaj nie mamy pod ręką, pachnie i więcej kosztuje, spełnia natomiast taką samą funkcję). 

Podczas rysowania możemy robić wartościowe notatki.

Odbezpieczamy folię i zaczynamy zabawę. Woda ułatwia odklejanie folii jeśli przypadkiem źle przyłożymy. Warto wyznaczyć sobie (hipotetyczną) oś i jej się trzymać lub inne charakterystyczne punkty (krawędzie). Dociskamy folię punktowo tak aby pozbyć się wody i powietrza, ruchami posuwisto zwrotnymi po trajektorii cienkich pasków. Możemy do tego celu użyć specjalnej rakli, jednak mi wygodniej jest pracować bez niej. W miejscach gdzie folia nie chce się przykleić możemy sobie pomóc suszarką. Zazwyczaj są to krawędzie. Podgrzana folia jest bardziej elastyczna i lepiej się wulkanizuje. 

Na nawilżoną ramę, starannie lecz zdecydowanie nanosimy folię. Zręczne palce pomagają w osiągnięciu satysfakcji. Z niezręcznymi trwa to dłużej i niestety w tym wypadku nie jest to zaletą.
Próba generalna.
Wielki finał.
Bis suszarką.

Może zdarzyć się tak, że nie uda się wycisnąć całego powietrza i całej wody  spod folii. Z reguły łatwiej się ją usuwa spod grubszej folii. Jeśli klej już dobrze złapie to próba usunięcia bąbla może skończyć się tym iż folia się w tym miejscu rozciągnie a bąbel i tak zostanie. Zostanie też w tym miejscu babol gdyż rozciągnięta folia już się tak dobrze nie przyklei. Lepszym pomysłem jest przebicie folii cienką igłą lub nacięcie skalpelem. Małe parchokropki, które wyglądają jakby folia się dobrze nie przykleiła z czasem znikną. A jak nie znikną to i tak przestaniemy na nie zwracać uwagi gdy np. porysujemy górne lagi amortyzatora lub urwiemy nowego XTRa.

Nożyczki do paznokci nie są odpowiednim narzędziem do cięcia tego typu folii nawet jeżeli w danej chwili wydaje nam się, że są.

W dobrym tonie jest też nie naklejanie jednej folii na drugą, czym grubsza folia tym bardziej nie warto tego robić. W miejscach krzywizn możemy naciąć folię aby ułatwić wyeliminować marszczenie się. 

Czym więcej miejsc okleimy tym mniej będziemy spać spokojniej. Najważniejsza jest dolna rura od spodu, górna rura od góry, tylne widełki od zewnątrz i od spodu. Ja oklejam praktycznie wszystko gdyż pierwszą ramę okleiłem skromnie i w trzeci dzień przyozdobiłem ją całkiem pokaźną szramą w bardzo głupi sposób. Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję, a Ciebie mantenbajkerze namawiam do oklejenia swojego roweru, oraz każdej części która jego jest. Amen(t)

Oklejony fragment w ujęciu very close up. Prawda, że nie widać?
Czym grubsza folia tym bardziej widać krawędzie. Nawet logiczne.
Wykroje wycinane pod kształty ramy wyglądają mniej chamsko niż prostokątne nalepki.
Lakier najchętniej odpada z ostrych krawędzi.

 

(Paweł Pupiń) Masko Patol

MRP Ribbon Coil 29″

Widelec MRP Ribbon jest ciekawą i godną uwagi alternatywą dla produktów Fox czy RS, które zdominowały rynek w ostatnich latach.

Pierdololo

Sprężynowy faborek z Kolorado był testowany wespół z damperem wykorzystującym to samo medium ściskane. O ile w przypadku tylnego amortyzatora sprężynę widać od razu to w amortyzatorze przednim nie. Co z tego wynika? Nic. Ale to nie pierwsze zdanie na naszym blogu, które nic nie wnosi.

Widelec MRP Ribbon jest ciekawą i godną uwagi alternatywą dla produktów Fox czy RS, które zdominowały rynek w ostatnich latach. Można powiedzieć, że są u nas jeszcze “egzotyczne”, a marka kojarzona jest bardziej z prowadnicami łańcucha niż amortyzacją. Pomimo unikatowości zachowują rozsądny poziom cenowy. Dodatkowo ich wyróżnikiem jest zastosowanie sprężyny stalowej co wbrew pozorom nie jest takie popularne w przednich uginaczach. Producent z Kolorado postanowił powalczyć w tej niszy.

Czym byłby bikeporn bez gwiazd porno? Łysy z Brazzers we własnej osobie.

Impresja

Już na pierwszy rzut oka amortyzator wygląda jak amortyzator. Górne lagi wykończone są czarną anodą, dolne w półmacie przyozdobione zostały nalepkami (do wyboru różne kolory). Prawa dolna laga połączona jest z lewą dolną lagą (albo odwrotnie) koroną odwróconą na opak, czyli zupełnie inaczej niż u pozostałych producentów. Zabieg ten może się podobać lub nie, a jego celem było ograniczenie gromadzenia się błota. Bo kto wnosi do domu błoto, a dopiero co było poodkurzane – ma przesrane. Aż strach pomyśleć jakie kary cielesne stosowała małżonka konstruktora za to przewinienie, że ten zdobył się na tak odważny krok i obronił go przed całym konsorcjum mądrych głów z marketingu. Mi osobiście całkiem się podoba, a nawet jest mi to zupełnie obojętne. Pokrętło wolnej kompresji i kapsel osłaniający regulację naprężenia wstępnego są smutno czarne. Szkoda, że chociaż na jednym oczku producent nie zastosował koloru pomarańczowego, który jest jego znakiem rozpoznawczym. W moim odczuciu taki zabieg ożywiłby wizualnie górną część szpeju. Po dłużej chwili przyglądania się jestem już całkowicie pewny, że moje pierwsze wrażenie było właściwe – to jest amortyzator. 

Nalepki na dolnych lagach są na dole.

Odwrotna korona zapobiega gromadzeniu się błota w miejscach trudnych do czyszczenia.

Technikalia

MRP wydało na świat amortyzator w wersji 29” oraz 27,5”. Testowany egzemplarz przeznaczony jest do dużego koła. W tej wersji skok możemy regulować w zakresie 140-160mm bez użycia dodatkowych elementów przy pomocy nakrętki umieszczonej na gwintowanym prąciu (prącie znajduje się wewnątrz prawej goleni). W przypadku wersji pod koło 27,5” zakres ten wynosi 140-170mm. Widelec posiada regulację wolnej kompresji (8 klików), tłumienia powrotu (25 klików), kontroler rampy (30 klików) oraz naprężenia wstępnego. Ramp Control działa na takiej samej zasadzie jak ten o którym pisaliśmy tutaj:

https://knurswiny.azurewebsites.net/mrp-ramp-cotrol/

W zestawie dostajemy trzy sprężyny (miękką, średnią i twardą), które obsłużą tuczniki w przedziale wagowym 70-107 kg w przypadku skoku o wartości 160mm. Ekstra lekkie i ekstra ciężkie tuczniki mogą skorzystać z luksusu w postaci możliwości dokupienia sprężyn pod ich nietuzinkową i nie mieszczącą się w ujęte normy wagę (odpowiednio x-soft i x-firm). Przy moich 70kg z lekkim haczykiem (licząc z ekwipunkiem) do środka wleciała sprężyna “soft” i czuję, że był to dobry wybór jednak korci przetestowanie wersji x-soft.

W prawej ladze gości tłumik o konstrukcji twin-tube, dokładnie taki sam jak w wersji powietrznej. W stosunku do powietrznego odpowiednika bliźniacze są także pozostałe elementy amortyzatora. 

Tabelka prawdę Ci powie.

Regulacja wolnego powrotu znajduje się na dole prawej goleni. Naklejka informuje ile kliknięć mają poszczególne regulacje oraz, że produkt pochodzi z Kolorado.

Splendor jaki spłynął na konstruktora, który napowymyślał odwróconą koronę trochę go przyćmił w dalszym etapie projektu w efekcie czego taperowane górne lagi uniemożliwiają wymianę sprężyny bez uprzedniego zdemontowania tychże (czyli klasycznie od góry). Nie jest to wymarzona sytuacja. Zmiana sprężyny nawet w konwencjonalny sposób wymaga więcej kroków i narzędzi niż regulacja ciśnienia w powietrznym widelcu, a to dodatkowe utrudnienie może zniechęcić jeszcze bardziej przed wykonaniem tej czynności. Plusem dodatnim tej sytuacji jest gratisowa motywacja do trzymania wagi. 

Kolejnym wyróżniającym elementem są sutki na dolnych goleniach. Sutki tak jak u innych ssaków sprężynowych służą do zabawy, karmienia i odpowietrzania. Gruczoły umożliwiają szybkie wyrównanie ciśnienia powstałego w wyniku zmiany wysokości czy temperatury (czego ciężko doświadczyć w naszych warunkach geograficznych). A jeśli nasz Ribbon jakimś niezbadanym cudem zajdzie w ciążę i porodzi małe Ribbonki to może pojawić się w nich mleko. Szkoda, że smyranie po sutkach nie przyczynia się do zwiększania skoku ale liczymy, że zostanie to wdrożone w kolejnej iteracji. 

Amortyzator posiada golenie o średnicy 35mm, temperowaną rurę oraz oś na szybkozamykacz w standarcie 15×110 (z możliwością wyboru osi bolt on).

Gdyby nasze partnerki regulowały ciśnienie poprzez sutki, wypuszczając przy tym różnobarwny dym, świat byłby… pojebańszy.

Nastawy

Ustawienie sagu odbywa się za pomocą naprężenia wstępnego i w moim przypadku wynosiło ok 20%. Ta wartość może się wydawać trochę mała, jednak po pierwsze primo preferuję twardsze ustawienia amortyzatora, a po drugie primo ultimo tutti frutti dimaro przy tej twardości sprężyny większego bym nie uzyskał. Także zaakceptowałem ten stan i nie żałuję. Śruba do regulacji znajduje się pod pokrywką na górze lewej goleni. Wolną kompresję maksymalnie odkręciłem. Tłumienie powrotu ustawione nie za szybko, nie za wolno lecz w sam raz.

