Śnieżka Uphill Race 2020

9 września, 2020 / Michał

Śnieżka Uphill Race rozgrywany jest od 30 lat. Do tego roku nikt nie wygrał go dwa razy. Dla niektórych to wyścig roku. Dla mnie też.

Pierwszy raz w Uphillu wystartowałem w 2010. To był mój pierwszy wyścig rowerowy. Jechałem 01:25:08 i byłem 121. Wystartowaliśmy z Matuszem, moim kolegą właśnie w Uphillu, bo założyliśmy, że nie ma się na nim jak wywrócić, więc jest bezpieczny. Od tamtej pory było tylko lepiej. Któregoś razu wjechałem nawet w 01:06:00. Byłem wtedy lekki i silny. Rok temu udało mi się powtórzyć wynik z przed lat m.in. dzięki lżejszemu rowerowi bez tylnej amortyzacji.

Rok temu, po kilkuletniej przerwie byłem przed Mateuszem. A wiadomo, że nic nie motywuje tak, jak rywalizacja na własnym podwórku. Poczułem krew. W tym roku chciałem to powtórzyć.

Ten film mówi wiele o wyścigu.

Zapisy

Na Uphill nie jest tak łatwo się zapisać. Mimo wpisowego 250 zł, 300 dostępnych publicznie miejsc rozchodzi się w mniej niż minutę. Organizator robi nawet wydarzenie na Facebooku związane z zapisami. I tym razem się udało. Zapisy ruszyły 1 minutę wcześniej niż powinny. Wielu nie zdążyło.

Przygotowania

W tym roku pierwszy raz od dawna przygotowałem się naprawdę. Z powodu pandemii mało jeździłem w pierwszej części roku i odczułem to na MTB Trilogy. Na początku lipca wiedziałem, że jestem słabszy niż rok wcześniej i żeby to poprawić, potrzebuję ćwiczyć. Dlatego udało mi się może i 5 razy zrobić Tempówki Interwałowe Friela. Doszedłem do powtórzeń 5 x 12 minut. Nie chodziłem też na siłownię, by nie nabierać masy. Z resztą, przy mocno ograniczonym czasie, wiedziałem, że interwały dadzą mi więcej niż siłownia. Udało się osiągnąć masę 87 kg. Po co nam siła? Wystarczy atrofia!

Rower

Od kilku lat nie mam roweru XC który pozwoliłby mi być konkurencyjnym w Uphillu. Dlatego Mateusz pożycza mi jednego ze swoich karbonowych hardtaili. W tym roku dostałem Jamisa, którego odchudziłem do 9,94 kg. Jamis ma 34-zębowy trybik z przodu i kasetę Shimano 10-51. Daje to miększe przełożenie niż te, co miałem rok wcześniej przy napędzie 26×36.

Wyścig

Wyścig startuje z deptaka w centrum Karpacza i jedzie asfaltem do Świątyni Wang. Na samym początku jest wąsko i da się w tłoku przywalić w kwietnik. Od Wangu robi się bardzo stromo, a nawierzchnia z asfaltu zmienia się w bardzo zły bruk który ciągnie się aż do szczytu Śnieżki.

Na 13,5 km trasie robi się 1000 m przewyższenia.

Do Karpacza przyjechaliśmy dzień wcześniej żeby się wyspać. Uphill zaczyna się o 10, a w Karpaczu ciężko zaparkować.

Jak widać na zdjęciu, Uphill 2020 nie był pierwszym wyścigiem dla Tomka i Marcina, moich towarzyszy.

W tym roku z okazji pandemii zostaliśmy podzieleni na dwa sektory startowe, które miały wystartować w odstępie 10 minut. Bałem się, że wsadzą mnie do drugiego sektora i że będę tracił czas i energię na wyprzedzanie środka krzywej Gaussa na bruku. Tak się nie stało. Do pierwszego sektora trafili młodsi mężczyźni, a do drugiego kobiety i mężczyźni z rocznika 1975 i starsi.

Po rozgrzewce, na której wszedłem dwa razy na tętno 170, ustawiłem się w sektorze nie wiele po 9:30. Stanąłem w pierwszej linii, bo wiedziałem, że zawsze lepiej być z przodu. Łukasz, mój bardzo szybki kolega, był na pierwszej linii jeszcze wcześniej. Po jakimś czasie dołączył do nas Mateusz, a potem czołówka. Czołówka wchodzi do sektora późno i od przodu. Reszta ich puszcza, bo wie, że czołówka i tak odjedzie. W efekcie skończyliśmy coś w drugim, czy 3 rzędzie.

Czołówka, czyli tutaj Darek, wchodzi od przodu. Zdjęcie Fotomaraton.

 

A tutaj widać też Mopa, który był tak miły, że udzielił mi kliku rad treningowych. “Napierdalaj ile wlezie.” – To do mnie przemawia! Zdjęcie Fotomaraton.

Jako że wyścig wiąże się z emocjami, stojąc w sektorze miałem tętno ponad 140.