Ustawienie amortyzatora pod siebie jest bardzo proste i to jest jego kolejna zaleta. Nie trzeba spędzać dupogodzin przed jutiubem jak w przypadku tłumika Grip 2. W tym czasie możemy sprawdzić co tam nowego u Daniki.

8 klików regulacji kompresji możemy łatwo zliczyc wykorzystując tylko palce u rąk.

Pokrętło Ramp Control skrywa się na dole lewej lagi.

Jazda

Podobnie jak w przypadku dampera Hazzard, to co wyróżnia pracę amortyzatora najbardziej to czułość na małe nierówności. Ciężko stwierdzić czy poziom przyczepności jest większy niż w przypadku Foxa 36 Grip 2 (na którym jeżdżę na codzień). Rozwój technologii pozwolił dogonić amortyzatorom powietrznym te ze sprężyną, jednak plushowy feeling w dalszym ciągu jest domeną tradycyjnej sprężyny. Ta sama technologia wpłynęła również na wyeliminowanie nurkowania widelców sprężynowych. MRP wykorzystał w Ribbonie ramp control dzięki czemu mamy połączenie ultra czułego początku skoku z zabezpieczeniem przed dobiciem. Ponieważ wpływa on tylko na końcówkę skoku możemy cieszyć się linearną pracą niemalże w całym zakresie.  

Na trasie bawiłem się pokrętłem wolnej kompresji, każde z 8 kliknięć wyczuwalnie zmienia charakter pracy, 4 kliki przy równiejszych trasach z większą ilością band pozwoliły zwiększyć podparcie w środkowej części skoku. Przydatne również na odcinkach bogatych w ścianki gdzie będąc wyżej w skoku zmniejszamy ryzyko przelecenia przez wiosło. Zarówno przy większych prędkościach jak i na trudniejszych technicznie fragmentach tras wideł zapewniał bardzo wysoki poziom komfortu oraz potęgował pewność siebie. Aktywny środek skoku robi robotę i utrzymuje nas w odpowiedniej pozycji atakującej kunopandy, kuguara, drapieżnej foki, wściekłego piżmaka czy z czym się tam utożsamiacie.

W pełnym blasku.

Podsumowanie

Świetny widelec, który dodatkowo bardzo łatwo ustawić pod swoje oczekiwania. Pomimo sprężyny stalowej waży 2.1 kg co jest w pełni akceptowalnym wynikiem. W standardzie otrzymujemy Ramp Control, dzięki któremu mamy władzę nad końcówką skoku. Jak nam się nudzi w domu to możemy wymienić sprężynę. W cenie konkurencyjnej do popularnych produktów innych marek kupujemy sobie odrobinę unikatowości, unikatowości przemyślanej i dopracowanej bardziej niż cycki Dody. Warto dodać, że wideł w 2017 roku zgarnął nagrodę Suspension Product of the Year przyznawaną przez Pinkbike.

Plusy:

  • Czułość na małych nierównościach
  • Ramp Control w standardzie
  • Możliwość zmiany skoku bez dodatkowych części
  • Bardzo łatwy do ustawienia pod swoje wymagania

Minusy:

  • Konieczność zdejmowania dolnych lag do wymiany sprężyny
  • Głośniejsza praca w trudniejszym terenie
  • Brak pomarańczowego pokrętła na górnej koronie 

Gdzie kupić?

Bezpośrednio na stronie dystrybutora:

www. strangesummit.com

We Wrocławiu znajdziecie je także w sklepie ThirtyThreeBicycleStudio:

www.thirtythree.pl

 

Paweł Pupiń (Masko Patol)

MRP Hazzard + sprężyna progresywna

MRP określa przeznaczenie dampera między all mountain a enduro jednak sprężyna do roweru ścieżkowego pasuje jak Zenek Martyniuk do filharmonii.

Pierdololo

Będąc małym chłopcem, często koledzy straszyli mnie, że założą mi sprężynę do Ripmo jak będę im uciekał na zjazdach. To było rok temu, a ja miałem wtedy 34 lata. Dziś, gdy jestem już dorosłym mężczyzną (bez wąsów) postanowiłem sprawdzić czy mój strach przed nieznanym był uzasadniony. Tym sposobem do mojego roweru trafił damper MRP Hazzard.

Sprężyny w rowerach enduro pojawiają się coraz częściej, wystarczy pooglądać fury z EWSu. Jeszcze kilka lat temu trend był zupełnie odwrotny i dominowało powietrze. Zadomowiło się ono nawet w rowerach do tak zwanego danhilu, co może wieszczyć koniec świata i okolic jak czarnoskóry papież. Wiadomo, że powietrze jest za darmo a stal nie, ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu dampery powietrzne wcale tańsze nie są. Prawdą natomiast jest, że największym komplementem dla dampera powietrznego jest przyrównanie jego pracy do sprężyny. Idąc tym tropem, czy może być coś bardziej zbliżonego do pracy dampera sprężynowego niż praca dampera sprężynowego? Nie sondze.

Marka z Colorado określa przeznaczenie dampera między all mountain a enduro jednak chyba chodzi tu o różnice międzykontynentalne w nomen(omen)klaturze gdyż do roweru ścieżkowego sprężyna pasuje jak Zenek Martyniuk do filharmonii. Charakter roweru po zamontowaniu resora zmienił się nie tylko wizualnie. Pierwsze przejażdżki pokazały, że będzie to udany romans z wielokrotnością zbliżeń i bynajmniej nie będą to zbliżenia twarzoczaszki ze ściółką. 

Sprężyna dodaje badassowego looku.

Hazzard występuje w przyrodzie w trzech różnych standardach, w standardzie standardowym, metrycznym oraz trunnion. Łącznie mamy do wyboru 17 różnych “standardowych” długości za co serdeczne Bóg zapłać i na wieki wieków elo branży rowerowej. MRP dokłada do tego możliwość zakupu sprężyny progresywnej co jest w moim przypadku kluczowe i zbawienne, gdyż rower na którym jeżdżę na co dzień po bułki jest policzony pod damper progresywny (w domyśle – powietrzny). Dla fanów tuningu kolorystycznego w komplecie są także różne warianty kolorystyczne nalapek.

Rezerwuar, w którym znajduje się IFP napełniony jest azotem.

Wrażenia

Rzucając w damper okiem można stwierdzić, że jest wykonany bardzo schludnie. Bez zbędnych przetłoczeń i sterczących kutasików. Konstrukcja budzi zaufanie a pomarańczowa anoda cieszy dopiero co wyrzucone oko. Dla fanów stonowanej kolorystyki istnieje też opcja w czarnej anodzie. Pierwowzorem Hazzarda jest damper Elka Stage – amortyzator nad którym kilka lat temu rozpływała się brać rowerowa z zamiłowaniem do grawitacyjnych odmian kolarstwa. 

Regulancje HSC i LSC odbywają się beznarzędziowo. Każda zmiana sygnalizowana jest wyraźnym kliknięciem.

Settingsy

Damper posiada regulację wolnej (12 klików) i szybkiej kompresji (33 kliki), tłumienia powrotu (22 kliki) oraz naprężenia wstępnego (pierścień ściskający sprężynę). Ustawienie HSC i LSC odbywa się przy pomocy pokręteł, które pracują bardzo precyzyjnie z wyraźnym kliknięciem. Do zmiany ustawień reboundu potrzebny jest imbus 3 oraz lewarek samochodowy (żart, ha ha, stop). 

I co najważniejsze (podobno) przy wspinaniu – damper uzbrojony jest w dźwigienkę nieskrępowanego podjazdu, czyli blokadę wolnej kompresji, która działa bardzo dobrze niemal blokując damper. Szybka kompresja przy tym jest wciąż otwarta, dzięki czemu nie ulegniemy rozczłonkowaniu jeśli omyłkowo rozpoczniemy zjazd z wihajstrem w pozycji zablokowanej a na naszej drodze pojawi się duży kamień.

 

Szeroki zakres regulacji pozwala precyzyjnie ustawić damper pod siebie i choć posiada on tylko jedną regulację mniej niż Fox X2 to w moim odczuciu jego ustawienie jest o niebo łatwiejsze. Inaczej mówiąc, dużo trudniej sprawić aby damper pracował jak dębowy kołek. Przy sprężynie odpowiednio dobranej do wagi rajdera i z “fabrycznymi” ustawieniami możemy się cieszyć toną gripu a poświęcając odrobinę więcej czasu precyzyjnie ustawimy ustrojstwo pod siebie. 

Dźwignia Nieskrępowanego Podjazdu nie posiada luzu i nie opadnie nieoczekiwanie sama jak członek 60 latka.

Na co to komu potrzebne?

Jaki był cel montowania sprężyny stalowej zamiast powietrznego dampera? Po pierwsze ciekawość jak to działa. Krążą legendy, że Ripmo nie bangla z tego typu damperem. Zagłębiając się w temat, nie działa nie dlatego, że zła wróżka rzuciła na niego czar “niedziałaniazesprężyna”. Jak wiele ram z VPP Ripmo wymaga progresywnego dampera ze względu na “dźwignię” i liniowo działający damper przelatywałby przez skok. W damperze powietrznym bottom out jest ustawialny poprzez tokeny, w sprężynie ta opcja nie istnieje. W sportach motorowych i samochodowych sprężyny progresywne są stosowane od lat. Teraz możemy się cieszyć tym “wynalazkiem” także w rowerze. Jednak nie samym Ripmo człowiek żyje. Progresywna sprężyna łączy w sobie zalety dampera powietrznego oraz sprężynowego w każdym rowerze, a jest błogosławieństwem w przypadku ram zaprojektowanych pod damper powietrzny.