Strzał startera. Dałem łokcie szeroko, jak radził mi kiedyś Vena Hornych przed Memoriałem Fisha w Zieleńcu: “Jesteś duży, ciężki. Daj łokcie szeroko. Nie wywrócą cię.”. Rzeczywiście. Kilku, czy kilkunastu zawodników którzy wyprzedzili mnie w pierwszych sekundach nie spowodowało żadnego zachwiania. Mogłem jechać swoje. Miałem założenie, by nie przekraczać tętna 175 pod żadnym pozorem do Domu Śląskiego. Nawet jak by mi Mateusz odjeżdżał. Mialem trzymać równe, mocne tempo co by się nie działo. Taką strategię ma Ineos dla swoich liderów i to u nich działa. Tak jest najefektywniej. 165 wskoczyło dość szybko. Chciałem tak chwilę zostać, ale się nie udało. Mateusz siadł mi na kole, a nie odjechał jak z procy do przodu, jak działo się w poprzednich latach. Jakiś znawca kolarstwa powiedział kiedyś, że jak zawodnik jest mocny, to jest z przodu. Jak jest słaby, to jest z tyłu. Tak było rzeczywiście. Mateusz nie był w formie i odpadł mi z koła na wysokości Orlenu, czyli dużo przed Wangiem.

Do Wangu trzymałem tętno 175 i w pewnym momencie wyprzedziłem kilkuosobową grupę. Każdy jechał swoje. W tej części stawki, w tym wyścigu, jest mało zrywów.

Na bruku tętno spadło do około 170 i nie byłem w stanie go specjalnie podnieść aż do mety.

Powyżej Polany, koło odbicia na Strzechę Akademicką Dorota podała nam bidony. Jechałem bez bidonu i bez koszyka na bidon. Z przyczyn pandemicznych na wodopoju, na Strzesze Akademickiej dawali płyny tylko do własnych bidonów. To trwało by za długo. Wiedziałem, że z wodopoju nie skorzystam, ale bidon na trasie bardzo się przydał. 3 łyki, bo więcej nie dałem rady i ciach na bruk. Jak w Pro Tourze. Dorota potem oczywiście zebrała bidony i mój zwiozłem do Karpacza w plecaku.

Przy macie pomiaru międzyczasu, przy Strzesze wiedziałem, że jadę wolniej niż rok temu. Po samopoczuciu czułem, że nie dam rady tego zmienić.

Zjazd do Domu Śląskiego pojechałem jak zwykle spokojnie. Jestem ciężki i ryzyko flaka przy dużej prędkości jest u mnie stosunkowo duże. Przy okazji okazało się, że mój jedyny hamulec nie działa. Na szczęście był mało potrzebny. Gość co mnie wyprzedził na zjeździe, pod Domem Śląskim podbiegł po pompkę serwisową organizatora. Już go więcej nie widziałem – “Risk it for the biscuit.” u niego nie zadziałało. W Uphillu mam z sobą tylko klucz uniwersalny, dętkę i pompkę. Wychodzę z założenia, że w wypadku defektu jest po wyścigu, ale nie chce mi się iść tyle kilometrów, to sobie wjadę jakkolwiek.

Kolega w czarnym ma buty szosowe – “Leave nothing!”. Zdjęcie Fotomaraton.

Za Domem Śląskim widziałem zawodnika 50 m przede mną i do samego szczytu nie dałem rady go dojść. Na szczycie mogłem normalnie stać, co napełnia mnie smutkiem, że nie byłem w stanie zagiąć się tak, jak bym chciał. Nie zawsze wychodzi.

01:06:54 Zegar nie kłamie. Zdjęcie Fotomaraton.

W tym roku udało się wjechać w 01:06:54, co dało 40 miejsce. Szybszy byłem tylko dwa razy. Liczyłem, że mogę poprawić swój wynik. Tym razem się nie udało. Taki jest sport. Andrzej Poczopko, co wygrał drugi raz z rzędu z kosmicznym czasem 00:48:48 daje mi nadzieję, że jeszcze kiedyś mogę poprawić mój rekord. Andrzej jest z rocznika 1978!

Od paru lat na wspólny zjazd do Karpacza czeka się koło domu Ślaskiego. Było dość czasu by zrobić pamiątkowe zdjęcia w stroju Knurświnów a także Daleko Jeszcze? – Pierwszej drużyny w której jeździłem.

Pierwszy z prawej jest Marek. Startował z drugiego sektora i mimo zygzakowania na bruku między młodszymi kolegami wjechał w 01:08:10.

 

 

Na koniec tegoroczny film organizatora. Widać mnie nawet na nim!

A po nim jeszcze ciekawszy reportaż nakręcony przez drugiego w tym roku Łukasza Derhelda. Polecam!

 

Dodaj komentarz

Czytaj także

Gdzie na rower?

9 sierpnia, 2019 / Krzysztof Pałys

Było sobie… drzewo

21 lutego, 2020 / Masko Patol