Przy wadze ok. 72kg w butach, kasku i kluczami od chałupy wybrałem sprężynę 400+. W Rzeczypospolitej Polskiej nazwa ta może być nieco myląca. Nie oznacza ona bowiem 400zł na każdy nowy damper w rodzinie. Należy to odczytać tak, że w początkowej fazie skoku sprężyna działa jak 400lbs natomiast przy wykorzystaniu skoku w  90% jak 450lbs. Jeśli zatem dotychczas używałeś twardszej sprężyny aby zapobiec zapadaniu się dampera, teraz możesz odmienić swoje życie i cieszyć się większą czułością na początku i w środku skoku. Podparcie w środkowej części skoku można naregulować tłumieniem wolnej kompresji w zależności jaki feeleing lubisz.

Rower zyskał przede wszystkim na stabilności i znacznie szybciej uspokaja się po lądowaniu. Momentalnie czuć przyklejenie do Matki Ziemi przez co reakcja na kolejne przeszkody zachodzi szybciej. Przewagę czuć także na trawersach i podczas jazdy po luźnym podłożu czyli wszędzie tam gdzie małe nierówności potrafią skutecznie wyprowadzić z równowagi. Co ciekawe zupełnie nie stracił na skoczności, a nawet powiedziałbym że zyskał. Potwierdziła to udana próba skoku przez tyczkę na wysokości 60cm. Pokaźny odbojnik wręcz krzyczy “przypierdol” i powiedz światu jak było a zagęszczone zwoje na końcu mówią “nie dasz rady”.

Prosta konstrukcja wieszczy bezproblemową pracę, serwis nie wymaga tylu narzędzi a interwały serwisowe są dłuższe. Mniejsza ilość uszczelek sprawia, że damper nie grzeje się tak jak powietrzny przez co jego praca jest bardziej konsekwentna na długich zjazdach. Posiada także mniejsze tarcie spoczynkowe, przyłożenie niewielkiej siły powoduje ugięcie sprężyny. Jeśli nigdy nie miałeś okazji poczuć surowego chłodu stali między nogami to zdecydowanie polecam spróbować Hazzarda.

Rebound ustawimy kluczem ampulowym 3.

Podsumowanie

MRP Hazzard to kawał solidnego sprzętu, który budzi zaufanie już przy pierwszym kontakcie wzrokowym. Pomimo, że marka należy raczej do tych mniejszych jakość wykonania zupełnie na to nie wskazuje. Szeroki zakres “standardów” oraz dostępność sprężyny progresywnej sprawia, że możemy go zastosować prawie do każdego roweru. Jest przy tym tańszy niż konstrukcje konkurencji jak Fox DHX2, EXT Storia czu Öhlins TTX. 

Plusy:

  • Duża czułość na małych nierównościach
  • Większa przyczepność na luźnym i sypkim podłożu
  • Uczucie natychmiastowego sklejenia po lądowaniu
  • Nie grzeje się tak jak damper powietrzny dzięki temu działa bardziej konsekwentnie na długich zjazdach
  • Prosta konstrukcja
  • Dłuższe interwały serwisowe
  • Sprężyna progresywna zapobiega dobijaniu

Minusy:

  • Waga (ok. 870g)
  • Czasem coś hałasuje
  • Trudniej zmienić sprężynę niż upuścić/zwiększyć ciśnienie

Gdzie kupić?

MRP Ramp Control możecie kupić bezpośrednio na stronie dystrybutora:

www. strangesummit.com

We Wrocławiu znajdziecie je także w sklepie ThirtyThreeBicycleStudio:

www.thirtythree.pl

Paweł Pupiń (Masko)

Bieszczading

A może by tak wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady?? Czemu nie, najlepiej zabrać ze sobą rower.

A może by tak wszystko rzucić i pojechać w Bieszczady?? Czemu nie, najlepiej zabrać ze sobą rower.

Te rejony nie są zbyt popularne wśród rowerzystów, przynajm

Charakterystyczne piece smolarzy.

niej takie odnieśliśmy wrażenie jeżdżąc tam przez dwa weekendy. Na szlakach spotykaliśmy bardzo mało turystów i tylko raz grupkę ludzi na rowerach. Jeździliśmy tylko poza Bieszczadzkim Parkiem Narodowym. Szlaki są zatem dzikie, często mocno zarośnięte. To tworzy niesamowity klimat dlatego warto się tam wybrać na dłużej, żeby lepiej poznać teren.

Impulsem do odwiedzenia tego rejonu były zeszłoroczne zawody MTB Enduro series, które zamykały sezon 2016. Bazę noclegową mieliśmy w miejscowości Roztoki Górne, rzut kamieniem do słowackiej granicy.

Trip 1

37,9km; 1074m; Jabłonki – Rabe – Baligród – Jabłonki

GPX

Auto porzucamy w  Jabłonkach (553mnpm) i lecimy na szutrowy, czarny szlak. Po pięciu kilometrach mijamy charakterystyczną dla Bieszczad ‘’instalację” – retorty.

Po ok 7 km – dobijamy do czerwonego, idącego z Wołosania (Przełęcz pod Jawornem). Odbijamy w prawo i po ok 600 m jesteśmy na Jawornem (992 m).

Chwilę się zastanawialiśmy czy jechać w lewo czerwonym, czy żółtym, jednak koniec końców żółty wyglądał atrakcyjniej.  3-kilometrowym zjazdem lecimy do SBN Rabe. Rajcujący, szybki zjazd i jak się okazało po 3 tygodniach od naszej wizyty był tu 2 OS Enduro MTB Enduro Series Baligród, a czerwonym poprowadzona była dojazdówka. Wygraliśmy w życie.
Od bazy asfaltem zjeżdżamy do Rabego gdzie po odbiciu na Roztoki straciliśmy 20 minut na poszukiwanie nieistniejącego szlaku. Spadamy do Baligrodu na ojebunek. Przy stole meldujemy się po ok 4h od wyjazdu z parkingu. Po przerwie z Baligrodu kierujemy się na Stężnicę by po chwili skręcić w prawo w nieoznaczony teren… oczywiście w poszukiwaniu śladu, który podobno, ktoś tutaj zostawił.

Po 2 km przebijania się chaszczami, szczurzenia sarnimi tropami i knurzenia po polach trafiamy na niebieski Baligród – Berdo. Śliczny szlak. Wspinamy się wypychem ok 1km i wracamy niebieskim aż do asfaltówki. Świetny zjazd, w większości techniczny ale momentami szybki. Warto zobaczyć. Z tego miejsca do auta mamy 6,5km.

To jest Oes?
Jadąc on-sight trzeba liczyć się z niespodziankami.

Trip 2

44,2 km;  1904m; Roztoki Górne – Dołżyca – Kalnica – Smerek – Roztoki Górne

GPX

Start z bazy Roztoki Górne w kierunku granicy ze Słowacją. Po 1200 m asfaltowego podjazdu jesteśmy na Ruskim Sedle (801 m n.p.m.) i od tego momentu kontynuujemy wycieczkę już terenem, wspinając się na Okrąglik (1101 m n.p.m.).

Drogowskaz wskazuje drogę.

Bardzo ładny fragment szlaku ale bez większych możliwości obserwacji widoczków. Średnie nachylenie tego odcinka to jedyne 10% ale trasa jest tak ukształtowana, że większość wspinaczki to forma wypychu.

Wpychy bywają przykre.

Na Okrągliku skręcamy w lewo na czerwony, wiodący do Cisnej (Główny Szlak Beskidzki). Jeszcze 1,5 km i jesteśmy na Jaśle (1140 m n.p.m.). Teraz czeka nas ok 8 km jazdy w dół, teoretycznie bo zjeżdżamy na 550m do Cisnej. Teoretycznie, bo okazuje się, że cała trasa to na zmianę zjazd-wypych-zjazd-wjazd-zjazd-wypych-zjazd itd. Istotniejszych ”hopek” naliczyłem po drodze 8.

Ale zjazdy wynagradzają.

Z Cisnej kawałek asfaltem do Dołżycy i tu wsiadamy na czarny. Do Fałowej mamy 3 km i 420m w górę, ciężkie podejście, nie dość że stromo to teren nie do jazdy. Później jeszcze siodło, szczyt i zjazd w stronę schroniska w Jaworzcu. Bardzo fajna szybka trasa leśna ale w pewnym momencie straciliśmy szlak i darliśmy ubitą na kamień zrywkową. Warto się rozglądać, żeby całość zjechać singlem. Dojeżdżamy do Wetliny i odbijamy z czarnego na… nieoznaczony. Jedziemy w ciemno 4km ok do Kalnicy a potem asfaltem do Smereka. Od Smereka coraz bardziej stromo. Wspinamy się na Fereczatą (1102 m n.p.m.) Do szczytu Pod Okrąglikiem mamy 3-kilometrowy odcinek XC czyli góra-dół-góra-dół itd. Trasa bardzo malownicza, odcinki leśne przeplatają się z otwartymi przestrzeniami które przy dobrej pogodzie pozwalają nam podziwiać piękne okolice.

Widoczki urywają dupę.

Zataczając 35-cio kilometrową pętlę wróciliśmy do Okrąglika. Pozostaje nam zjazd do bazy.

Ciężkie podejście z początku wycieczki staje się teraz super zjazdem, krętym, z różną gradacją. Piękne zakończenie na koniec dnia. Można się tu naprawdę nieźle rozpędzić ale trzeba uważać na wyrastające co rusz betonowe słupki.

 

Trip 3

48,8 km; 1571m; Roztoki Górne – Wetlina – Smerek – Cisna

GPX

Start jak poprzednio, przedzieramy się na Okrąglik (1101 m n.p.m.) ale tym razem, kontynuujemy mocno pofałdowanym szlakiem granicznym (niebieski – polski, czerwony – słowacki).

Na podjazd warto zdjąć kurtkę.

Zjazdy co chwilę przeplatają się z krótkimi podjazdami lub „podchodami”. Widoki zmieniają się tak drastycznie jak ukształtowanie terenu. Co chwilę wyjeżdżamy z lasu by przemykać po jagododajnych połoninach by za moment wpaść na leśnego singla którego granice wyznaczają krzaczki dojrzewających jeżyn. Na połoninach radzę nie zbaczać z wąskich singli bo bardzo często w krzaczkach jagód można znaleźć dość duże nory które skutecznie mogą połknąć przednie koło i wysadzić nas z nad kierownika.

Wśród fali łąk szumiących…

Wspinamy się na Dziurkowiec (1115 m n.p.m.) i zaraz za nim na Rabią Skałę (1199 m n.p.m.) W tym miejscu skręcamy w lewo na żółty szlak, krótki zjazd, podjazd, znowu krótki zjazd, kilometrowe podejście i jesteśmy na Jaworniku (1021 m n.p.m.). Na Jaworniku odbijamy w prawo na zielony szlak do Wetliny. Czeka nas prawie trzy kilometrowy zjazd do Wetliny. Urokliwe single zmieniają się w szutrówkę ale nie ma co płakać, okolica jest piękna, trasa leci lekko w dół, można podziwiać widoki lub ćwiczyć manuala.

Góry po horyzont.

Dla zielonego szlaku jest jeszcze alternatywa w postaci kontynuacji żółtego z Jawornika. Wydłuża się lekko odcinek zjazdu leśnego i omija 2 km asfaltu. Jesteśmy na 897 czyli Wielkiej Pętli Beskidzkiej ale, że nie pędzimy na MC tylko na rowerach to dojeżdżamy tylko do Smereka i skręcamy na południowy zachód szlakiem nieoznakowanym wzdłuż potoku Bystry. Po ok 4km i przekroczeniu rzeki skręcamy na zachód w kierunku Cisnej. Cały czas lawirując u podnóża pasma wbijamy na 819 m n.p.m. i zostaje nam ok 8km lekkiego zjazdu do Cisnej zakończonego krótkim, krętym singlem z korzeniami i agrafkami. Cukiereczek 🙂

Na zjazdach można spotkać korzenie i kamienie.

Teraz zostaje nam tylko powrót do bazy w Roztokach Górnych  – asfaltowe 9 km up.

Trip 4

46,9 km; 1210m; Cisna – Baligród – Jabłonki

GPX

Samochód zostaje w Cisnej i robimy 9-cio kilometrową rozgrzewkę po 893. Na „nasz”, czarny szlak wjeżdżamy w Jabłonkach i dajemy się prowadzić na Łopiennik (1069 m n.p.m.). W wielu miejscach ze względu na nachylenie terenu, powalone drzewa czy głazy nie da się jechać i po prostu zostaje wypych lub wnoszenie roweru na barkach. Zostawiamy tam wiele potu ale okolice są przepiękne a widoki warte każdej kropli potu.

Prawie jak we w Kanadzie.

Odbijamy w lewo na niebieski szlak Łopiennik – Berdo. 2 kilometry zjazdu i następne 3 lekko pod górę ale znowu traską, taką trochę xc, up&down, aż do sztytu Durnej. Ogólnie zjeżdżamy o 200 m niżej by znowu wspiąć się o 100. Teraz zostaje siedmiokilometrowy zjazd w kierunku Baligrodu.

I pivocik ciach.

Trasa kończy się zjazdem, na który wpychaliśmy podczas pierwszego tripa. Zdecydowanie lepiej robić ją w tym kierunku, chociaż i tak jest sporo wpychania. 500m w dół z niewielką ilością krótkich podjazdów, trasa ładna i dość łatwa, dająca dużo przyjemności z jazdy. Do Baligrodu udajemy się jeszcze na żarełko po po drodzę do auta nic nie będzie. Po żarełku wracamy asfaltem do wozu.

 

Jazda po Bieszczadach jest zgoła odmienna od tego co mamy pod nosem (Sudety). Szlak zazwyczaj wiedzie przez kilka szczytów, od progu wita nas sowitym podjazdem lub – nie rzadko – wypychem. Później, gdy wydaje nam się, że już będzie tylko w dół, po drodze pojawia się kilka “pryszczy” wprowadzające nas szybko w beztlen. Generalnie na każdej wycieczce zdecydowanie towarzyszyło nam uczucie, że cały czas podjeżdżamy. Warto uzupełnić przenośny paśnik bo schronisk po drodze nie ma. W strategicznych miejscowościach nie ma problemu z jedzeniem.

Wycieczki można urozmaicić o odcinki specjalne z MTB enduro series Baligród (GPX) jeśli da się je jeszcze znaleźć.

Śnieżnik – tips and trips

Śnieżnik jest bez wątpienia miejscówką, którą każdy miłośnik MTB powinien zaliczyć kilka razy.

Można śmiało powiedzieć, że Śnieżnik jest naszą ulubioną miejscówką na Dolnym Śląsku. Na jego atrakcyjność składa się kilka składników. Jest wysoko, więc zjazdy są dłuższe niż gdziekolwiek indziej na Dolnym Śląsku. Niektóre nieprzerwane zjazdy dochodzą do 800m deniwelacji. Wypas, co nie ??  Nastromienie jest słuszne.

Mamy tu mieszankę singli, skał, korzeni – taką, że nie można się nudzić a ręce czasem trzeba po zjeździe odklejać z kierownicy, tak przykurczają się mięśnie 🙂 Całość okraszona jest niesamowitymi widokami.

Większość wierzchołków w okolicy jest już na tyle wysoka, że pojawia się kosodrzewina.

Ta górka jest dość kapryśna pogodowo. Czasem jest tam zimno i wieje nawet w gorące letnie miesiące. Jesienią niemal zawsze jest pizgawa. Ale kiedy już pogoda się uda i jest pewna, zdecydowanie warto ruszyć dupsko.

Trzy najciekawsze szczyty w okolicy to Śnieżnik i Trójmorski Wierch. Oczywiście jest też Czarna Góra z wyciągiem i trasami DH jak również swoją drugą stroną – stroną już bardziej enduro.

Poniższy edit to tylko drobny wycinek tego, co oferuje okolica.

Na filmie pierwszy dzień, to jazda zielonym ze Śnieżnika w kierunku przełęczy Płoszyna, potem zabawy na Mokrym Grzbiecie. Drugi to jazda na Trójmorski Wierch.

 

Poniżej opisujemy trasy posiłkując się wizualizacjami na mapce Compassu i zalecamy ją Wam kupić. Lekko bez sensu jechać w góry bez mapy 🙂

 

Tripy:

Proponujemy trzy tripy. Opisy poniżej. Jest wśród nich jeden syty i dwa średnie. Uważamy, że każdy znajdzie coś dla siebie.

 

Międzygórze – Schronisko pod Śnieżnikiem – Śnieżnik – Przełęcz Płoszyna – Dolni Morava – Snieżnik – Schronisko – Międzygórze

Długość: 60km

Deniwelacja: 2300m

Trudność: Średnio Trudna – Trudna

Żarełko: Schron pod Śnieżnikiem / Przełęcz Płoszyna (tylko w wakacje) / Górna stacja wyciągu w Dolni Moravie / Dolni Morava

Ślad przypomina głowę łosia z porożem lub członka z rozbieganymi jądrami.

Opis:

Trasa raczej z serii sytych i kondycyjnie i technicznie. Mamy na niej mocne zjazdy i podjazdy. Zaczynamy z Międzygórza. Podjazd niebieskim rowerowym szlakiem  pod schronisko, potem wnosimy/wjeżdżamy na szczyt Śnieżnika. Stamtąd zjazd zielonym w kierunku przełęczy Płoszyna. Co tu dużo pisać. Techniczny singiel pośród kosówki. Wąsko, czasem stromo. Mamy dropy z kamieni, progi zieme, trawersy, korzenie niczym anakondy. A wszystko w pięknych widokach – dookoła góry, żadnych miast i wsi. Potem powrót czerwonym w kierunku Śnieżnika, aż do rozdroża pod Śnieżnikiem. Szutrem robimy szybko wysokość i dystans. Na rozdrożu przeskok na niebieski szlak, idący przez mokry grzbiet. Mamy tu techniczny interwał po kamiennej ścieżce. Da się jechać, ale wysysa to troszkę sił. Do tego przez jakieś 500m mamy torfowisko i trzeba uważać na kałuże bo można wpaść po osie a czasem jaja. Za szczytem Podbelka z niebieskiego przeskakujemy na zielony by znów wpaść na inny niebieski. Ów zielony jest mega przyjemnym singlem kolo potoku. Jest też gdzie wycedzić. Dojeżdżacie do górnej stacji wyciągu z Dolni Moravy. Teraz zjazd bikeparkiem do Moravy i moooooozolny pozjazd żółtym do Sedla Pod Kralickim Sneżnikiem. Potem wypych na Śnieżnik (można jechać ale to jest moment 45km na liczniku, kiedy my już pchamy). Ze Śnieżnika zjazd zielonym do schronu a od schronu czerwonym do Międzygórza. Och co to jest za zjazd. Singla nie ma ale jest szeroko a skały i korzenie generują tu przepiękne trudności. Można skakać, dropić, kluczyć i jest ciągła dzida. Uwaga na węże. Czają się wszędzie.

Track do pobrania:

GPX

 

Międzygórze – Schronisko pod Śnieżnikiem – Trójmorski Wierch – Śnieżnik – Międzygórze

Długość: 40km

Deniwelacja: 1200m

Trudność: Średnio Trudna – Trudna

Żarełko: Schron pod Śnieżnikiem /  Dolni Morava – trzeba by zjechać dodatkowe 200m

Śnieżnik MTB Trasy Śnieżnik Enduro Opisy
Krótszy wariant sprawdza się w sytuacji gdy co 15min otrzymujemy wiadomość od żony pt. “kiedy będziesz”.

Opis: Nawigacja jest tu trywialna. Wjazd do Schroniska pod Śnieżnikiem czyli z Międzygórza niebieskim szlakiem do przełęczy pod Śnieżnikiem, potem żółtym do schronu. Tam przesiadka na zielony i jazda nim aż do Trójmorskiego wierchu. Będzie to singiel z interwałem. Daje to w dupsko. Po drodze czeka nas jazda po gruzowiskach, na których mniej doświadczeni mogą prowadzić. Widoki piękne i jazda też piękna. Na trójmorskim wieża widokowa, foty i dzida w dół czymś niesamowitym. 100% pure flow. Ech. Potem teleport do czerwonego szlaku i dymanie a szczyt Śnieżnika. Idzie to mega szybko ponieważ jest to śćieżka dla biegówek. Na koniec staje dęba, ale wszystko do zrobienia w siodle. Po około 40 min jesteście na Śnieżniku i stamtąd dzida zielonym do schronu a od schronu czerwonym do Międzygórza. Walory czerwonego opisaliśmy powyżej więc tu nie będziemy się ślinić 🙂

Track do pobrania:

GPX

 

Międzygórze – Schronisko pod Śnieżnikiem – Śnieżnik -Graniczny stok – Anakondy-Kladskie Sedlo –  Śnieżnik – Żmijowiec – Czarna Góra – Ogród Bajek – Międzygórze

Długość: 40km

Deniwelacja: 1500m

Trudność: Średnio Trudna – Trudna

Żarełko: Schron pod Śnieżnikiem

 

Decydując się na ten trip, z uwagi na wyżej wspomniane smsy lepiej wyłączyć telefon lub uruchomić tryb samolotowy.

Opis: Trasa kapitalna widokowo i zawiera w sobie chyba najtrudniejsze technicznie elementy w rejonie (Anakondy i ścianka na zielonym z Czarnej Góry) Podjazd z Międzygórza niebieskim rowerowym do schroniska pod Śnieżnikeim a potem wnoszonko na szczyt Śnieżnika. Zjazd zielonym do Hranicni Hora (tam gdzxie zielony spotyka się z żółtym do Kamienicy). Walory zielonego opisaliśmy powyżej, ale zasadniczo jest singlowo, technicznie, czasem szybko z pięknymi widokami. Potem przeskok na czerwony i wjazd na Śnieżnik. Z niego zjazd do Schroniska i czerwonym przez Żmijowiec do Czarnej Góry. Dystans robimy szybko, widoki przepiękne. Kiedyś tu było lepiej i węziej –  zanim nadleśnictwo wyrównało te trasę. Na przełęczy Żmijowa Polana przeskok na zielony szlak rowerowy i po chwili kręcimy asfaltem na szczyt Czarnej Góry. Kiedy skonczy sie asfalt, idziemy wydeptaną scieżką wzdłóż ogrodzenia stacji nadawczej i a potem gramolimy się na szczyt. Tam zakładamy ochraniacze i dzida w dół zielonym. Będzie tam wszystko. Dropy, rockgardeny, syte rockgardeny takie, że większość się zastanowi ze 3 razy czy nie zejść z roweru. Hopki z kamieni. Będzie też flow. No i jedna ścianka co ryje beret, ale jest zupełnie zjeżdżalna. Jeśli nie jesteś pewna/pewien to jej nie jedź bo gleba może boleć. No cudo po prostu. Teleport na żółty koło Marii Śnieżnej i jesteście w Międzygórzu.

Track do pobrania:

GPX

 

Zjazdy:

Spróbowaliśmy opisać naszym zdaniem ciekawe zjazdy. Pewnie nie wyczerpujemy 100% opcji i oceny są subiektywne. Numerek na mapce, odpowiada opisowi. Zasadniczo jeśli planujecie wycieczkę to możecie te zjazdy w niej uwzględniać. Większość z nich jest włączona do powyższych wycieczek.

Śnieżnik MTB Trasy Śnieżnik Enduro Opisy
Mapka z zaznaczonymi samymi zjazdami. Jest tego trochę.

1 – Zielony z Czarnej Góry w kierunku Marii Śnieżnej

Długość: 3km

Deniwelacja: 400m

Trudność: Trudny, miejscami bardzo trudny

Opis: Początek stromy po dużych kamieniach i głazach. Czasem niektórzy mogą na nich wymięknąć. Potem przechodzi w czujny singiel z kamieniami i korzeniami. Można się nieźle rozpędzić, ale snejki tylko czekają by wgryźć się Wam w koło. W dolnej części mega techniczna i stroma ścianka, która niejednemu zryła bańkę. kiedy już się wykuma na niej linie przejazdu – jest nawet prosta. Kończy się przy parkingu koło Marii Śnieżnej. Można potem przesiąść się na żółty do Międzygórza który jest rownież przyjemny.

2 – Zielony ze Śnieżnika a potem Czerwony do Międzygórza

Długość: 4km

Deniwelacja: 700m !!

Trudność: Średni

Opis: Zjazd zielonym w kierunku schronu. Szeroko, wiele wariantów, sporo kamieni z których można skakać. Przy kopule szczytowej raczej czujnie i bez flow, w dalszej części korzenie i kamienny flow. Milion miejsc do skakania. Od schroniska czerwony. szlak pieszy. Bardzo szybki i techniczny. Dużo kamieni, skał, grubaśne korzenie. Wszystkie poukładane tak, że można piecować. Poezja. Jest to wisienka na torcie całego masywu. Malo jest tras z takimi trudnościami i jednocześnie pozwalających grzać. No i do tego mamy 700m deniwelacji wykorzystanej niemal w 100%.

3 – Zielony ze szczytu Śnieżnika w kierunku przełęczy Płoszyna

Długość: 4km

Deniwelacja: 600m – interwałowy, są po drodze 3 szczyty

Trudność: Średni

Opis: Singiel z korzeniami i kamieniami. Wije się pośród kosówki. Czasami jest dość stromo i trawa przykrywa niespodzianki. Kawałek płaskim borówkowiskiem by przejść znów w wijącą się w niebanalny sposób ścieżkę jadącą raz grzbietem a raz rowem by w końcu dotrzeć do lasu pełnego korzeni i anakond. Jaka tam jest zabawa zwłaszcza po deszczu :).  Potem wpadamy na interwał jadący przez 3 szczyty. Z każdego zjazd jest inny. Najciekawszy z drugiego – flow z muldami i hopami. Polecamy!! A na przełęczy Płoszyna czeka smażeny syr z frytami !! Ale tylko w wakacje.

4 – Żółty ze Śnieżnika w kierunku Dolni Morava

Długość: 2km

Deniwelacja: 500m

Trudność: Łatwo – Średni

Opis: Trawiasta ścieżka z korzeniami, miejscami stromo. Nic dodać nic ująć. Miło się nią jedzie i mocno ślizga 🙂 Jadąc szybko można wylecieć poza traskę niczym kuna w rabarbar.

5 – Zielony z Małego Śnieżnika w kierunku Trójmorskiego Wierchu

Długość: 2km

Deniwelacja: 250m

Trudność: Łatwy, miejscami b. trudny

Opis: Coś jak początek zjazdu z Czarnej. Wpierw miejsca gdzie jedzie się poprzez rozsypane skały wielkości telewizorów – da się wszystkie przejechać. Ciężko nie urwać przerzutki 🙂 albo przynajmniej nie skrzywić haka. Potem singiel i flow 🙂

6 – Zielony z Trójmorskiego Wierchu

Długość: 1,5km

Deniwelacja: 200m

Trudność: Łatwy, Szybki

Opis: Flow, Flow, Szybko, Flow Flow, muldy, korzenie do skakania, Flow, cudo, Flow :). 50 km/h nie jest trudne do osiągnięcia 🙂

7 – Niebieski / zielony z Podbbelky

Długość: 1,5km

Deniwelacja: 200m

Trudność: Łatwy

8 – Bikeparki w Dolni Morava oraz  Czarnej Górze

Opisy można znaleźć gdzie indziej 🙂

Czarna Góra

Dolni Morava

 

NS Snabb E1 Carbon 27,5″

NS Snabb przyzwyczaił nas do bezawaryjnego sprzętu bez zbędnych bajerów. Nowa odsłona „Szybkiego” nie zawodzi

Pierdololo

NS Snabb przyzwyczaił nas do bezawaryjnego sprzętu bez zbędnych bajerów. Nowa odsłona „Szybkiego” nie zawodzi, a jednocześnie pozytywnie zaskakuje.

Na zestaw składają się komponenty sygnowane logo NS w połączeniu ze sprawdzonymi produktami amerykańskiego giganta, firmy SRAM. Od frontu skoku dostarcza Pike w wersji Solo Air z tłumikiem Charger. Za lejce służy karbonowa kierownica o szerokości 780 mm, w komplecie z mostkiem NS Quantum lite o długości 45 mm. Z tyłu wspiera nas RS Deluxe z trójstopniowym ustawieniem trybu kompresji. Z ciekawostek, w tłumiku zastosowane jest wymiarowanie metryczne zamiast calowego, oprócz tego z puszki został wyeliminowany górny uchwyt. Krzywka łączy się z puszką tłumika bezpośrednio. Takie rozwiązanie wykorzystuje między innymi Trek.

fot. Łukasz Kopaczyński.

Chwilę zajmuje nam dogadanie się z zawieszeniem. Z przodu na pewno pomoże dorzucenie tokenów, aby nieco zakrzywić charakterystykę ugięcia na końcu. Wówczas uzyskamy czuły widelec, który nie będzie wykorzystywał całego skoku przy każdej okazji. Z tyłu natomiast lepiej nie żałować SAG-u, zawieszenie jest pojemne, spokojnie można zastosować wartości rzędu 35-40%, wówczas wykorzystuje się całość. Z tak ustawionym sprzętem możemy ruszać na podbój każdej góry. Niestety, najpierw trzeba podjechać…

fot. Łukasz Kopaczyński.

Tu czeka mała niespodzianka, a mianowicie napęd, najbardziej aktualny z aktualnych Sram Eagle. Sadzamy zatem naszą krągłą cześć ciała na desce od SDG wspieranej na aluminiowo-tytanowych prętach i pniemy się w górę. Do dyspozycji mamy aż 12 przełożeń w zakresie 10-50, które spięte są łańcuchem z karbonową korbą Truvativ Descendant. To sprawia, że każde wzniesienie jest nasze, a łydki nie drżą na sam dźwięk słowa „ścianka”. Przy mocniejszej nodze śmiało można założyć z przodu 34 z lub 36 z (w standardzie dostaniemy 32 z), wtedy nie zabraknie nam przełożeń również w dół. Ok, jesteśmy na górze. Wtarganie niespełna 13,3 kg (waga z pedałami) nie było wyczynem, ale nie zrobiliśmy też tego w tempie maratończyka. Gen zjazdowy jednak przeważa.

fot. Łukasz Kopaczyński.

Możemy sobie jeszcze pomóc, zastępując dętki mlekiem. Koła są na to gotowe. Gdyby umiały mówić, pewnie by się nawet tego domagały. Wciskamy przycisk manetki Reverba, siodło zjeżdża w dół. Chwytamy za lejce i zaczynamy to, do czego rower jest stworzony. Tak, ZJAZD! Rower szybko się rozpędza, daje poczucie ogromnej stabilności. Rozstaw kół 1185 mm, górna rura 607 mm przy rozmiarze M i 66 stopni na główce. Wszystko jasne. Mimo długości wchodzenie w zakręty jest bardzo intuicyjne i wychodzi bardzo płynnie. Pomaga w tym krótki tył, dzięki któremu stawianie roweru do „pionu” także nie przysparza problemów. W glebę wgryza się duet Magic Mary i Hans Dampf w wersji Evo Trail Star, naciągnięte na obręcze NS Enigma o szerokości zewnętrznej 31 mm. Robią to dobrze! Aby zatrzymać ten karbonowy zestaw, mamy do dyspozycji hamulce Sram Guide RS na tarczach o rozmiarze 200/180.

fot. Łukasz Kopaczyński.

Snabb zdecydowanie lubi agresywną jazdę i trudny teren, poczucie stabilności, jakie nam daje na stromych zjazdach, sprzyja pokonywaniu kolejnych barier. Na przygotowanych ścieżkach trochę marnuje się jego potencjał, jednak dostarcza równie dużo zabawy. Lubisz szybko, trudno i ostro, a przy tym nie chcesz się martwić, że coś odpadnie? Chłopaki z NS pomyśleli o tobie, po raz kolejny.

fot. Łukasz Kopaczyński.

7anna.pl
Materiał/rozmiar: karbon, aluminium/M, L (43,7 mm)
Cena: 19 999 zł
Masa bez pedałów: 12,7 kg
Widelec/tłumik: Rock Shox Pike RCT3/Rock Shox Deluxe Debonair RT3
Korba/napęd: Truvativ Descendant/Sram X01 Eagle, 1×12
Przełożenia/szerokość kierownicy: 32, 10-50/780 mm
Hamulce/rozmiar tarczy: Sram Guide RS/200/180 mm
Koła: piasty NS Rotary 15 Disc, NS Rotary Casette 142, obręcze NS Enigma Roll, opony Schwalbe Magic Mary i Hans Dampf 27,5×2,35

Tłumik metryczny, nowa krzywka i nowe mocowanie tłumika, a w zamian łatwiejsze wykorzystanie skoku.

Korba z karbonu Truvativa i „pancerz” zabezpieczający ramę od dołu.

Tekst: Masko Patol dla magazynu Bike.

Jeździ: Maciej Wencel

Zdjęcia: Łukasz Kopaczyński

Canyon Strive 8.0 CF Race 2017

Kilka lata temu Canyon wprowadził na rynek model Strive ze zmienną geometrią.

Pierdololo

Pamiętam, kiedy 3 lata temu Canyon wprowadził na rynek model Strive ze zmienną geometrią. Pojawiło się wtedy wiele głosów, że może być to “game changer”!

Nie dość, że za dużo mniejsze niż konkurencja pieniądze oferowali sprzęt na topowym osprzęcie, to na dodatek rower ten posiadał cudowną funkcję 2w1, którą wszyscy tak bardzo kochamy – zwłaszcza w okresie przedświątecznym. Shapeshifter był niewątpliwie powodem, dla którego część sprzętów trafiła na portale aukcyjne, a na honorowym miejscu w domu stanął właśnie on – Canyon Strive. Dziś sam jestem dziadkiem… Wróć!

fot. Łukasz Kopaczyński

Canyon daje możliwość wyboru ramy w aż pięciu rozmiarach od XS do XL. Początkowo do wyboru były rowery w geometrii race i zwykłej, a modele karbonowe występowały tylko w opcji „race”. Obecnie wszystkie mają tę drugą (czytaj długą), a samo oznaczenie „race” przejeło funkcę sygnalizacji napędu 1x. Do redakcji trafił karbonowy model 8.0, w malowaniu factory enduro team, w rozmiarze M. Rower jest bardzo dobrze wyposażony, do czego niemiecki producent zdążył nas już przyzwyczaić. W zasadzie ciężko się doszukać kompromisów! Za amortyzacje odpowiedzialne są nowe zabawki od Foxa. 36-tka z przodu z tłumikiem FIT Grip radzi sobie zaskakująco dobrze. Jest czuła na małych nierównościach, rock gardeny również nie robią na niej większego wrażenia.

fot. Łukasz Kopaczyński

Moje ręce bardzo się z nią polubiły. Zalecam dmuchnąć nieco więcej niż nakazują tabelki, przy wadze ok 72 kg (z ekwipunkiem i wodą w butach) kompromis znalazłem przy 80 psi. Ciśnienie podawane przez Foxa na stronie zakłada 63 psi przy tej masie rajdera, taka wartość skutkowała zapadaniem się amortyzatora. Wyższe ciśnienie nie odebrało czułości, a zyskałem większą stabilność. Na podjazdach możemy praktycznie całkowicie usztywnić widelec, pokrętłem znajdującym się na prawej goleni. Tłumik Fox Float X Evol jest bardzo prosty w obsłudze, wystarczy ustawić poprawnie SAG. W trakcie jazdy za pomocą dźwigni szybko zmienimy tryby pracy – przy czym nie ma możliwości pełnej blokady dampera.

fot. Łukasz Kopaczyński.

Za umiejscowienie pokrętła tłumienia powrotu należy się Foxowi darmowa wizyta u egzorcysty. Niemożność zmiany tego parametru bez użycia dodatkowego narzędzia jest dość irytująca. Oba amortyzatory są w wersji Performance. Kokpit roweru stanowią produkty Renthala, kierownica Fatbar o szerokości 780 mm, ze wzniosem 20 mm oraz mostek Apex 40mm. Klasyka stylu – szkoda tylko, że kolorystycznie trochę odstaje. Na koła e*13 trs+ na szerokich obręczach (28 mm internal) naciągnięte są opony Maxxisa. Z przodu Minion DHFII w mieszance MaxGrip – bardzo dobry wybór na aktualne jesienno zimowe klimaty oraz Minion SS – pomimo, że to fajna opona została zamieniona do testów na HRII – nieco ułatwiającą panowanie nad tyłem przy wyżej wymienionych warunkach.

Elementem wyposażenia, który świadczy o tym, że mamy do czynienia z nowym modelem niewątpliwie jest napęd – Sram Eagle.To kolejny rower w redakcji uzbrojony w dwunastorzędówkę. Canyon wierzy w naszą łydę i napęd jest zwieńczony zębatką 34 z przodu. Nowy kształt zębów ma gwarantować jeszcze lepsze trzymanie łańcucha na swoim miejscu, ale jakby gdyby co to w pogotowiu czuwa napinacz MRP V3 S3.

Jazda

Główną cechą geometrii Strive jest szeroki rozstaw kół oraz długa górna rura (w rozmiarze M odpowiednio 1188 mm oraz 629 mm). Wysokość główki natomiast wynosi 125 mm co daje nam rower long, ale niekoniecznie slack. Takie zestawienie powoduje, że mamy poczucie siedzenie na rowerze, a nie w rowerze. Pomimo tego na zjazdach pozycja jest komfortowa i “bezpieczna”. Aby wyprowadzić rower z równowagi trzeba się trochę napocić. Krótki tył (423 mm) pomaga w manewrowaniu oraz podrywaniu roweru do manuala. Będąc na pograniczu rozmiarów S/M przełączanie trybu XC/DH było raczej koniecznością niż chęcią testowania patentu. Podjeżdżanie w trybie DH wymusza leżącą pozycje i powoduje walkę z rowerem na technicznych podjazdach. Sama obsługa Shepeshiftera nie jest skomplikowana, wymaga poza naciśnięciem manetki przesunięcia środka ciężkości. A różnica jest duża – skok skraca się do 139 mm (zamiast 163 mm), kąt podsiodłowy zmienia z 73,5 na 75, widelca zaś z 66 na 67,5 stopnia! Strive jeździ jak zjazdówka, bo jest bardzo długi. Długość działa jak rodzaj ubezpieczenia na życie – wybacza głupie błędy. Jednocześnie powoduje pytania o… właściwy rozmiar ramy. Może S byłoby właściwsze?!? To w kontrze do obecnych trendów, ale tak wygląda rzeczywistość! Faktem jest, że długość powoduje, że do gwałtownej zmiany kierunków potrzebna jest dynamiczna praca ciałem 🙂
Wyposażenie bez kompromisów świadczy o tym, że to sprzęt przeznaczony do ścigania. Jeśli chcesz wydać dwie walizki pieniędzy na rower, kupując Canyona możesz przeznaczyć jedną.

Pełną specyfikację znajdziecie na stronie producenta canyon.com.

Tekst: Masko Patol dla magazynu Bike.

Zdjęcia: Łukasz Kopaczyński

MTB Trilogy

MTB Trilogy to etapówka rozgrywana w okolicy miasteczka Teplice nad Metuji. Wyścig skłąda się z prologu i trzech dni ścigania.

MTB Trilogy

To etapówka rozgrywana w okolicy miasteczka Teplice nad Metuji. Trasy wyścigu są wytyczone na pograniczu polsko-czeskim, w rejonie Brumovsko. Wyścig skłąda się z prologu i trzech dni ścigania właściwego. Prolog jest wprowadzeniem, nie ma wpływu na rozstawienie w dniach kolejnych, a nawet jeśli by miał, to przy dystansie ok 75km dziennie i średnio 10 odcinków specjalnych – nie ma to większego znaczenia. Stawka rozjeżdża się bardzo szybko (na dodatek startujących jest zwykle niewiele ponad 50szt).

 

Diagramy pokazują jak daleko zostało do szamy.

W Polsce nie występują wyścigi etapowe z pomiarami czasu na odcinkach specjalnych. Dlatego warto wybrać się do naszych południowych sąsiadów właśnie na tą imprezę. Przyda się wcześniejsze przygotowanie fizyczne i mentalne, każdy z wykresów wizualizujących etapy trochę ryje bańkę. Do tego po każdej dojazdówce czeka na nas niebanalny OS. Pomimo dystansu z jakim przychodzi nam się zmierzyć, organizatorzy nie odpuszczają na OS’ach.

Zabawę ułatwiają suto zastawione bufety.
Oraz pomocni mechanicy o atrakcyjnej aparycji.

Trudność zjazdów jest porównywalna do tych, które można było spotkać na EMTB. Na szczęście na trasie jest sporo bufetów, ilość wożonego jedzenia można ograniczyć do kilku żeli i wody. Warto zadbać o to, by nie wozić zbędnego balastu. Oszczędzanie energii to klucz do sukcesu. Żarcie dostępne na bufetach jest nie do przerobienia, batony energetyczne, owoce, kanapki, pasta jajeczna, glukoza w tabletkach, piwo bezalkoholowe, o wodzie nie trzeba nawet wspominać. Dodatkowo pojawiają się też mechanicy, którzy pomagają usunąć usterki (jak to mechanicy).

Zapisy na tegoroczną edycję już trwają (http://www.mtbtrilogy.cz). Na liście jest już kilku Polaków, my też w tym roku się pojawimy. Satysfakcja po przejechaniu tego wyścigu jest nieporównywalna do ukończenia zawodów jednodniowych. Wysiłek z jakim trzeba się zmierzyć też, ale naprawdę warto. Te prawie 240km i 8400m deniwelacji zostaje w nogach i w głowie na długo.

Whyte G160S

Reach zbliżony do rozstawu ramion figury Chrystusa Króla w Świebodzinie to cechy charakterystyczne tego modelu.

Whyte G160S trafił do nas w okresie przejściowym zima-wiosna. W tym czasie warunki na trasach nie rozpieszczają, śnieg, błoto i zamarzający reverb wymagają trochę samozaparcia aby wyprowadzić sprzęt na spacer. Ciekawość jak jeździ rower, o którym ostatnio dużo słychać w internetach była większa niż wszechogarniający leń. Mając 171cm wzrostu wybrałem rozmiar S, który przypasował idealnie.

Geometria sprawia, że rower jest skory do zabawy.

W tym rozmiarze dostępna była tylko najniższa wersja wyposażenia. RockShox Yari RC i Monarch Debonair RT to całkiem przyzwoity sprzęt, który nie odbiera przyjemności z jazdy. Jednak sercem roweru jest jego rama z unikalną konstrukcją i geometrią. Sztywny tylny trójkąt, z bardzo szeroko rozstawionymi łożyskami wahacza (co było możliwe dzięki przystosowaniu roweru wyłącznie pod napędy typu 1xXX) oraz reach zbliżony do rozstawu ramion figury Chrystusa Króla w Świebodzinie to cechy charakterystyczne tego modelu (455 w rozmiarze S to tylko 3mm mniej niż YT Capra w rozmiarze XL). Przy klasycznym kącie główki 66* rozstaw kół wynosi prawie 1182mm, z czego tylny trójkąt to tylko 425mm.

Umożliwia nawet zeskok z kamienia.

Właściwości jezdne

Pierwsza myśl to “czy zachodzi przy skręcie?”. Obawy znikają po przejechaniu kilku pierwszych zakrętów, sztywność konstrukcji jest odczuwalna. Nisko osadzony suport, którym ojcowie straszą swoje niegrzeczne dzieci, że urwie im nóżki na pierwszym korzeniu pomaga we wklejaniu się w bandy, a także ułatwia utrzymanie roweru w ryzach przy większych prędkościach. Po przesiadce na swój rower (YT Capra w rozm. S) zanotowałem, że muszę na nim dużo więcej pracować ciałem aby rower jechał po obranej linii. Whyte G160 wymaga zdecydowanie mniejszej gimnastyki, co może być znaczącym argumentem – pewne rzeczy dzieją się same, to na pewno przełoży się na większą pewność siebie i tym samym na szybszy progres. Pomimo długości, rower jest bardzo zwinny, krótki tył sprawia, że postawienie go na kole jest banalne a utrzymanie na nim równowagi nie sprawia problemów.

Oraz jazdę na wprost.

Podjazdy

Dzięki krótkiemu tylnemu trójkątowi łatwo postawić rower na tył.

Podczas podjeżdżania zdarza się przyhaczyć pedałami o przeszkody. Zastosowanie mniejszego SAGu trochę pomoże w tej kwestii (w wyższych modelach dampery posiadają platformę, którą można uspokoić zawias przy podjeżdżaniu). Jednak korzyści wynikające z nisko osadzonego środka suportu moim zdaniem wynagradzają tę niedogodność z nawiązką. Nie ma problemów z odrywającym się przodem na stromych podjazdach. Kwestią indywidualną są preferencje co do zajmowanej pozycji na rowerze. Pomimo mostka 40mm przy moim wzroście pozycja była bardziej leżąca niż wyprostowana, co u mnie powodowało ból pleców w odcinku lędźwiowym. Pojawiał się on szybciej gdy jeździłem z plecakiem niż podczas jazdy z nerką. Są to jednak kwestie indywidualne, wynikające również z proporcji ciała.

Użytkowanie generuje uśmiech.

Podsumowanie

Reasumując, Whyte G160S to rower cechujący się bardzo dobrymi właściwościami jezdnymi, stabilny przy szybkiej jeździe i zwinny w zakrętach. Przy tym wszystkim nie zachowuje się jak typowy czołg do jazdy na wprost, współczynnik zabawowości jest zachowany na wysokim poziomie. Podczas jazdy na nim warto zrewidować swoje podejście do dociążania przedniego koła, tutaj trzeba dużo bardziej pochylić się na przodzie i zaufać magii obfitego rozstawu kół – ta magia naprawdę działa. Celowo nie wspominam o wyposażeniu, gdyż po pierwsze są trzy wersje do wyboru a po drugie, wyposażenie można zmienić wedle upodobań. Warto jednak zwrócić uwagę na to że w standardzie dostajemy:

  • Szerokie obręcze przygotowane pod zamleczenie
  • Tylną piastę z bardzo dużą ilościa punktów zaczepienia
  • Komponenty sygnowane logiem producenta, które nie powodują wstydu na dzielni
  • Dodatkowe uszczelnienie łożysk zawieszenia
  • Gwintowany suport
  • Zintegrowany zacisk sztycy

Rzeczy, do których można się przyczepić to:

  • Waga
  • Cienkie chwyty (gripy)
  • Sztyca z małym skokiem (w rozmiarze S)

Testuj

Polski dystrybutor doskonale rozumie, że kupowanie kota w worku nie jest dobrym pomysłem. Dlatego rowery Whyte mogło przetestować już wiele osób, przekonując się, że hasła o jego wyjątkowości to nie makretingowy bełkot. Informacje zwrotne jakie płynęły od osób wypożyczających rowery podczas Otwarcia sezonu na Ślęży w większości potwierdzały pozytywne opinie krążące po sieci. Przekonaj się o tym sam!

www.whyte.pl 

 

Trasy w masywie Ślęży i Raduni

Opisy tras i ślady masywów Ślęży i Raduni. Chcesz pojeździć, ale nie wiesz gdzie – poczytaj.

Nie chce Ci się czytać i nie potrzebujesz GPX? Zrobiliśmy mapę, którą śmiało możesz drukować:

Mapa – przód

Mapa – tył

Trasy są też na trialforks i można smialo na tej podstawie pośmigać. Zmontowaliśmy tam tez kilka przykładowych tripów więc macie tam gotowe wycieczki.

Do niedawna możliwe było jeżdżenie ze szczytu Raduni i trasy te były ciekawe. Jednak ponieważ szczyt objęty jest terenem rezerwatu, prosimy, nie jeździjcie tam. Dotyczy to zarówno poszanowania gatunków roślin i ptaków, jak i niepisanej umowy z Nadleśnictwem.

Ślęża

OS1

Długość: 3km  Deniwelacja: 400m  Kondycja: Trudna  Trudność: Średnia

Klasyk. Około 400m deniwelacji. Początek to typowa Ślężańska rąbanka, w środkowej części szybka jazda rynną a na końcu wijący się singiel z przyjemnym flow. Po drodze jest dość prosta ścianka. Całość trwa około 7 min, więc to najdłuższy zjazd na tej górze.

GPX

Czerwony do Sulistrowiczek

Długość: 3km  Deniwelacja: 400m  Kondycja: Trudna  Trudność: Średni

Na skrzyżowaniu z Czarnym Szlakiem nie skręcamy w lewo, na singla, a jedziemy dalej szlakiem czerwonym. Na początku jest szybko i szeroko. W końcu dojeżdżamy do zwężenia, gdzie zaczyna się fajna sekcja góra-dół. Od tego miejsca szlak jest wąski i bardzo kamienisty. Trasa kończy się gdy dojedziemy do ławeczki po naszej lewej ręce, wtedy najlepiej skręcić w prawo i tym sposobem wrócić na Przełęcz Tąpdała.

OS 2

Długość: 2km  Deniwelacja: 200m  Kondycja: Trudna  Trudność: B. trudny

Z uwagi na jego trudność rzadko uczęszczany. Startuje z przecięcia Ścieżki pod Skałami i niebieskiego szlaku spod wieży widokowej na Ślęży. Sekcja do Drogi Piotra Włosta trudnością przypomina górną część Czerwonego do Sulistrowiczek. Na Drodze Piotra Włosta skręcamy w lewo i jedziemy nią aż szlak niebieski odbije lekko w prawo. Po szybkim łagodnym zjeździe czeka nas krótki lecz dość sztywny podjazd. Jesteśmy w rejonie Polany z Dębem i skręcamy w prawo. Po kawałku płaskiego odcinka znajdziemy się znowu na niebieskim szlaku. Tu zaczyna się najtrudniejsza część trasy zawodów EMTB ze Ślęży. Wjeżdżamy w szeroki rock garden za którym czai się “ścianka”. Sekcja za ścianką jest trudniejsza niż sama ścianka. To bardzo nierówny rock garden z minimalnym spadkiem. Po nim trasa znowu staje się tak łatwa jak górna część Czerwonego do Sulistrowiczek, by w końcu zamienić się w ziemny lej wypełniony liśćmi.

 

Niebieski ze szczytu Ślęży na północ

Długość: 2km  Deniwelacja: 80m  Kondycja: Trudna  Trudność: Trudny

Ruszamy spod schroniska czerwonym szlakiem na Sobotel. Po dosłownie kilku metrach odbijamy w lewo na niebieski szlak. Początek jest ciasny i dość kwadratowy bez flow z kaskadą telewizorów w roli głównej. W środkowej części eksponowane zwężenie. Czym niżej tym łatwiej i szybciej. Tak bawimy się aż do Drogi Piotra Włosta. To koniec naszej zabawy ze szlakiem niebieskim. Teraz można skręcić w lewo, na południe w stronę startu Dolce Vity, albo w prawo, na północ by wdrapać się na Wieżycę, na którą prowadzi wymagający podjazd, a właściwie dla większości jest to wypych. Ze szczytu Wieżycy zjeżdżamy na północ, na Przełęcz Pod Wieżycą, po pozostałości poniemieckich schodów. Zjazd jest bardzo szybki i obficie kamienisty.

GPX

 

Dolce Vita

Długość: 2km  Deniwelacja: 150m  Kondycja: Trudna  Trudność: Średnio – Łatwy

Na start Dolce Vity dotrzemy Drogą Piotra Włosta przykładowo z Polany z Dębem, albo z końca opisanego wyżej zjazdu niebieskim szlakiem.

W górnej części Dolce Vita ma dwie odnogi. Południową – trudniejszą i północną – łatwiejszą. Południowa zaczyna się dropem, którego nie da się po prostu zjechać. Trzeba go skoczyć lub objechać. W dalszej części jest jeszcze jeden mały “drop” i kilka ciasnych miejsc. Po pierwszym przecięciu z drogą ścieżka robi się bardziej ziemista i dużo łatwiejsza, dająca dużo radochy z jazdy nawet początkującym. W dolnej części mamy już samą ziemię, zaskakujące, naturalne sekcje góra dół i bandy jak na amerykańskich filmach o rowerach.

GPX

Poniżej film z przejazdu:

Zjazd z Wieżycy

Długość: 500m  Deniwelacja: 100m  Kondycja: Średnia  Trudność: Trudny

GPX

 

Wzdłuż żółtego

Długość: 500m  Deniwelacja: 100m  Kondycja: Średnia  Trudność: Łatwy

Z Polany z Dębem możemy zjechać na Przełęcz Tąpadła wzdłuż żółtego szlaku, po jego zachodniej stronie. Nie do końca jest to singiel, bo górna część daje bardzo wiele opcji przejazdu. W końcu łączą się w jedną ścieżkę na której nawet początkujący mogą sobie poskakać.

GPX

Radunia

Świńkołaj

Długość: 1km  Deniwelacja: 150m  Kondycja: Średni  Trudność: Trudny

Trasa rodem z zawodów enduro. Trawersy, kamienie, trudno się skręca, czasem jest stromo. w dodatku zaczyna sie lekkim podjazdem. Jeśli chcecie kręcić KOMa, możecie być pewni, że w trudności wpadniecie na bezdechu i odcięciu. Ciężko się na niej zabić, trudno nie jest jeśli jedziecie wolno. Każdy przejedzie. Bardzo trudno jest ją przejechać szybko i czysto. Miłej zabawy. Aha póki co powrót z niej wymaga wrócenia się 150m trasą do drogi. To co fajne dojazd do niej, zjazd i powrót na parking zajmują 15-20 min.

OS 3

Długość: 2,5km  Deniwelacja: 150m  Kondycja: Trudny  Trudność: Średnio-Łatwy

Z szutrówy prowadzącej do szczytu Raduni odbijamy w prawo. Czeka nas krótki zjazd do przełączki przed pagórem z którego startował OS 3. Większość wepcha na pagór, choć może uda Ci się podjechać jak masz nogę z kryptonitu.

Zaczynamy dość stromym, łatwym zjazdem do kolejnej przełączki z której usypaliśmy dla Was podjeżdżalną linię. Na zawodach jej nie było i chyba wszyscy tam podpychali. Podjeżdżalną linią wdrapujemy się na grzbiet, który łagodnie opada w dół. Da się tu fajnie poskakać. W końcu docieramy do podjazdu po którym czeka nas szeroki i szybki zjazd do kolejnego wypłaszczenia. Tu skręcamy w prawo i po 50 metrach, po prawej ręce mamy wygrodzoną metalową siatką, dawną kopalnię chromitu.

Przy kopalni skręcamy w lewo i zaczynamy lustrować prawą stronę naszej ścieżki, bo skręt którego się spodziewamy jest słabo widoczny. Jak już na niego trafimy, czeka nas ziemny zjazd pomiędzy drzewami który przeradza się w pochylony w lewo trawers. To jedna z nielicznych tego typu atrakcji w Masywie Raduni. Po trawersie ścieżka skręca w lewo, rozszerza się i doprowadza nas do płaskiej polany, na której był koniec OS 3.

Na Przełęcz Tąpadła wracamy skręcając w prawo. Jeśli w pewnym momencie oszczeka Was stado psów z domu położonego po prawej stronie od Waszej ścieżki, to znaczy, że jedziecie dobrze. Teraz trzeba się trzymać żółtego szlaku, który doprowadzi Was nad samą Przełęcz Tąpadła.

GPX

 

OS 4

Długość: 1,7km  Deniwelacja: 180m  Kondycja: Średnia  Trudność: Łatwy

Zaczyna się szeroką rynną z kamieniami na której można rozwinąć naprawdę dużą prędkość. Na końcu rynny skręcamy w lewo i redukujemy bieg, bo czekają nas dwie bariery skalne bez spadku, na których trzeba dokręcić.

Następnie czeka nas singiel o małej różnicy nachyleń. W 1/3 jego długości możemy odbić na Tajemnego. Jeśli tego nie zrobimy, dojedziemy grzbietem aż do zakrętu w lewo, na ściankę z brzózkami. Za ścianką mamy wypłaszczenie ze skrzyżowaniem, tu skręcamy w lewo. Zaraz zacznie się Świerkowy. Ziemny singiel wije się między drzewami i wyprowadza nas na 3 dropy z których pierwszy jest najwyższy. Wszystkie da się zjechać bez skakania. Następnie mamy sztuczny rock garden i luźną ściankę, za którą singiel znów wije się między drzewami aż do szerokiej drogi, którą jedziemy w dół do skrzyżowania w kolejną szeroką drogą, skręcamy w prawo i dojeżdżamy do Łąki Sulistrowickiej. To koniec OS 4. Możemy teraz pojechać na wschód, na Suliwoods KROSS TRAIL, albo na zachód, do Przełęczy Tąpadła.

GPX

 

Gangster

Gdy już zjedziemy Niebieskim z Raduni, skręcamy w prawo i już po kilkudziesięciu metrach mamy zakręt naszego trawersu w prawo i dokładnie na tym zakręcie wypatrujemy startu Gangstera, który odbija z trawersu w lewo i jak to najczęściej przy zjazdach bywa, w dół.

Początek jest luźny i kamienisty. Dalej jest ziemnie. W paru miejscach można fajnie zapompować. Zjazd kończy się ścianką, która jest bardziej straszna niż trudna. Najbezpieczniej na niej puścić heble – na dole jest dużo miejsca na wyhamowanie. Ścianka ma chickena z prawej. Chicken wydaje się od niej trudniejszy.

GPX

 

Tajemny

Odbija w prawo z grzbietowego odcinka OS 4. Zaczyna się łatwą ścianką w połowie której można zrobić zygzak prawo – lewo. Następnie, po przecięciu szerokiej i nieuczęszczanej drogi jedziemy singlem w lewo. Tajmeny to dużo ziemi, trochę band i sekcji góra-dół przy przecinaniu strumienia. Jest gdzie pompować.

Świerkowa

To dolna część OS 4 z 2015 roku. Patrzcie wyżej 🙂

Suliwoods KROSS TRAIL

Fajna ścieżka – fajny flow. Można poskakać. Klimaty jak na singletreku pod smrkiem.

Został ładnie opisany tutaj: http://www.suliwoods.pl/

 

 

Baza noclegowa:

Agroturystyka Sady pod Ślężą

Miejsce położone na najbardziej nasłonecznionym, południowo-zachodnim zboczu góry swobodnie można nazwać Ślężańską Toskanią. Jest świetną bazą wypadowa na wycieczki rowerem górskim lub trekkingowym. Przełęcz Tąpadła osiągniesz czarnym szlakiem w 20-30 minut. Stamtąd zaczynają się dojazdy na najlepsze lokalne trasy. Z przełęczy Tąpadłą do agroturystyki powrócisz trasą Dolce Vita lub czarnym szlakiem pieszo-rowerowym.

W agroturystyce bez obaw możesz zostawić szczęśliwą rodzinkę, na hektarowej działce mamy plac zabaw dla dzieci czy leżaczki do podziwiania panoramy. Jest też miejsce na wieczorne ognisko.